Czyżby znowu dwa morza?Drukuj

Było lato 1994roku. Wraz z żoną i dziećmi spędzaliśmy wakacje w białostockiej wiosce u rodziców mojej żony. Wioska Klukowicze położona jest w bezpośrednim sąsiedztwie granicy Polsko-Białoruskiej. Jak to na wakacjach miałem okazję do częstych spotkań z rodziną mojej żony. Z rodziną tą w Polsce i tą zza wschodniej granicy.
- Czesiek tepier pryjezdzaj w Brest na otpusk.
- Za cziem ja pajedu, kak u was niet wady
- No kak nie wady, pryjezdzaj, posmotri...
Od tej rozmowy wszystko się zaczeło.Oczywiście pojechałem do Brześcia, ale nie od razu. Kuzyn mojej żony Żorka (Jurek) musiał użyć jeszcze wielu mocnych argumentów aby skłonić mnie do przekroczenia wschodniej granicy. Koronnym argumentem była fotografia przedstawiająca pchacza z barką na Muchawcu. Ja jako armator żeglugi śródlądowej bazowałem wtedy na dzierżawionym sprzęcie, a pozyskanie własnego było dla mnie bardzo ważne. Wtedy to właśnie w mojej głowie zrodziła się myśl: może tam kupie barkę i pchacza, bo w Polsce jest to prawie niemożliwe. Otrzymawszy potwierdzenie możliwości transkacji ze strony dyrektowa portu w Brześciu pojechałem.
Była zima 1995 roku, dyrektor portu i jego kierownicy pokazywali mi wszystko czym byłem zainteresowany. Temat stał się bardzo kolorowy, ale Żorka od razu sprowadzał mnie na ziemię.
- Chcesz kupić to dobrze, ale jak barki i pchacza przeprowadzisz do Polski?
- Oczywiście wodą, innej możliwości nie widzę.
- Pamiętaj o tym, że tu jest granica państwowa a to nie byle co. Tu nie ma przejścia granicznego.
- Tak to prawda, ale Ty mi w tym pomożesz. O.K ?. Idź do dowódcy białoruskiej straży granicznej, przedstaw problem, umów mnie na spotkanie i oględziny granicy od strony białoruskiej.
Na wyznaczenie daty spotkania z komendantem straży granicznej Jurek czekał kilka tygodni i po spotkaniu powiedział: klapa, oni się nie zgadzają, a jak zblizysz się do granicy na odległość strzału to ubiją kak..... To był kubeł zimnej wody wylany na moją głowę (wtedy nie jedyny). Postanowiłem w myśl rosyjskiego przysłowia " tisze idiesz, dalsze pridiesz" odłożyć na razie temat granicy wschodniej i skoncentrować się na sprawach żeglugowych. Odbyło się wiele spotkań i uzgodnień z dyrekcją portu w Brześciu, aż w końcu odbyło się spotkanie w dyrektorem naczelnym żeglugi białoruskiej w Gomlu (bo w nich wsio gosudarnoje) . Tu właśnie okazało się, jak wielce przydatne były lekcje języka rosyjskiego prowadzone przez profesor Muzykę. Rozmowy toczyły się w przyjaznej atmosferze i duchu obopólnych korzyści ze współpracy. Ja opowiadałem o swojej pracy, o braku taboru pływającego na naszym polskim rynku żeglugowym, o konieczności zakupu tegoż za granicą. Odpowiedź ze strony dyrektora żegługi białoruskiej była zaskakująca.
- Możemy panu sprzedać to co pan potrzebuje, ale równie dobrze, może pan zdobyć flotę inaczej.
Zaciekawiony tym stanowiskiem podjąłem temat.
Propozycja była następująca. My damy panu barki i pchacze wraz z załogami - mówił dyrektor, przygotujemy technicznie aby były zgodne z przepisami w Polsce i Europie Zachodniej. Pan da swoich kapitanów i zajęcie dla tej floty. Może to być na początek 50 zestawów pchanych. Nic to nie będzie pana kosztowało. Podział zysków to już oddzielna sprawa. Oczywiście, powiedziałem, że przyjmuje propozycję z dużym zadowoleniem i zaciekawieniem, obiecuję że powrócimy do tego tematu, ale na dobry początek dokończmy uzgodnienia w kwestii kupna-sprzedaży. Tu nastąpiły uzgodnienia odnośnie ilości, terminu, ceny i pomocy technicznej, przy tej transakcji. Umówiliśmy się też na następne spotkanie. W drodze powrotnej do Polski (jechaliśmy całą noc pociągiem) miałem dość czasu na przemyślenia i rozmowy z moimi doradcami, z Jurkiem i kolegą Darkiem Radziwonem (inzynier ze Stocznii Kożle). Jurek prezentował stanowisko "malczi i bieri", ja jednak z Darkiem byliśmy odmienego zdania. W tym czasie sektor prywatny na naszym rynku żeglugowym dopiero powstawał i powoli się rozwijał, miałem świadomość trudności w pozyskaniu nagle 50 kapitanów, odpowiednio dużej masy towarowej, zabezpieczenia techniczno-eksplatacyjnego i innych problemów towarzyszących takiemu przedsięwzięciu. Byłaby to naprawdę duża sprawa, Jurek nalegał: oni załatwią za ciebie sprawę przejścia granicznego itd. Dobra, dobra, zostawmy tą sprawę jako "piątego asa w rękawie". Po powrocie do domu (mieszkam w Koźlu) cały swój czas poświęcałem tematowi zakupu floty na Białorusi. Miałem swój świat. Jeździłem często do Brześcia, brodziłem z Żorką po pas w śniegu brzegiem Muchawca, pamiętając o tym, że granica i że będą ...
Przyszła wiosna 1996 roku. Sniegi stopniały, brzegi i rzeka Muchawiec nabrały innego obrazu. Zapożyczając się u rodziny przygotowywałem pieniądze do rozpoczęcia spraw zwiążanych z zakupem pchaczy. Początkowo myślałem tylko o pchaczach a to za sprawą istniejąych w Brześciu na Muchawcu dwóch jazów betonowych oddzielających port od odcinka rzeki uchodzącej do Bugu (dzieło Stalina). Planowałem przy użyciu dużego dźwigu przenieść pchacze nad jazem. Okazało się że teren nie nadawał się do takiej operacji. Padła natomiast propozycja ze strony dyrektowa portu budowy kanału obchodzącego jaz. To było dla mnie kolejnym zaskoczeniem. Budowa kanału? Przecież do gigantyczne przedsięwzięcie, czas, koszty, dokumentacja, zezwolenia?
Wtedy dyrektor spytał:
- Może ma pan kolegów którzy chcieliby przyłączyć się do sprawy?
Tak, to mogłoby być rozwiązanie. Tylko jak sprzedać temat w naszym środowisku żeglugowym. Przecież budowa kanału i to na dodatek w Brześciu to szaleństwo. Budowa kanału to jedno, a co z przejściem granicznym? Tu dyrektor portu obiecał pomoc. Pozyskałem jako pierwszego partnera firmę ART Lucjan Adamczewski, który deklarował pomoc przy pozyskaniu kredytów. Ruszyła budowa kanału. Na spotkaniu w celu ustalenia spraw formalnych wyszły inne problemy takie jak przygotowanie do żeglugi odcinka Muchawca od portu do Bugu i mostu drewnianego już na Bugu.
O ile zdziczały odcinek Muchawca, wymagał działań doraźnych (uprzątnięcie i wycięcie powalonych i zbytnio pochylonych drzew) to informacja o moście na Bugu wprowadziła "spore zamieszanie". Drewniany most łączył stały ląd z wyspą na Bugu. Most ten łączył garnizon białoruski z jego zapleczem magazynowym na wyspie. Tu ciekawostka: wszystkie wyspy na granicznym odcinku Bugu ( te stałe i te które powstają wskutek zmiany koryta przez rzekę) należą do strony wschodniej. Okazało się, a informację taką przedstawił dyrektor aministracyjny wód z Pińska (odpowiednik naszego dyrektora RZGW), że szerokość przęsła wynosi 8,5 (szerokość barek 10,20m). Jego wysokość wynosi ( prześwit) wynosi 3 m (a wysokość pchacza po odpowiednich przygotowaniach 4 metry ). Trzeba przebudować most, albo budować też drugi kanał obchodzący wyspę. Odbyła się wizja lokalna za sprawą działań białoruskiej administracji wód i żeglugi. Wybór padł na przebudowę mostu. Równolegle (tego samego dnia) załatwione były formalności dokumentacyjne budowy kanału w porcie ( prace już ruszyły ) , oględziny na granicy i spotkanie z dowódcą garnizonu. Spotkanie miało burzliwy przebieg. Dowódca (pułkownik) przedstawiając swoje stanowisko, był na "nie", prezentując przy tym swoją wielkość, tą widoczną gołym okiem (kawał chłopa) i tą wynikającą z pełnionej funkcji. Nie przemawiały do niego żadne argumenty: że ma okazję wyremontować most, bo rok wcześniej w czasie zimy most został uszkodzony przez idące lody, że jest potrzeba bo szykuje się duży kontrakt i inne.
Po pewnym czasie przyciskany przez "żeglugę" zaczął ustępować. Ale tu kolejny szok. Podał cenę za przebudowe mostu która powaliła z nóg wszystkich obecnych. Wynosiła ona więcej niż budowa kanału w porcie, zakup barek i pchaczy, oraz ich przygotowanie do drogi. Wywiązała się ostra polemika między dyrektorem administracji wodnej a pułkownikiem. W pewnym momencie usłyszałem zdanie: Twoja baza ale moja rzeka i ja tu rządzę. Pułkownik usiadł powoli za biurkiem i po chwili zadumy powiedział: No charaszo, kak nużno, tak nużno. Zapadła cisza. Rozejrzałem się powoli po sali i zauważyłem, że oczy wszystkich skierowane są w moją stronę. Skinąłem znacząco głową i powiedziałem spasiba.
Wracałem do domu. Na granicy, jak zawsze tłok. Stałem w kolejce już do polskiej odprawy ale nie posuwałem się do przodu. Pomyślałem że skoro nie mam nic do odprawy celnej, poproszę naszego wopistę o odprawę bez kolejki.
- Właśnie idzie dowódca, proszę spytać.
Podszedłem do pana pułkownika, przedstawiłem problem i usłyszałem:
- Marynarz,a zna Pan Tadeusza Deneko, pochodzimy z tych samych stron?
- Tak to mój kolega, chodziliśmy do tej samej szkoły i do tej samej klasy.
- Proszę pozdrowić Tadeusza, życzę szerokiej drogi i otworzył pas dla CD.
Wyjechałem jak "panisko" z granicy i gaz, ale juz do Szczecina. Chwilę poźniej zapłaciłem mandat za nadmierną prędkość (spory) bo "wpadłem" na radar. Przywołany do porządku dojechałem do Szczecina, Tu przedstawiając sprawę Tadeuszowi i Zbyszkowi (Navigar), pozyskałem do sprawy kolejną firmę i niebawem pojechaliśmy na BIałoruś.
Wszystkie prace związane z operacją "Brześć" ostro szły do przodu, mechanicy szykowali barki i pchacze, spychacze i koparki budowaly kanał, inni pracowali przy oczyszczaniu Muchawca koło Twierdzy Brzeskiej, a jeszcze inni przy moście. Tadek Deneko i Zbyszek Garbień pojechali do Pińska, bo tam mieli dokonać wyboru swoich statków. Co jakiś czas dyrektor portu w Brześciu przypominał mi o złożonej obietnicy w Gomlu. Mówił przy tym, że minister jest zainteresowany udziałem w spotkaniu. No cóż musiałem i ja się do takiego spotkania przygotować.
Lata 95/96 były bogate w wydarzenia na naszym rynku żeglugowym. Żegluga Bydgoska sobie, Odratrans sobie (chodzi o kasowanie barek i pchaczy), prywatni armatorzy robili wszystko żeby uzyskać czy nawet czasowo pozyskać jakąkolwiek flotę. Władza w Warszawie czyniła kroki aby żegluga śródlądowa szczególnie na Odrze powoli wracała do dawnych wzorców. Minister Gospodarki Jerzy Markowski mianował pana doktora Henryka Sienkiewicza pełnomocnikiem d/s Żeglugi Śródlądowej. Pan doktor Henryk Sienkiewicz (górnik z Katowic), zabrał się ostro do pracy, zrobił dużo a mianowicie wstrzymał bezsensowne naszym zdaniem, kasowanie floty, uruchomił na nowo port w Gliwicach, pozyskał dla żeglugi śródlądowej dodatkowe ładunki takie jak węgiel ( w dół rzeki do Szczecina) czy ruda żelaza ze Szczecina do Koźla.Co za tym idzie, uruchomił mechanizm okresowej alimentacji Odry poniżej Brzegu Dolnego. Czynił duże starania w celu uruchomienia nieczynnych odrzańskich portów, odbudowywał z mozołem odpowiedni klimat wokól żeglugi śródlądowej i dróg wodnych.. Starał się pozyskać przyjazne spojrzenie banków i innych instytucji, angażował dla sprawy świat naukowy i medialny, a przede wszystkim patrzył przyjaźnie na powstały dopiero co raczkujący sektor prywatny żeglugi . Działał na Odrze, Wiśle i wielu innych miejscach. Zaczny człowiek.Niestety po pewnym czasie okeślone kręgi...

Wiosna 1996, to okres powstania Związku Polskich Armatorów Żeglugi Sródlądowej z siedzibą w Szczecinie.Coś się działo i napawało optymizmem.
W trakcie jednego ze spotkan z panem Sienkiewiczem (biuro miał w Opolu), przedstawiłem rozpoczęte przedsięzięcie na Białorusi i zaprosiłem pana doktora do udziału w spotkaniu ze stroną białoruską. Wysłuchał uważnie mojej relacji o tym co już zrobione i tego o czym chcemy rozmawiać. Pokiwal z aprobatą głową i przyjął zaproszenie.
Prace w Brześciu szły zgodnie z planem, więc pojechaliśmy na rozmowy do Gomla. Tu Minister Żeglugi wraz z doradcami przedstawił całą paletę propozycji od przekazania swojej floty śródlądowej do Polski poczynając, poprzez rozpoczęcie wymiany towarowej w oparciu o regularną żeglugę i inne rodzaje transportu (kolej w Brześciu to jeszcze europejskie tory) na regulacji rzeki Bug kończąc.
Pan Sienkiewicz jako przedstawiciel polskiego ministra obiecał przekazać te propozycje swojemu szefowi tj. MInistrowi Gospodarki i ma nadzeję że temat ten będzie podjęty, gdyż strona polska jest tym zainteresowana.
Nadszedł wreszczie czas kiedy prace w Brzesciu dobiegły końca. Zjechały się do Brześcia załogi z Polski, przygotowano statki do drogi, (paliwo i prowiant), przygotowano stosowne dokunenty białorosuskie i polskie.
Kanał (duża śluza ziemna) otworzono od strony górnej wody, statki i barki zostały wprowadzone ( było tego 7 pchaczy i 4 1000-tonowe barki) zamknięto "górne wrota" (usypano wał ziemi) otwarto "dolne wrota" (koparka zlikwidowała dolny wał ziemi), woda się obnizyła i wyrównał a z dolnym poziomem Muchawca. Barki i pchacze zostały wyprowadzone do nabrzeża na Muchawcu. Kanał rozpoczął swoje funkcjonoanie.
Czyżby znowu dwa morza miały wodne połaczenie?
Teraz jeszcze białoruska odprawa celna i graniczna, podniesienie polskiej bandery i kolejno białoruski holownik odprowadzał statki na Bug w okolice jazu iglicowego Kozłowicze. Strona białoruska zadbała też o odpowiednią oprawę medialną. Była telewizja, reporterzy wywiady.
- Panowie udało się, teraz polska odrawa i do domu ( w dół rzeki ). Staliśmy zakotwiczeni na środku rzeki i czekaliśmy na polską straż graniczną. Po pewnym czasie pojawiło się dwóch zołnierzy ale nie do odprawy, lecz po to żebyśmy przypadkiem nie zeszl5 na ląd.
- Co z odparwą Panowie ?
- Nie będzie, a próba zejścia na ląd bedzię traktowana jako nielegalne przekroczenie granicy, co jest zagrożone karą...
- No to panowie mamy zimny prysznic.
- To chyba jakieś żarty, to niemożliwe żeby była to prawda, Chcemy rozmawiać z Komendantem.
- To nic nie da - odpowiedzieli żolnierze - ale proszę dzwonić do Lublina.
Dzwonimy do Lublina, i nic, polecenie z Warszawy i koniec sprawy.
Telefony do Warszawy: wracajcie na Białoruś... róbcie co chcecie.... ale nie do Polski.
- My chcemy do Polski do domu...
- Nic z tego nie wolno, załadujcie barki i statki na samochody cieżarowe i jedźcie drogą przez Kukuryki....
- Barka ma 73 m długości, 10 m szerokości i waży ponad 200 ton, nie ma takich samochodów...
- To nie nasza sprawa ...
- To co mamy robić ?
- Nie wiem, stać...
- Tu jest piętnastu ludzi załogi...
- No to co... stać, albo wracać na Białoruś.
Kolejnego dnia to samo :nie wiem, stać, nie wiem...
Staliśmy tak 6 dni, kończyły się zapasy prowiantu, ale to też nie pomagało - stać, nie wiem...
Było lato 1996 roku, gorące lato. Woda przygotowana przez stronę białoruską na bezpieczne przejście płytkich miejsc (fala) odpływala, my nadal staliśmy. Nie pomagały telefony do Ministerstwa do Sejmu, do Rzecznika Praw Obywatelskich, pan pułkownik z Warszawy był nieugięty.
Wtedy przypomniałem sobie spotkanie z białoruskim pułkownikiem w sprawie mostu. Ten w Warszawie jest mocniejszy?
- Musi być rozwiążanie tego problemu... i się znalazło.
Ostatnia deska ratunku, dzwonię do telewizji... i przyjechali, rozstawili kamery, mikrofony, zaczęli relecjonować sprawę. Po chwili podjechały auta straży granicznej i wysiadają celnicy z... pieczątkami. Paszporty proszę. Cak, cak, cak... pieczątki i po sprawie, formalnie byliśmy w Polsce. Rano tylko odprawa towarowa, (cło za barki i pchacze). " Białoruskie RZGW otworzyło jaz iglicowy i się zaczęło, płyneliśmy w dół rzeki Bug....dzikiej rzeki.
Lato było gorące, bardzo gorące, a woda coraz niższa...

Przygotował:
Czesław Szarek

#1 | 5 dnia 16.02.2007 08:15
Super relacja Czesławie, takiej drogi wodnej nie znałem.
Polska gdyby chciała handlować i współpracować z krajami dawnego ZSRR wyszoby to zapewne z korzyścią dla obu stron.Widać, że prywatne kontakty mogą więcej dać niż ministerialne........
Kilka dni temu / o czym napisze zapewne Apis / zwrócono się do Niego z zapytaniem z Anglii o możliwość przetransportowania drogami śródlądowymi jachtu z Morza Czarnego do Morza Północnego.
Wydajem mi się, że część odpowiedzi dał już kpt.Czesław Szarek w swoim artykule.
Jeszcze raz gratuluję i czekamy na dalsze ciekawe relacje.....
Pozdrawiam
#2 | Janusz Tyburcy dnia 16.02.2007 11:02
To jest przykład dla nas wszystkich, co można zrobić dzięki uporowi i determinacji.Artykuł Czesława, jest bardzo dobrą lekcją życia. Coś, co wydawało by się nie możliwe, stało się możliwe.
Gratuluję osiągnięcia celu.
Pozdrawiam
Janusz T.
#3 | egonzeglarz dnia 20.02.2007 10:06
Kolejny dowód na to ,że chcieć znaczy móc! kiedy c.d?pozdrawiam
#4 | Szafranek dnia 05.02.2008 01:49
No i to jest to Szarek potrafi Czesiu tak trzymać? No no tak!
Pozdrawiam Szafranek.
#5 | Remigiusz Przybysz dnia 25.03.2008 13:10
upór i determinacja polskiego przedsiębiorcy , czy możecie sobie państwo wyobrazić ,jaką potęga gospodarczą byłaby polska - mając tak przedsiębiorczych ,pełnych zapału ł determinacji obywateli - gdyby tylko była dobra wola i chęć ze strony administracji rządowej aby pomagać lub tylko nie przeszkadzać - to by wystarczyło , panie czarku prowadząc firme transportową drogową od wielu lat podróżowalem na wschód - cała bialoruś , rosja ,kazachstan , to naprawdę wspaniali i niesamowici ludzie ,wielka szkoda dla naszego kraju ,że odwracamy się od wschodu , a przyjaciół szukamy za oceanem - naprawdę to smutne, -pozdrawiam ciepło
#6 | teich dnia 10.07.2008 09:44
Bardzo ciekawe.
Poraża jedno- znakomita elastyczność Białorusinów za wczesnego Łukaszenki i totumfactwo i bezczelne nieróbstwo polskich służb granicznych.
#7 | starypraktyk dnia 22.11.2010 19:35
Tak się zastanawiam:
Komuś musi na tym bardzo zależeć, by z takim zapałem rzucać ludziom przedsiębiorczym kłody pod nogi.
Przecież opisany przypadek można na upartego podciągnąć pod dywersję. Dlaczego nikt nie skierował sprawy do sądu?!
Czy jest w stanie ktoś to wyjaśnić?!
Andrzej P. / stary praktyk.

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 82% [9 głosów]
Bardzo dobre Bardzo dobre 18% [2 głosy]
Dobre Dobre 0% [0 głosów]
Średnie Średnie 0% [0 głosów]
Słabe Słabe 0% [0 głosów]
  PRchecker.info Free counters!