KarpiobicieDrukuj


D Z I E Ń K A R P I A czyli spotkań absolwentów T.Ż.Ś.ciąg dalszy.

Wystarczył jeden telefon a już pędziłem pociągiem wszerz polski (bo aż ze Świnoujścia na Mazury) do "Selera" nad Jezioro Tałty. Okazja była wielka ku temu bo za dwa dni miał odbyć się coroczny
D Z I E Ń K A R P I A przemianowany kilka dni później przez "Kiniola" na MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ KARPIA a od lat zwany przez moją żonę K A R P I O B I C I E M.
"Seler" między swym mazurskim domem a Tałtami ma staw, który mozolnie każdej wiosny zarybia, następnie tuczy narybek do postaci małych opasów ( po mnimum kilogram każdy) i jesienią zwołuje EKIPĘ na rybią rzeź i okrutną rybią wyżerę.
Tego roku zwaliło się 22 osoby w tym ośmio czy dziewięcioletni Julek wbijający wszystkich dookoła w zdziwienie i podziw znajomością łacińskich nazw a to przelatujących nad stawem ważek, a to porastających jego brzegi roślin czy też maleńkich rybek, których różnorodność i ilość przekraczała wielokrotnie stan gatunkowy mieszkańców rafy koralowej w Egipcie.
Z ekipy podstawowej pojawił się komandor Rysiek (pseudonim "Zarembianka") z żoną, Andrzej "Walul" samotnie, o osobie "Selera" gospodarza i mojej skromnej nie wspomnę.
"Kiniol", Irek "Stehen" i "Pakuś" nie dojechali z przyczyn niewiadomych.
Zaczęło się po południu od ściągnięcia do stawu kajaka i "Seler" jako głównodowodzący nie tylko Karpiobiciem ale i jego przygotowaniem, wypłynął nim na staw i opuścił rurę (ale do połowy), którą to miała odpłynąć do rana z niego woda. Woda odpływała a my wspólnie z "Walulem", "Selerem" i dwiema przybyłymi już paniami, zasiedliśmy do biesiady nie tyle obfitującej w jadło co w picie (i bez dwuznaczności proszę!). Gdy już pierwsza, najbardziej głęboka oskoma minęła nawet zaczęliśmy ze sobą rozmawiać i sypać d o w c i p y (prosiłem przecież...) jak to w towarzystwie pań bywa. Gdy zrobiło się ciemno pojawili się następni bohaterowie dramatu : Piotrek z żoną i Krzyśkowie ze swym, wyżej już wymienionym, "szkodnikiem" Julkiem.
Piotrek wożący o każdej porze roku, w bagażniku swego samochodu narty i piankę do nurkowania, w końcu nie wiadomo kiedy nadarzy się okazja, takową zwęszył tuż po zdawkowym:
- Cześć ! Już wciągacie? - Następnie mruknął :
- To ja pójdę zobaczyć jak woda schodzi. - I poszedł.
Uspokojeni, że wreszcie znalazł się ktoś kto to sprawdzi, napełniliśmy kieliszki i wychylili za zdrowie tych co to wiedzą co znaczy odpowiedzialność. Właśnie napełniałem je po raz trzeci (bo jak wiadomo jeden toast za pracowitych i odpowiedzialnych, jest jak żołnierz bez onuc i karabinu) gdy dudniąc po schodach werandy, wpadł do nas z obłędem w oczach Piotr, wrzeszcząc :
- S T A W S U C H Y !!! - I ciszej już dodał :
- Karpiki i reszta ryb telepią się w błocie.
- O k.... ! - To "Seler"
- I co robimy? - To ja.
- Co robimy? Trzeba ratować ryby bo się poduszą ! Durne pytanie ! - To znowu "Seler".
Zrozumiałem, że dzisiejszej nocy o nic nie mogę już pytać bo "joby" wiszą w powietrzu i można je zebrać.
- Musiałeś, jak w tamtym roku, wyrwać, podczas przechylania, pionową rurę z kolanka łączącego z tą leżącą na dnie stawu - powiedział z wyrzutem Piotr do Zbycha (bo Zbychu to właśnie "Seler").
- Niech to szlag, nic nie czułem, wydawało mi się, że ją tylko trochę...
- Dobra, ja idę się przebrać w piankę i zaraz będę nad stawem - powiedział Piotr, pospiesznie wychodząc z tak cudownie zaczętej imprezki.
- A powiedz Władkowi (ojciec Piotra), żeby rozciągnął przedłużacze aż do stawu i podłączył lampy - rzucił za wychodzącym "Seler".
- A gdzie je ma podłączyć?
- Najlepiej do d u p y ! Do gniazdka na werandzie a gdzie ? - Wrzeszczał rozzłoszczony do czerwoności i zły na wszystkich nie wiadomo dlaczego "Seler". Utwierdziło mnie to na mur, żeby jednak nie pytać o nic, a "Selera" za Chiny.
- No i na co czekasz? Ubieraj gumowce ! - Warknął w moją stronę "Seler". Nie czekałem aż powtórzy. Założyłem je równie szybko jak on i pognałem za nim w ciemność mazurskiej, październikowej, nic a nic nie rozgwieżdżonej nocy. Po trzech minutach biego - ślizgu (1/3 na nogach, 2/3 na d u p i e) byliśmy nad stawem.Świecąc mocnymi zabranymi z tarasu latarkami oświetliliśmy ten lej po bombie, który jeszcze wieczorem był pięknym stawem. Ukazał się nam widok mrożący krew w żylakach najbardziej gorącym Kubankom i zapierający stolec nawet tym z nawykową biegunką.
W smugach latarek podrygiwały w agonalnym tańcu śmierci, brudne od błota jak nieboskie stworzenia, setki wielkich i jeszcze większych ryb. Za chwilę, już w świetle trzymanego przeze mnie w wyciągniętych rękach nad głową, jupitera (pan Władek też był szybki), dostrzegliśmy Piotra siedzącego okrakiem na desce windsurfingowej, w czarnej piance do nurkowania. Raz z jednej, raz z drugiej burty pochylał się, oburącz łapał rybę i jak jakiś mistrz ceremonii, unosił ją nad głową i ciskał na trawiasty brzeg. Nie zawsze jednak dorzucał i ryba lądowała co prawda poza kałużą pozostałą po stawie ale jednak w błocie. Tu czekał na nią "Seler", którego szybko wyciągane z błota gumowce wydawały głośne "cwok, cwok". A że błoto było głębsze niż wysokość jego gumowców "cwok, cwok" było coraz wolniejsze i co jakiś czas "Seler" jak długi walił się w błoto, jak zmurszała kłoda. Drżąc o swoje życie nie mogłem się niestety śmiać.
Piotr rzucał ryby na błotnisty brzeg, Zbycho piętro wyżej na trawę a pan Władek do 200 litrowych beczek z wodą. Gdy po godzinnej, pomyślnie zakończonej akcji ratunkowej, zwijając kable do jupitera, szliśmy do domu, zorientowaliśmy się, że nie było z nami "Walula".
- Może w tych ciemnościach stało mu się coś? - Spytałem nieśmiało.
- Co mu się mogło stać? Najwyżej dostał w dziób, od którejś z dziewczyn ale to akurat mu na dobre wyjdzie.
Weszliśmy na werandę, Piotr w piance pod prysznic, "Seler" zostawił na sobie slipy, resztę potwornie zabłoconych ciuchów cisnął na dechy i tak ślicznie wyglądający wkroczył na ( w najlepsze) trwającą imprezkę, bogatszą o nowoprzybyłe trzy małżeństwa. Widok roześmianego "Walula" go trochę zmroził bo gdy ten czarował panie my w błocie...
Ale przeszło mu po chwili bo "Walul" zaczął chwalić jego szybkość w podejmowaniu decyzji i ich celność a na końcu z ogromnym przekonaniem dodał, że i tak nie byłoby nad stawem dla niego miejsca bo czterech chłopów to nawet za dużo.
- Prawda Zbyszek?
- Prawda. Nie byłeś Andrzej potrzebny. - Ku mojemu zdziwieniu, potaknął "Seler".
I to by było na tyle jeśli chodzi o przeddzień, przedwieczór i niecałą noc przed
K A R P I O B I C I E M .
Świt nas zaskoczył o dziewiątej rano (na Mazurach jaśnieje wcześniej). Szybka kąpiel (co niektórzy w jeziorze - dzień dobry "Walul"), byle jaka przekąska czyli jajecznica na kiełbasie, kiełbasa na gorąco, pomidory ze śmietaną i szczypiorkiem, twarożek z rzodkiewkami, szczypiorkiem i śmietaną, pięć czy sześć gatunków żółtego sera i parę innych pierdół (duszonych grzybów pozostałych od wczoraj nie wspominając bo i nie ma czego), ot byle co jak to u "Selera" bywa i do roboty.
Pan Władek przygotował dwa stoły, wąż z wodą do ich płukania, noże, skrobaki, obcinaki, nożyce do płetw i ogonów, miednice i miski na odpady, ba, nawet pięć kotów, którym naobiecywał nie wiadomo co, bo grzecznie czekały obserwując nasze ruchy przy taszczeniu wiader, wanien, cebrów i mich wypełnionych rybami. No i zaczęło się !
Rżnięciu, cięciu, obcinaniu, patroszeniu, skrobaniu i płukaniu powiedzieliśmy dość o pierwszej po południu. Sprawiłem setkę karpi, "Walul" coś koło tego, "Seler" kilka ryb, że niby haruje jak my ale najlepszy był facet, który co jakiś czas podchodził do miejsca kaźni i powtarzał :
- Ja bym pomógł ale miałem złamaną rękę i wczoraj mi zdjęli gips. W tamtym roku to ja wszystkie ryby czyściłem. Słowo honoru. Niech Zbyszek powie.
Gość okazał się mężem Ewy, która to wieczorem kierowała robieniem, robiła i doprawiała galaretę z karpii. Kochani, to była najsmaczniejsza galareta na świecie (wiem co mówię - 22 lata pracy na morzu, w tym osiem w rybołówstwie dalekomorskim gdzie potrawy rybne, że fiu,fiu).

Śmiesznie było z tą galaretą. Z grządek warzywnych obok stawu panowie natargali do kuchni całe wiąchy naci pietruszki, pęki marchewek, porów, korzeni pietruchy, buł selerów. Obierali to później i szatkowali, kroili w plastry, półplastry, żulinę, kostkę i w co tam im Ewa kazała. Rosół warzył się w tak wielkim garze, że spokojnie mogłaby po jego powierzchni trenować dwójka kanadyjkarzy.
W tym czasie gdy Ewa doglądała jaj (też do galarety) i mieszała karpiowe łby w rosole, w drugiej kuchni odchodziło smażenie karpi. Stare, marynarskie przysłowie mówiące, że "gdzie kucharek sześć tam nie ma co jeść ale jest co...kochać" tu się nie sprawdziło, choć jakby nie do końca.
Ale o TEM potem.
W tej drugiej kuchni, po przeciwnej stronie domu, cztery dziewczyny walczyły na dwie wielkie patelnie z podrygującymi dzwonkami karpi. Te usmażone znikały natychmiiast z donoszonych do ekipy półmisków w tempie cztery/czwarte czyli na każde cztery porcje czterech chętnych (bo pozostali pili i nalewali). Następnie dziewczyny z obu kuchni połączyły siły (Boszszsz chyba zwariuję, że tak rymuję) i do nocy prawie (w śmiechu i zabawie) z gotowanych,z kolei, karpiowych tuszek, swymi delikatnymi seksi paluszkami wybierały osteczki, wszystkie co do jednej. Jedliście kiedyś taką galaretę? No, a nie mówiłem, że jedyna taka na świecie?
Smażone karpie zostały pochłonięte prawie w całości a galareta rozlana do misek, salaterek i półmisków w sile chya sztuk czterdziestu. Słowo honoru, że nie było miejsca w obu kuchniach na stołach, ławach, stolikach, żeby choć wcisnąć jeszcze jeden głęboki talerz z galaretą. No więc to powiedzonko o sześciu kucharkach jednak okazało się prawdziwe bo kochać było co (kogo) a ja....no sami powiedzcie...nie chcąc się obżerać galaretą, zjadłem ( o ja nieszczęsny i durny, przede wszystkim) tylko jeden napełniony nią głęboki talerz. W swej prostocie, głupszej od głupoty przysłowiowego Jasia, nie przypuszczałem nawet, że już o godzinie 11 następnego dnia nie będzie po galarecie śladu ( nie licząc tych zaschniętych na brzegach półmisków). No ale to było nazajutrz. Teraz rosół dochodził, ekipa parzyła palce smażonymi karpiami i napełniała tzw. piersi marynarskie czyli swe bębny po brzegi i spłukiwała to wszystko dziesiątkami litrów białego i czerwonego wina (bo w końcu nie doszło do konsensusu jakie się powinno smakować do ryb).
Ci, którzy bezmyślnie przez szereg lat powtarzali, że najlepiej z ryb lubią rypanie, walenie czy duże sumy teraz milczeli jak Jurand ze Spychowa (po powrocie z Malborka).
Nażarłszy się, milej, nasyciwszy do woli, rozpoczęła ekipa część kabaretową.
Najpierw komandor "Zarembianka" z żoną tłukli kawałki ze śpiewnika rajdowego (On - wokal i gitarowa muzyka, Ona - wokal). Następnie, lekko wcięta żulia dołączyła swe co nieco starte gardła i popłynęły w noc pieśni, od wyciskaczy łez, poprzez patriotyczne do mocno nieprzyzwoitych.
Drugi gitarzysta Janusz (ps. Johny Kulawka) przybyły na imprezę z żoną Magdą (w jej wykonaniu piosenka o tym ile zawdzięcza milicjantowi, wykonana na jednej nodze z ciągłym balansowaniem jak w zatłoczonym tramwaju - żałujcie, że tego nie widzieliście ! Po prostu wykonanie wysoce aktorskie i doskonałe w treści) młócił jedną piosenkę w kółko "Chłopcy co wam się stało? Jescze raz czyścić działo, jak do kotła to każdy się rwie itd". Rzecz w tym, że nikt nie znał wszystkich zwrotek. No nic - Johny skończył. Oklaski. Johny zaczyna "Chłopcy co wam sie stało? Jeszcze raz czyścić działo itd". Oklaski. Johny zaczyna "Chłopcy co wam się stało?Itd" Za czwartym razem to nie było już śmieszne ale wierzcie mi, za piątym ekipa wybuchnęła zdrowym śmiechem a za szóstym pokładała się i rwała boki. Każdy dawał na środku popis tego co umiał najlepiej. Skończyło się gdzieś o 3 nad ranem. O 10 przyszedł od Johnego sms o treści "Chłopcy co wam się stało? Jescze raz czyścić działo". Przed południem czas wolny czyli połowa na grzyby, druga do flaszek i spacery, to znaczy przechadzanie się tam i z powrotem po wsi, celem wytrzeźwienia. Wieczorem koncert + kabareton + spijanie, zakąszanie. Noc w majakach. Od następnego południa żegnanie, uściski, całowanie, obiecywanie (wiecie o co chodzi). Wieczorem zostaliśmy tylko we trzech : Marian, "Seler" i ja. My do Warszawy nazajutrz a Marian ? Marian został jeszcze długo bo mu było niespieszno.


Stanisław Maria Szczepański.
#1 | 5 dnia 21.02.2007 17:01
Byłem zaproszony na ten / międzynarodowy / dzień karpia.
Nazwałem go tak właśnie ze względu na swoją planowaną obecność.
Los jednak nie był łaskawy i musiałem zarabiać na chleb grubo posmarowany skandynawskim masłem i zamiast karpia jadłem łososia.
Najbardzie brakowało mi wstępu do tej imprezy.
"Finlandia 0,7" smakuje najlepiej na Mazurach w towarzystwie Ekipy i ich rodzin oraz znajomych.
Dowiedziałem się później od jednej nieznajomej z Warszawy, że wie o mnie wszystko.To na "Dniu karpia" Szczepan i Seler zeznawali je o naszych wspólnych imprezach.Nie było mi wstyd bo w końcu poczułem się "mężczyzną" i dostałem nawet Jej nr. telefonu.
Była to podobna akcja jak Szczepana / z naszą Gwiazdą / tylko, że mnie poprzysyłano książki telefoniczne.Ponoć dzwoniłem kiedyś do jednej znajomej i nie pamiętam teraz co jej proponowałem.On już nie pisze do mnie jak to robią Szczepana wielbicielki i wielbiciele.Chyba jednak coś nie tak z moją pamięcią....
Szczepan dawaj cdn. bo nie wiem jak znalazło się przez "pomyłkę" zdjęcie Miecia w stroju wojownika sumo z trenerką włącznie na stronie poświęconej dniom tej wigilijnej ryby.....
Pozdrawiam wszystkie nieznajome i wielbicielki Szczepana.
Wielbicielki moich Przyjaciół są moimi wielbicielkami...........

I OficerCool
#2 | Szczepan dnia 21.02.2007 19:13
Drogi Kiniolu,jak zwykle wszystko Ci się pokręciło...Mietka nie było na Dniu karpia.Był u "Selera" wcześniej i później i zdjęcie(jak piszesz) "wojownika sumo" pochodzi z późniejszej wizyty. Ale co tam? Najważniejsze,że ktos w ogóle chce,żebym skończył sprawozdanie z Karpiobicia.Pozdrawiam. Szczepan.
#3 | Teos dnia 21.02.2007 19:49
Pisz, Szczepan, pisz bo ja sie doczekać nie mogę.
Tak po cichu się zastanawiam czy to aby nie jest Twoja zemsta za nasze naigrywania. Dojechać do naciekawszego momentu i przerwać GrinGrin
#4 | Monika dnia 22.02.2007 14:33
Super Szczepan, że scaliłeś te dwa teksty Grin dużo lepiej się czyta, świetna historia ...Wink
#5 | 5 dnia 22.02.2007 17:04
Zaspany dzisiejszego poranka / wstałem o 4:45 , cóś mi ta godzina przypomina /
zobaczyłem na naszej stronie kolejny artykuł Szczepana... Koniobicie.....
Ta komedia pomyłek / po założeniu okularów odczytałem już prawidłowy tytuł / ciągnie się dalej.Najpierw ja wysłałem PW do wszystkich prosząc o nr. telefonów
i dostałem.... szczególnie od Pań niedwuznaczne sygnały.
Kiedy zgromadziłem już całą książkę telefoniczną zrozumiałem swój błąd.
Jedna z nieznajomych znajomych Szczepana napisała mi, że wie o mnie wszystko.... bo Szczepan i Seler zeznawali na mój temat na "Międzanorodowym dniu karpia".Zawstydziłem się okrutnie bo nie wiedziałem co ja ostatnio zbroiłem pijąc "Finlandię" z "Cytrynką" i "Megim" w Hamburgu.
Zadzwoniłem więc do Selera coby na spytki Go wziąść i .... odezwał się Szczepan.Zwątpiłem kolejny raz.Jednak "Finlandię 0,7" na twarz powinno się spożywać na Mazurach.
Szczepan czy te karpie miały być na Boże Narodzenie jeszcze żywe ?
I Oficer-Kiniol Cool
#6 | 58 dnia 23.02.2007 22:48
dwa zostały w stawie,ale zimy nie przetrzymają,głodna Litwa czai się w szuwarach.Aby do kwietnia,tym razem kolejno odlicz do100szt. i ze 200kilo pszenicy.Jak będzie ciepły rok to dojdą do 1,5kg!,a jak zimny toSad:
#7 | alhenag dnia 24.02.2007 20:26
Matko Bosko! Karp jest mi bliski! Ja go lubię .... jeść Wink
#8 | Janusz Tyburcy dnia 24.02.2007 23:17
Gosiu- ja też lubię jeść, ale i czymś popić hi hi .
Oni to mieli frajdę i po karpie do sklepu nie musieli lecieć i popitka się znalazła.
Życzyć im więcej takich imprez, to i nam coś kapnie w postaci artykułów Szczepana. GrinGrinGrin
#9 | Szczepan dnia 25.02.2007 06:39
Jasne Janusz,że do karpia musi być mnóstwo płynu, poza tym dziękuję za miłą recenzję artykułu (no,że coś kapnie w postaci...dobrze to zrozumiałem czy to tylko moja wyobraźnia?). Mam nadzieję,że to drugie.
Pozdrawiam Staszek.
A co do słowa "popitka" to mam bardzo śmieszne,związane z nim wspomnienia. Dokładnie chodziło tu o słowo "zapitka". To było podczas ponad ośmiomiesięcznego kontraktu na Karaibach,w którym to każdy członek załogi miał zapchaną lodówkę butelkami wszelkich odmian rumu ale nigdy nie miał niczego do popicia. Najpierw pytano się nawzajem nawet przy każdym mijaniu na korytarzu "masz zapitke?". Później, już z daleka, pytający łapał się za krocze, darł się "za pitke?". Nie-e - odpowiadał pytany - nie gustuję.
No, tak mi się przypomniało.S.
#10 | Janusz Tyburcy dnia 25.02.2007 12:31
Tak Szczepan, dobrze zrozumiałeś, przecież Ty jesteś chłopak z błyskiem w oczach i posiadasz logikę rozumowania hi hi hi.
A co zaś dotyczy wymiany, czy zdobycia popitki, to przypomniała mnie sie inna wymiana towaru, na szlakach zachodnich żeglugi śródlądowej.
My palacze tak dziś tępieni i słusznie, wracający do Polski z długiego pobytu na wodach zachodnich, mieliśmy braki w papierosach marki SPORT. Zaopatrzeni byliśmy natomiast w papierosy z paczek wolnocłowych kupionych i otrzymanych po wypłynięciu z Holandii. Były to papierosy marki Camel, Marlboro i tym podobne. Nie smakowały one nam, tak jak nasze rodzime Sporty. Na terenie NRF, wymienialiśmy się z kolegami płynącymi z Polski, tą cholerną trucizną w stosunku jedna paczka, niby lepszych papierosów za dwie paczki lubianych Sportów.
To się nazywał patryjotyzm i popieranie polskiego przemysłu. GrinGrinGrin
#11 | 5 dnia 25.02.2007 14:16
Oczywiście przemysł monopolowy polsko-niemiecki też był popierany.
Koledzy sprzedawszy polską żytnią / nazywana przez tubylców "cytnia" /'
a 5 DM / flszka biegali wieczorami na tankstelle coby opić dobrze zrobiony interes....i płacili po 10 DM / flaszkę za niemieckiego korna czyli też cytnia.
Ruch w interesie musiał być.....Cool
#12 | 58 dnia 27.02.2007 21:31
często zastanawiałem sie z moim przyjacielem Piotrem,po jasną cholerę nam ta chałupa na Mazurach?Dzieki-Szczepan!Teraz już wiem!

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 100% [3 głosy]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [0 głosów]
Dobre Dobre 0% [0 głosów]
Średnie Średnie 0% [0 głosów]
Słabe Słabe 0% [0 głosów]
  PRchecker.info Free counters!