Rzeka Warta... pieniędzyDrukuj

InWater - InWaTrans a Pętla Wielkopolska

Przed wojną pływanie po rzekach było bardzo popularne, dzisiaj jest to wśród polskich wodniaków mniej popularne. Na przeszkodzie w rozwoju turystyki wodnej stoi na ogół zły stan szlaków rzecznych, kiepska choć stale się poprawiająca czystość rzek oraz prawie zupełny brak infrastruktury. Miasta, Gminy, odwróciły się od rzek, choć mogą być one dla nich życiodajne. Jednak coś w tej materii drgnęło.
Programy: InWater, InWaTrans, „Dolina Noteci” , „Noteć bez patentów” , „Doprowadzenie szlaku wodnego rzeki Noteć w ciągu drogi wodnej Wisła- Odra do II klasy drogi wodnej, przedsięwzięcie multimedialne „Wielka Pętla Wielkopolski” i szereg pomniejszych lokalnych inicjatyw, wszystko po to aby już niedługo powstało 670 km szlaku dla wodniaków Mają powstać mariny, tawerny, hoteliki, siec handlowa. Wszystko, czego oczekuje wędrowiec na szlaku. Brzmi jak bajka ? Niekoniecznie.
Uruchomienie inicjatyw samorządów, sięgnięcie do funduszy unijnych, taką szansę stwarza. Szkoda tylko, że część Gmin z tego regionu swojej szansy w przystąpieniu do programów nie chce wykorzystać a już zupełnie niezrozumiałym jest zachowanie organów centralnych, blokujących jedną z najważniejszych inicjatyw Stowarzyszenie Gmin i Powiatów Nadnoteckich. Mam na myśli program „Noteć bez patentu” . Jego celem jest aktywizacja tych terenów , wzorem Irlandii, Francji, Holandii, Włoch oraz Niemiec poprzez udostępnienie drogi wodnej pomiędzy Bydgoszczą a Gorzowem Wielkopolskim turystom nie posiadającym uprawnień motorowodnych, na specjalnie do tego celu przygotowanych jednostkach /prędkość 6 km/godz. /. Swego czasu w jednym ze spotkań międzynarodowych w sprawie realizacji Programu udział wzięła wieloletnia Prezydent Policji Wodnej, Pani Monika Scheufer oraz doradca ds. bezpieczeństwa wodnego, Pan Eberhard Himmel z Brandenburgii, która podobny program rozpoczęła realizować znacznie wcześniej. Ci ludzie, odpowiedzialni za bezpieczeństwo na wodzie nie widzą żadnych zagrożeń ze strony ludzi prowadzących takie jednostki. Odwrotnie niż nasi urzędnicy a przede wszystkim posłowie Sejmu poprzedniej kadencji, którzy widzą zagrożenie w barce mieszkalnej, posuwającej się z prędkością 6 km/godz. Na takich jednostkach urlopy na świecie spędzają całe wielopokoleniowe rodziny. Może posłowie obecnego Sejmu dostrzegą korzyści dla życia rodzinnego w takiej formie wypoczynku? Notecki odcinek Wielkiej Pętli ma stać się też częścią szlaku wodnego z Mazur do Berlina, który w dużej części zagospodarowuje województwo kujawsko-pomorskie.

Harmonijna realizacja tego programu z pozostałymi zadaniami na rzece Warcie jest niezwykle ważna z punktu widzenia całej Pętli Wkpl. Z trzech odcinków tej trasy, tj. rzeki Warty, odcinka przez j. Gopło do Kanału Bydgoskiego i Noteci, to Noteć jest odcinkiem zupełnie zaniedbanym, zarówno pod względem infrastruktury jak i samego szlaku. Jest po prostu płytki a śluzy zamulone. Troska o stan szlaku należy do RZGW w Poznaniu ale jak zwykle brakuje środków nawet na potrzeby bieżące. Dyrektor poznańskiego RZGW w powodzeniu założonych planów widzi też szansę dla siebie. Bez środków na pogłębienie szlaku i remont śluz powodzenie planu jest zagrożone.
Szlak Pętli wiedzie Wartą z Konina przez Poznań i Międzychód do Santoka pod Gorzowem Wlkp. i dalej Notecią przez Czarnków i Nakło na przedmieścia Bydgoszczy, skąd Kanałem Górnonoteckim przez jezioro Gopło i Kanał Ślesiński do Konina.
Gospodarze tych terenów odnotowali w ubiegłym sezonie poważny wzrost zainteresowania szlakiem. Realizacja programów już ruszyła. We wsi Sławsk ruszyła budowa przystani. W 2004 r oddano do użytku marinę w. W pełni gotowa na przyjęcie gości jest też przystań na terenie stadniny koni tuż za Wrześnią. Najlepiej zagospodarowane są nabrzeża na szlaku Warta - Gopło, gdzie działają ośrodki wypoczynkowe, czynne są pomosty, hangary, restauracje i hoteliki. Na Warcie, w miejscowości Ląd powstaje ze środków prywatnych port. Gmina Oborniki, Świerzyna , Santok to kilka przykładów zrozumienia roli rzeki dla aktywizacji tych terenów. Wymienić tu należy Stowarzyszenie Warta- Wełna – Flinta, na szlaku do Noteci i dalej. Na marginesie taka informacja, czy wiecie, że na rzece Wełnie występuje jedyna w Polsce forma koralowca? !
Są w przygotowaniu też inwestycje na rzece Noteci. Stowarzyszenie Powiatów i Gmin Nadnoteckich poszukuje inwestorów i zapewnia im wszelką niezbędną pomoc. Dobrym przykładem jest tu żeglarz i przedsiębiorca Wiesław Zieleśkiewicz, który wykorzystuje swoją szansę w Czarnkowie, gdzie powstanie marina z infrastrukturą i chyba jedyne w Polsce, w żeglarskiej marinie, obserwatorium astronomiczne.
Godne pochwały w tym wypadku jest duże zrozumienie i pomoc Burmistrza Czarnkowa. Duszą przedsięwzięcia jest Pan Piotr Głowski- Dyrektor Programu z ramienia Stowarzyszenia.
Duża część Gmin jednak nie dostrzegła swojej szansy na poprawę bytu ludności i na razie trzyma się na uboczu. Szkoda- bo sąsiedzi zza Odry twierdzą, że wydanie 20 mln. euro na infrastrukturę przynosi 500 miejsc pracy a okres zwrotu nakładów nie przekracza 3 lat.
I aż dziw, że na tej liście nie figuruje miasto Poznań, jakby nie było, stolica tego regionu. W tym 600 tyś. mieście nie ma ani jednego portu. Poznań „stoi” całkiem tyłem do rzeki a szkoda. Firma Astra TV Studio z Poznania nakręciła cykl poświęcony Pętli Wlkp. pod znamiennym tytułem „ Rzeka Warta pieniędzy”, może warto go zadedykować władzom i samorządowi Poznania? A gdzież słynna poznańska gospodarność. Autorzy filmu podają, że Berlin ma 200 km dróg wodnych i kilkadziesiąt tysięcy miejsc w portach i marinach. Na zakończenie sezonu, w uroczystej mszy na wodzie biorą udział setki jak nie tysiące jachtów i motorówek a nawet żaglowców. Przy całym szacunku dla proporcji, Poznań ma coś do zrobienia. Być może też przykład metropolii skłoni „teren” do większej aktywności!
I na koniec dobra informacja. 5. kwietnia ub.r. odbyło się spotkanie z posłem na Sejm RP z ramienia PO, Panem Adamem Szejnfeldem, który obiecał pomoc w sprawie nieszczęsnych patentów na Noteci.

Zbigniew Klimczak
____________________________
Przydatne linki:
Związek Miast i Gmin Nadnoteckich
Środa Wlkp.
RZGW

#1 | grundi68 dnia 12.02.2007 17:52
widziałem ten film czy raczej dwuczęściowy reportaż .faktycznie dziwne to było ,że o warcie mówiono w nim prawie wyłącznie przez pryzmat gorzowa a niewiele było o poznaniu. jak wynikało z reportażu "drobnym " wodniakom też nie jest na warcie lekko bo trudno gdzieś wygodnie,legalnie i bezpiecznie spuszczać łódkę z trailera na wodę. pamiętam też słowa jednego z braci wodniackiej że warta to bardzo nierówna rzeka co do przepływów ,od katastofalnych niżówek do gwałtownych wezbrań ,a w stanach średnich ma 4-5 metrowe głębie i 1-1,5 m spłycenia .
#2 | Janusz Fafara dnia 12.02.2007 22:51
Od zeszłego roku śledziłem losy jedynego stateczku pasażerskiego w Poznaniu Początek farsy ( przepraszam za słowo, ale dla mnie jest to farsa ) wyglądał następująco. Statek Jagienka kursuje na Warcie od 1999 r. W tej chwili to jedyna atrakcja turystyczna na rzece płynącej przez Poznań. Statek wypływa spod Mostu Chrobrego w rejsy do Lubonia lub Puszczykowa. Z pokładu można podziwiać nadwarciańskie krajobrazy w mieście i poza jego granicami. Pasażerom ukazują się m.in. miejsca, które z lądu są niedostępne. Szczęściarze wyposażeni w lornetkę lub bystry wzrok mogą nawet dojrzeć bobry baraszkujące w wodzie!
Właścicielem Jagienki jest gmina Sieraków, a administruje nią Gospodarstwo Pomocnicze przy Regionalnym Zarządzie Gospodarki Wodnej w Poznaniu. Roczny koszt utrzymania statku to około 120-130 tysięcy złotych. Wpływy z biletów zapewniają przychód w granicach 70-80 tysięcy złotych, więc żeby wyjść "na zero" RZGW potrzebuje około 40 tysięcy złotych. Z powodu nieopłacalności interesu może się zdarzyć, że jedyna atrakcja wodna w Poznaniu, przestanie służyć poznaniakom i turystom.
Podobny los spotkał już inny stateczek spacerowy - Anna Maria, który przez kilka ostatnich lat pływał po jeziorze maltańskim. Niestety z powodu małego zainteresowania turystów statek nie pojawił się na Malcie w tym sezonie, pływa natomiast po jeziorze kórnickim.
Sytuacja finansowa Jagienki jest tak trudna, że jeżeli nie znajdą się pieniądze, to stateczek może nie pojawić się w Poznaniu w przyszłym sezonie. Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej zwrócił się w styczniu z propozycją wspomożenia Jagienki do Urzędu Miasta Poznania.

J Poznań może stracić jedyną pływającą atrakcję turystyczną! Na razie losem "kultowej" Jagienki nie interesują się miejscy urzędnicy. - Jeśli nie będziemy mieli żadnej odpowiedzi w sprawie dalszej dzierżawy statku, to Jagienka zostanie sprzedana - zapowiadają władze Sierakowa, właściciele bocznokołowca.
Czy Poznania nie stać na utrzymanie jedynej "wodnej" atrakcji miasta - statku Jagienka? Dwa lata temu z naszego miasta odpłynęła na dobre Anna Maria r11; stateczek wycieczkowy pływający po Jeziorze Maltańskim. Teraz taki sam los może spotkać "Jagienkę" r11; bocznokołowiec kursujący wiosną i latem po Warcie.
"Jagienka" r11; należy do Gminy Sieraków. Statek dzierżawiony jest przez Poznań od 1999 roku. Jego armatorem jest Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej. Roczna dzierżawa statku kosztuje około 15 tys. złotych. "Jagienka" przypływa do Poznania zawsze pod koniec kwietnia i rozpoczyna sezon żeglugowy.
Wiosną i latem stateczek kilka razy dziennie odbija od przystani przy Moście Bolesława Chrobrego i płynie do Lubonia lub Puszczykowa. Z rejsów bocznokołowcem chętnie korzystają turyści, bo z pokładu Jagienki można podziwiać nadwarciańskie krajobrazy. Roczny koszt utrzymania statku to około 120 r11; 130 tys. złotych. Wpływy z biletów w sezonie przynoszą dochód rzędu 70-80 tys. złotych. RZGW już rok temu dopłacał do utrzymania statku. Armatorowi do wyjścia "na zero" zabrakło około 40 tys złotych. O problemach finansowych dzierżawcy statku pisaliśmy w artykule "Niepewny los ,,Jagieinki" .
Pod koniec września pod naciskiem mediów z pomocą "Jagience" przyszło miasto. Wydział Oświaty sfinansował szkołom rejsy edukacyjne do Puszczykowa, podczas których na pokładzie "Jagienki" odbywały się także lekcje przyrody. "Jagienka" odpłynęła z Poznania na zimowisko do Radzewic pod koniec września. Czy kultowy bocznokołowiec pożeglował z Poznania na dobre? Nie wiadomo.
Umowa na dzierżawę statku wygasa w kwietniu tego roku. Władze Gminy Sieraków chcą kontynuować współpracę z Poznaniem. - Chcielibyśmy, aby Jagienka żeglowała tam, gdzie są potencjalni turyści. Statek wynajmujemy za niewielką opłatą i byłoby dobrze gdyby znowu pływała w Poznaniu r11; deklaruje Remigiusz Pawelczak, sekretarz gminy Sieraków.
Władze Sierakowa wysłały w tej sprawie do Poznania list intencyjny. Jednak do tej pory nie uzyskały żadnej odpowiedzi. r11; Mamy nadzieję, że w najbliższym czasie dostaniemy jakiś sygnał zwrotny. W przeciwnym razie od połowy lutego będziemy przygotowywać się do sprzedaży statku r11; zapowiada Pawelczak. A chętni do kupna Jagienki są, bo niewielki wycieczkowy stateczek to jeden z dwóch żeglujących po polskich wodach śródlądowych bocznokołowców. Dzięki specyficznej konstrukcji Jagienka może pływać nawet po najpłytszych akwenach.
Dyrektor Wojciech Białek z RZGW uzależnia podpisanie dalszej umowy na dzierżawę "Jagienki" od pomocy finansowej ze strony miasta. r11; Jeśli uda nam się nakłonić miasto do organizacji w tym roku następnych rejsów edukacyjnych to umowę na dzierżawę statku przedłużymy na pewno. W przeciwnym razie o dalszej dzierżawie nie ma mowy, bo nie będziemy dopłacać do interesu. Jesteśmy dobrej myśli. Mam nadzieję, że się dogadamy r11; deklaruje Białek.
RZGW zamierza rozpocząć w tej sprawie rozmowy z miastem w lutym. Jednak, jeżeli pieniądze nie znajdą się szybko - na negocjacje może być już za późno. Wczoraj w Urzędzie Miasta nie uzyskaliśmy żadnej informacji o dalszych losach "Jagienki' i planach władz Poznania wobec niej. Biuro prasowe nie podało nam informacji czy na "Jagienkę" znajdą się pieniądze.

Jest to przedruk artykułu ze strony internetowej tutey.pl
Jednym słowem zainteresowanie władz lokalnych w zasadzie we wszystkich rejonach Kraju tam gdzie jest woda gwałtownie spada jeśli chodzi o wykorzystywanie rekreacyjne dla ,, mas ". Natomiast nie szczędzają czasu ani pieniędzy na na razie planowanie budowy ,,marin '' dla nowej klasy. Oni mogą budować tego typu obiekty w najbardziej urokliwych i niedostępnych dla zwykłych zjadaczy chleba miejscach - przykładem budowa ,,mariny '' we Wrocławiu pod śluzą Mieszczańską. Przystanie dla pasażerek świadczacych usługi dla ,, mas " są w fatalnym stanie, nie remontowane ( przykład Przystań Zwierzyniecka we Wrocławiu ) jak i również cała flota.Gdy zobaczyłem ,,Kaczuszkę " to aż płakać się chce. A przecież pływałem na niej parę miesięcy gdy była jeszcze w rękach Żeglugi na Odrze. Nigdy nie widziałem statku w tak podlym stanie. Wracając do tematu władze lokalne patrzą się na ten stan rzeczy ze stoickim spokojem, jednocześnie zacierając ręce z radości że temat ruszył - przecież ,, mariny " sie budują. Niech się budują, chwała im za to ale tylko w przypadku gdy przeciętny turysta przybywający do miasta na wodą będzie mógł z tej wody cieszyć się, aby ona nie była tylko dla wybranych.
#3 | Odrzak dnia 12.02.2007 23:12
Musimy mówić jednym głosem. To są słowa jerzeho Hopfera wodniaka całą gębą.
Dla
Dlaczego zatem turyści wodniacy mówiąc o problemach mówią tylko o sobie. I turystyka wodna i żegluga śródlądowa albo żegluga, tutystyka i rekreacja?
Przecież tam gdzie przepłynie statek towarowyna czy pasażerski na pewno bezpiecznie pływać mogą wszystkie jednostki tutystyczne a wśród nich małe statki (dł do 20m).
Tak, Drodzy Wodniacy ws woich staraniach używajcie właściewej terminologi, bo to jest klucz do załatwieniqa Waszego problemu z patentami. Dla urzędników w Warszawie hasło barka (obojętnie jaka) to jednoska z napędem lub bez ale duża do przewozu ładunków.
Kluczem do rozwiązania Waszego problemu jest wczytanie się w odpowiednie przepisy, odpowiednie ich skojarzenia, ale to Wy musicie zgłosić się do urzędników w WArszawie i w terenie z gotowym rozwiążaniem. oni nie wskaża Wam takiej drogi, bo oni trzymają się swoich biurek. 'Wydzielenie z polskich dróg wodnych "Pętli Wielkopolskiej" do uprawiania tutystyki wodnej bez patentu jest pomysłem dość dziwnym/ BYłby to podział na równych i równiejszych . Jako wieloletni marynarz z doświadczeniem, przyznaję Wam rację i popieram Wasze starania o zniesienie "takich patentów" Jestem kapitanem I kl (A) i sam doświadczyłem bzdurnego podejścia do sprawy przez Polski Związek Motorowodny.Musiałem zdawać egzamin teoretyczny i praktyczny na motoróke. Była świetna zabawa na egzaminie. Turystyka wodna mogłaby stać się motorem rozwoju dróg wodnych i przynaleznej im infrastruktury, mogłaby ożywić przemysł stoczniowy i wiele innych dziedzin naszej gospodarki, mogłaby znakomicie uczyć i wychowywać. Media ( szczególnie telewizja) mogłyby przekazywać oprócz materiałów propagandowych materiał edukacyjny przydatny potem na wodzie. My -marynarze żeglugi śródlądowej patrzymy na Was,
przyjaznym okiem ale musimy mówić jednym głosem.
#4 | Odrzak dnia 15.02.2007 16:06
Drodzy Wodniacy. Sprawdziłem dzisiaj kilka aktów prawnych i sprawa według mnie polega na tym, że w Ustawie o Kulturze Fizycznej (Minister Sportu) brak jest zapisu traktującego o Waszych zamiarach i życzeniach. Mowa jest o wielu srwach i formach turystyki ale brak jest hasła "mała żegluga". Dlaczego mała żegluga? Bo małe statki, bo chcecie mieć mało problemów a dużo przyjemności, po prostu wielką frajdę. Wydaj mi się, że jest to do załatwienia. Ja tylko podaję pomysł, który ma szansę powodzenia. "Mała żegluga" - forma wypoczynku polegająca na uprawianiu turystyki małymi statkami po śródlądowych drogach wodnych w oparciu o przepisy prawa miejscowego wydane przez Urzędy Żeglugi Śródlądowej a nie nakładające obowiązku posiadania patentu uprawniającego do poruszania się takimi jednostakami przez prowadzących. Taki lub podobny zapis winien znaleść się w Ustawie o Kulturze Fizycznej dający tym samym (za pośrednictwem Ministerstwa Transportu) delegację dla Urzędów Żeglugi Śródlądowej do przygotowania stosownych przepisów. Tu z kolei podane były by warunki techniczne jakim powinny odpowiadać te małe statki oraz zasady bezpieczeństwa ruchu i postoju przy uprawianiu "małej żeglugi". Sprzyjającym faktem w Waszej sprawie jest to że "Pętla Wilekopolska" jest pod zarządem jednego Urzędu Żeglugi Śródądowej w Bydgoszczy i jednego Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Poznaniu, które ze sobą współpracują. Jednakże projekt "małej żeglugi" powinien zafunkcjonować w całej Polsce. Jak spowodować zaistnienie takich zapisów to już oddzielna sprawa, ale wydaje mi się, że powinien powstać projekt takich zmian z odpowiednim ich uzasadnieniem i skierowany winien być do Sejmu za pośrednictwem Ministra Sportu lub do wybranego przez Was Klubu Poselskiego. Tu pomocny mógłby być Jerzy Hopfer, były poseł czyli fachowiec. Myślę, że inicjatywa powołania "małej żeglugi" znalazła by duże zainteresowanie, gdyż oprócz samej turystyki wodnej uaktywnił by się mały przemysł stoczniowy, infrastruktura brzegowa i wiele innych dziedzin usług mających bezpośredni i pośredni związek z tą formą wypoczynku. Warto też pomyśleć o utworzeniu Waszej lub Waszych organizacji, które w swoich programach wykazywały by kierunki działania, sposoby ich realizacji i inne sparwy wiążące się z powstającą nową "sprawą" na naszych drogach wodnych. Tu właśnie należało by oczekiwać wsparcia takiej inicjatywy przez samorządy terytorialne. Wy przyszli marynarze "małej żeglugi" przez swoje działanie w tworzeniu a potem jej uprawianiu nie tylko doświadczali byście wielu wspaniałych doznań na wodzie w otoczeniu naszej pięknej przyrody ale byli byście wzorem dla innych (tych młodych i tych starszych) jak zdrowo i ciekawie spędzać czas. Myślę, że w Polsce znaleźli by się chętni do zainwestowania pieniędzy w uruchomienie "małej żeglugi" tym bardziej, że są sprawdzone wzorce w krajach Europy zachodniej. Tu też widzę możliwość pozyskania środków z UE. Na pewno, znalazły by się też grupy wsparcia tej inicjatywy a my marynarze (zawodowi) pozyskali byśmy "młodszego brata", za którego już teraz trzymam kciuki.
#5 | zbigniew klimczak dnia 19.02.2007 20:56
To małe nieporozumienie. Pływanie hausbotami bez patentów ( własciwie z jednorazowym patentem wystawionym przez bosmana po 30 min. "rejsie" probnym, dopuszczone jest po szlakach, ktore nie są drogami wodnymi. Tam jest ruch statków, przepisy, locja. Tam hausboty bez patentow nie moga pływać. Pisałem o Petli Wlkp. ale hausboty to program "Noteć bez patentów. Reszta rad jest ok.
Zbigniew Klimczak
#6 | Jerzy Hopfer dnia 19.02.2007 23:57
Program pt. Noteć bez patentów znam od kilku lat, m.in. z konferencji na temat turystyki wodnej. Muszę się przyznać, że od początku podchodziłem do niego dość sceptycznie. Trudno mi bowiem wyobrazić sobie spotkanie kilku hausbootów, nawet na Leniwej Noteci między Ujściem i Nakłem, z zestawem pchanym lub beemką. Z drugiej jednak strony, przy braku ruchu żeglugowego, zawodowego na drodze wodnej Wisła - Odra, może byłoby lepiej dopuścić tam hausbooty niż udawać, że jest to droga wodna w pełnym wymiarze i w pełni wykorzystana i tylko dlatego zabraniać tam wszelkiego ruchu żeglugowego. Trzeba nad tym pomyśleć, a przede wszystkim spróbować zmienić mentalność zarówno ludzi odpowiedzialnych za bezpieczeństwo ruchu żeglugowego jak i tych entuzjastów, którzy nie znając zagadnień dogłębnie proponują transponować obyczaje z zupełnie innego obszaru mentalnego na grunt polski. Koronnym argumentem w dyskusji był ten, że w Holandii jest to możliwe. Zgoda, tam jest to możliwe. Trzeba jednak znać Holendrów i ich mentalność na tyle dobrze, aby móc zrozumieć pewne, nie spotykane gdzie indziej ich zachowania. Ci z naszej żeglugowej braci, ktorzy pływali na Zachodzie wiedzą, że spotkanie z Holendrem powoduje automatycznie wyostrzenie uwagi do najwyższego stopnia, bowiem Holendrzy to naród ludzi morza, naród ludzi twardych, naród ludzi odpowiedzialnych i od maleńkości wzrastających w świadomości, że ich drogi wodne są w dobrym stanie technicznym, gdzie pewne zachowania są dopuszczalne, a nawet konieczne. Holender mijając np. stojące statki nie zwalnia, wychodząc z założenia, że załoga statku stojącego powinna się martwić o to, by ich cumy wytrzymały falę wytwarzaną przez statek przechodzący obok. Pamiętam z własnej praktyki, że po przejściu Holendra znaleźliśmy się na środku kanału z pozrywanymi cumami. Nauczyło nas to, że rzeczywiście należy wiązać statek tak, abyśmy mogli spac spokojnie. Z innej beczki. Holendrzy wyznają zasadę, że każdy powinien się martwić i co ważne, jest odpowiedzialny osobiście za wszystko - to podkreślam - co czyni. W razie poniesionej szkody przyczyn szukają przede wszystkim w sobie, a dopiero później u innych. Taka mentalność, o którą walczę od kilkudziesięciu lat, w Polsce jest nie do wyobrażenia. Tutaj własną bezmyślność, brak przewidywania lub niedbalstwo zwala się natychmiast na innych. I to jest problem. Organy Państwa, które też kierują się tą zasadą, próbują tak ograniczać przepisami wszystko i wszystkich, by w maksymalnym stopniu zapobiec wszystkim możliwym sytuacjom - vide problem i dyskusje dotyczace kart pływackich. W Holandii każdy może wejśc do wody i gdy nie umie pływać - utopić się na własne życzenie. Dlatego każde dziecko holenderskie, w wieku 4-5 lat umie doskonale pływać. Po to by się nie utopić. U nas jest inaczej i wszyscy o tym wiemy. Ograniczenia doskwierają, ale - moim zdaniem nie można mieć pretensji do nadzoru nad żeglugą, że egzekwuje obowiązujące przepisy. Mam za sobą kilkunastoletnią praktykę inspektorską na drodze wodnej Wisła - Odra i wiem co mówię. Wiem też, jak przebiegają egzaminy na stopnie motorowodne i inne. Odbywają się - ze strony zdających - na studenckiej zasadzie: zakuć, zdać i natychmiast zapomnieć. I w przyszłości stosować swoje własne zasady: maksimum szpanu,rozrywki i luzu, z obowiązkową dawką alkoholu we krwi, no bo jak urlop to urlop, minimum obowiązków i poszanowania reguł i przepisów. Z drugiej strony nie rozumiem tego owczego pędu do picia na jednostkach turystycznych. To już prawie genetyczne uszkodzenie charakteu. Prawie każdy, kto wsiada na KUNĘ pyta natychmiast, czy można tu się napić. Tak, jakby nie można było się napić gdzie indziej. Czyżby wzorce wypraw autobusem zakładowym, gdzie tuż za rogatkami miasta połowa była "nawalona" tak mocno sie zakorzeniły w narodzie?
Nie ruszam się już od dawna z mojego odcinka, ale wzorem Kanta / prawda, jaki jestem zarozumiały?/ pilnie słucham i czytam o tym, co dzieje się np. na Mazurach i innych akwenach w okresie letnim. Mam zresztą na codzień do czynienia z turystami wodniakami. Proszę mi wierzyć, że różnica między np. niemieckimi, a polskimi turystami jest kolosalna, o Holendrach nie wspominając. Tyle pokrótce na temat różnic mentalnych. Temat ten godzien jest dłuższej i bardziej pogłębionej dyskusji. Rzecz bowiem bardziej dotyczy sfery kultury niż prawa. Albo inaczej, takie prawo, jak kultura. Ale temat ten odnosi się bezpośrednio do problemów hausbootów w Polsce. Moim zdaniem istnieją przesłanki do tego, by na niektórych drogach wodnych wprowadzić ułatwienia, np. tytułem eksperymentu. Doskonałą drogą do tego jes np. droga wodna Warta - Kanał Bydgoski. Tam nie ma i nie będzie już więcej zawodowego ruchu żeglugowego. Aby więc droga wodna zupełnie nie zdziczała można dopuścić tam ruch hausbootów i przyglądać się, co z tego wyniknie. Prawdopodobnie nic złego. Tylko, aby się o tym przekonać trzeba spróbować. Być może, możnaby również poeksperymentować na odcinku Ujście - Krostkowo, bądź Nakło. Jestem zwolennikiem małych kroków, byle do przodu. Tylko powiedzcie mi, który z dyrektorów UŻŚ weźmie na siebie ciężar katorżniczej wręcz roboty i odpowiedzialność za eksperyment przy panującej powszechnie w Polsce tendencji do zaostrzania odpowiedzialności za nieliteralne stosowanie prawa w ogóle i prawa żeglugowego także. Przecież trzebaby być czlowiekiem szalonym, by coś takiego zacząć, mając z miejsca wszystkich przeciwko sobie. I ja ich rozumiem. Wiele zależy też od tego, czy psychicznie jest na tyle mocny i przekonany do tego, by coś nowego wprowadzić i po sobie zostawić, mimo ogromu trudności. Jak widać, jest tu wiele aspektów, czy komponentów, które bardzo rzadko razem się zejdą w jednym człowieku. Mimo wszystko jest o co walczyć, albo lepiej powiedziawszy i nie używając języka walki, jest się o co starać, bo to byłby milowy krok naprzód w rozwoju turystyki wodnej w Polsce. Zachodni inwestorzy czekają na zielone światło.
I na koniec, pokrótce, o Warcie. Otóż wpadł mi świeżo do ręki nowo wydany przewodnik " Wielka Pętla Wielkopolski". Przeczytałem go oczywiście z wypiekami na twarzy, tym bardziej, że w bibliografii wymieniono rownież mój Przewodnik po drogach wodnych Polski. Dostarczono mi też - i obejrzałem go pilnie - film pod tym samym tytułem. Jest to pięknie wydany i rzeczywiście fachowo zrobiona rzecz. Piękne zdjęcia i opisy. Kiedy zobaczyłem mapę z piktogramami oznaczającymi sieć infrastruktury dla wodniaków i gdybym nie znał rzeczywistości / przeprowadziłem ta drogą 9 jachtów niemieckich w 2001 roku/, byłbym od razu wyruszył na trasę. I byłbym się srodze rozczarował. Bo opis wszystkiego, co się znajduje poza korytem Warty to rzeczywiście bogactwo, które aż się prosi o to, by pokazać innym i jeszcze na tym zarobić co nieco. Ale, o czym ciągle mówię, infrastruktury nadbrzeżnej, a już szczegolnie miejsc postojowych, tam nie ma. Kilka pozytywnych przykładów, jak Ląd, Skwierzyna, lub infrastruktura nad jeziorami w Kruszwicy, Ślesinie czy Koninie, to dopiero zaczątki czegoś, co trzeba rozwijać. Inaczej mówiąc, pierwsze jaskółki, które powinny, ale wcale nie muszą czynić wiosny. Ale pisanie, że w Poznaniu można się zatrzymać bezpiecznie w miieście to już gruba przesada. Chyba, że ktoś lubi stać przy kamieniach i nie schodzić ze statku w obawie przed rozbojem i kradzieżą. Tylko po co w takim razie tam płynąć? Nie mogę zrozumieć, dlaczego basen, który pozostał po dawnym porcie rzecznym Poznań nie jest jeszcze zagospodarowany jako port jachtowy. Przecież to idealne miejsce, jakiego na próżno szukać gdzie indziej. Być może przewodnik jest skierowany przede wszystkim do mało wymagających polskich turystów kajakowych, wtedy zgoda. Ale liczyć, że dadzą się na to nabrać inni, którzy dysponują pieniędzmi i gotowi są je zostawić w Poznaniu, to mrzonka. Jeden, ktory stwierdzi, że został oszukany, zrobi nam taką antyreklamę, że nikt po nim już nie przypłynie. Nawet, gdy z biegiem lat tej infrastruktury przybędzie. Z kontaktów z turystami - wodniakami z zachodu nauczyłem się, że mogą dużo wybaczyć i rozumieją, że mamy trudności, zapóźnienia, czy jak to tam jeszcze nazwać. Jesteśmy dla nich jeszcze jako - w tej dziedzinie - kraj rozwijający się. Ale nieprawdy nie wybaczą nigdy. Oni uznają, że ktoś, kto chce od nich brać pieniądze musi za te pieniądze coś dać. Pomijam w tym miejscu, że aby rozsądnie zaplanować rejs okrężny Pętlą trzeba wyliczyć etapy na co najwyżej 4-5 godzin rejsu dziennie. Turyści, to nie żeglugowcy, i nie płyną 12 lub więcej godzin dziennie. Oni mają wypoczywać, chcą coś zobaczyć. Trafiłem kiedyś na opis wrażeń grupy holenderskiej statkiem pasażerskim na Odrze. Kiedy stanęli na cały dzień w Krośnie Odrzańskim nie znalazł się nikt, kto by im zaproponował autobus, czy choćby taksówkę i przewodnika, by mogli zwiedzić miasto i okolice. Pewnie kazano im myśleć naszymi kategoriami opisanymi wyżej, że statek jest tylko po to, aby się napić i pójść spać. Niech więc piją i nie zawracają głowy ani niczego więcej miejscowym. Pytanie, kto więcej da się nabrać na taki rejs jest pytaniem czysto retorycznym. Podobnie jest na Warcie. Pilotowałem w roku 1996 pierwszy niemiecki statek pasażerski do Poznania. Jeden z postojów wypadł w MIędzychodzie. Przez takie krzaki i zarośla już dawno się nie przedzierałem. W przewodniku, o którym mowa, przedstawiono Międzychód z lotu ptaka i pokazano jako przystań turystyczną miejsce, gdzie za żadne skarby nie da się podejśc do brzegu, bo tam leżą kamienie. ITD. ITP. Reasumując. Należy przede wszystkim zmienić mentalność ludzi i władz samorządowych w tym kierunku, aby oczekując, że turysta - wodniak to ktoś, kto ma pieniądze i gotów jest je wydać, nie traktowac go jednocześnie jak głupca, który ma zwyczaj wyrzucać pieniądze w błoto. Bo gdyby tak było, to nie nie miałby ich na uprawianie turystyki wodnej. Proste, ale prawdziwe. Turystę musi ciągnąć coś, co jest niezwykłe. I znowu cytat z KUNY. Otóż mając statek nie do końca odbudowany, aby trochę zarobić na dalsze prace, zabieraliśmy od czasu do czasu jakąś grupę. Musialem wytłumaczyć ludziom dlaczego jest jak jest, dlaczego warunki przejażdżki odbiegaja od tego, do czego zapewne są przyzwyczajeni. Srasza pani z Berlina powiedziała mi na to: Proszę pana, jeżeli będę chciała luksusu, to w Berlinie jest kilkadziesiąt statków, na których będę obsługiwana jak królowa angielska i tam się udam. Ja wolę ten statek dlatego, że tutaj czuję ducha czasów, ktore odeszły. Nic dodać nic ująć. Silna motywacja. Rzecz w tym, by znaleźć tych z silną motywacją, ale gdy się już znajdą, to ich dopieszczać, jak by byli członkami rodziny panującej w Anglii. Na tym koniec. Jak zwykle pobieżnie, starałem się odpowiedzieć na pytania i wątpliwości naszych kolegów. A może lepiej, podzielić się doświadczeniami i przemyśleniami z własnego, długiego i świadomie przeżytego życia zawodowego. Zmieniajmy zatem świadomość i mentalność własną i naszych przedstawicieli, przede wszystkim w samorządach. Od nich bardzo dużo zależy. Niech nie porywają się na projekty, które nie będą nikomu służyły, pod pretekstem, że zrobi się to za pieniądze " unijne". Pieniądze unijne są naszymi pieniędzmi i należy nimi tak gospodarować i je wydawać, aby korzyść z nich była jak największa. One - te unijne - kiedyś się skończą i trzeba, by pozostało po nich coś, co potem samo się będzie nakręcać. To tak bardziej ogólnie. Pozdrawiam wszystkich. Jerzy Hopfer.

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
  PRchecker.info Free counters!