Historia czlowieka, co rzekę pokochal.Drukuj

Był sobie człowiek…
Jan Sobiegraj od początku życia do samego końca był …chłopem.
W dobrym tego słowa znaczeniu. Nigdy się tego nie wstydził i jak bardzo tęsknił za powrotem do „wsi spokojnej” to mówi jego życiorys. Jestem jego ostatnim dzieckiem. Ale zawsze ze swoistym poczuciem humoru, podkreślał, ze przedostatnim.
Urodziłam się jak on miał 45 lat.
Nie miało by to może znaczenia, gdyby nie miał za sobą swojego trudnego życiorysu i historii, która robiła z ludźmi co chciała.
Nie stawiam go na pomniku. Był ostatnim, który by tego chciał.
Dla mnie w pamięci pozostanie jako wspaniały człowiek, ale niestety-nie był dobrym ojcem dla malej dziewczynki o trudnym charakterku. I mimo takiej oceny- na zawsze zapamiętałam jego osobowość i staram się ja przekazywać moim dzieciom.
Bo Dziadkiem był rewelacyjnym!
Z perspektywy czasu i wiedzy o tamtym okresie życia mojego ojca, kiedy ja się urodziłam, można wysnuwać rożne wnioski. Był po strasznych traumach, w coś wierzył , co zawaliło mu się na głowę. Zawsze uczciwy do granic absurdu i za ta uczciwość został ukarany, bo system tego wymagał…
Można snuć wiele wątków na jego temat. I każdy będzie w jakimś sensie prawdziwy.
Kiedy po latach napisał swoja biografie, był już ciężko chorym człowiekiem.
Ale bardzo chciał, żeby tamten czas, sprzed wojny, został utrwalony choćby w jego wspomnieniach.
Tak niewiele się wtedy mówiło o Flotylli Pińskiej.
A on miał doskonałą pamięć i nawet po latach pamiętał pogodę w dniu zatopienia „Sierpinka”!
Biografie napisał po wojskowemu. Same suche fakty. A potem jeszcze napisał „Poleski marsz”. To trudna lektura. Bo język chropowaty i wyzbyty każdego sentymentu. Mam w pamięci chwile, kiedy się otwierał i mówił zupełnie innym językiem o czasach, które bolały go do końca życia.
Chce napisać o nim, jak o człowieku, co przeżył niewyobrażalne.
Nie on jeden.
Ale każdy kamyczek do tego ogródka jest świadectwem.
I o to świadectwo mi chodzi. Dla pokoleń po nim.

Urodził się w 1909 roku. Na wsi kieleckiej, która w tamtych latach była ledwie prymitywną osadą, ze strzechami i stajnią przez ścianę. Jego ojciec wyznawał zasadę, ze najważniejszą w życiu człowieka jest praca.
Toteż pracował od dziecka. Najpierw pasł gęsi, potem krowy.
Za namową nauczyciela małego Jasia wysłano do miejscowej szkoły. Rwał się do książek.
Kiedy skończył 6 klasę powinien jak inni, wrócić do pracy na gospodarstwie.
Umiał czytać i pisać i to już była cala edukacja..
I znowu miejscowy nauczyciel widząc dzieciaka, który wyrasta ponad przeciętność, namówił ojca Jasia na dalsze kształcenie. Jas zdał egzamin do gimnazjum w Staszowie.
Kosztowało to rodziców sprzedanie 1 morgi pola. A to było dużo.
Niestety, wystarczyło do III klasy tego gimnazjum. W domu była jeszcze piątka dzieci, a więcej pola już nie można było sprzedać.
Wrócił wiec do rodziców i oprócz pomocy w gospodarstwie pracował jako drwal w lesie.

W 1927 roku przypadkowo w Szydłowie dowiedział się o werbowaniu do marynarki wojennej. Skoro i tak i tak miał iść lada moment do wojska, to wybrał marynarkę jako ochotnik.
Wylądował w Świeciu nad Wisłą, a po roku szkółki, został przydzielony do Flotylli Pińskiej. Skończył Szkole Specjalistów i był wcielony do jednostki jako podoficer zawodowy.
Jednak chęć zdobywania wiedzy była tak silna, że udało mu się skończyć pińskie gimnazjum z egzaminem malej matury. W tym czasie zdążył się ożenić i w roku 1937 zostać ojcem małego Jasia.
W 1939 roku w kręgach wojskowych wiadomo było, ze wojna wisi w powietrzu.
01. września 1939 roku, Jan wchodził w skład załogi ORP Adm. „Sierpinek”.
Tu będę cytować jego własne słowa:

„ Dnia 17 sierpnia 1939 roku ORP „Sierpinek” był zakotwiczony na rzece Prypeć przy kanale Sytnickim. O godz. 13.30 dca ORP, por. Marciniak, otrzymał rozkaz: „zatopić okręt zgodnie z regulaminem RSO.” Załogę zorganizowano zgodnie z regulaminem służby polowej, by dołączyć do III kompanii I-go Batalionu Morskiego, który wchodził w skład Armii Polesie pod dowództwem generała Kleberga. Armia ta spieszyła na odsiecz oblężonej Warszawie. Po stoczonej ostatniej bitwie pod Kockiem, Armia Polesie została rozbita. Część batalionu morskiego pod dowództwem komandora Biela, została rozbrojona przez armie radziecka, na prawym brzegu rzeki Bug, nad jeziorem Tur.”

Suche , wojskowe sprawozdanie. Nie ma w nim tego, jak w momencie wzięcia batalionu do niewoli przez armie radziecka, przez przypadek (kolega stojący obok w dwuszeregu, na pytanie radzieckiego żołnierza, jaki to stopień ma ten obok na rękawie, powiedział, że ”eto starszyj matros”) nie trafia do grupy podoficerów i oficerów, później rozstrzelanych w Mokranach przez NKWD. Kilku również trafiło do Katynia i Ostaszkowa. Nigdy nie wrócili.
Kiedy Rosjanie prowadza ich w kolumnie, udaje mu się uciec na jednym z zakrętów w lesie. Już w trakcie marszu czuje, ze coraz bardziej mu dokucza kolano. Spuchnięte i czerwone. Po ucieczce przedziera się w stronę Pińska do rodziny.
Wie, ze cały teren jest pod władza radziecka. Jeżeli go złapią, to rozstrzelają bez pytania. Po wielu nieprzespanych nocach i dniach, w których omijał główne szlaki dociera do Pińska. . Ale i tu ma świadomość, że sowieci skrupulatnie sprawdzają wszystkich. Nie ma szans jako polski wojskowy.
Udaje mu się jeszcze u znajomego lekarza podleczyć zapalenie stawu kolanowego.
Zostawia rodzinę ( zona z dwójką dzieci i trzecim w drodze) i z rożnymi komplikacjami wraca do rodziców, na kielecka wieś.
( Z synem widzi się dopiero po 30 latach. Byłam świadkiem tego spotkania. Nikt nie wstydził się wtedy łez. Wtedy dopiero ojciec dowiaduje się o ich losie i o tym co tam się działo po jego wyjeździe. Z moim przyrodnim rodzeństwem z Pińska, mam stały kontakt. No i w Pińsku są już pra-pra-wnuki Jana!)
Jest rok 1940. Niemcy już się zadomowili w kraju. Równocześnie zaczyna się rodzic Polska podziemna. Jan nawiązuje kontakt z partyzantka. Pod pseudonimem „Matros” najpierw zajmuje się kolportażem podziemnej prasy. Potem zostaje skierowany do szkolenia kadry w obsłudze broni. Wreszcie trafia do słynnego oddziału „Jędrusie”. Bierze udział w wielu akcjach na niemieckie składy żywności, likwidacje donosicieli i zbrodniarzy niemieckich, zdobywanie broni i środków na walkę z okupantem. Niestety, nie brakuje gorliwych i Niemcy szybko orientują się w okolicy rodzinnego Solca, że ów „Matros” często nocuje w domu. Udaje mu się kilkakrotnie wymknąć z obławy specjalnie ustawionej na niego. Wiedział, kto informował Niemców. Nazwisko donosiciela napisał w swoich wspomnieniach. Ale nawet po wojnie, kiedy spotkał go przypadkowo na jarmarku , nie powiedział ani słowa. Nie umiał się mścić.
W „Jędrusiach” doczekał końca wojny.
Tuz przed frontem , kiedy cala ludność cywilna wysiedlono z okolic Solca do Rytwian, zostaje aresztowany, razem z kilkoma innymi mężczyznami, jako podejrzanych o szpiegostwo. Na szczęście w całym bałaganie przyfrontowym udaje im się w nocy uciec. Wie, ze jeżeli dostanie się w ręce Rosjan, to może być koniec.
Przedziera się za frontem do Kielc.
W 1945 roku, 18 stycznia znalazł się Jan w Kielcach. 07. lutego został zatrudniony w Miejskiej Radzie Narodowej Wydziału Wojskowego.
Wiedział o sowietach zbyt wiele, żeby ufać.
I kiedy ktoś życzliwy ostrzega go, ze szykuje się nalot kontroli osobowej, a wiadomo, ze chodzi o wyłuskanie tych co walczyli po niewłaściwej stronie, ze skierowaniem w ręce, w czerwcu tego roku, jako repatriant jedzie do Wrocławia. Tam jest rzeka i port.
I znów cytuje:
„ Od dnia 17 czerwca 1945 roku pracowałem (we Wrocławiu) jako szef kompani w straży przemysłowej. ( Pilnował wielkich poniemieckich składów wojskowych. Kiedy zauważył, ze jego przełożeni zaczynają czarny handel z tych składów, poszukał innej pracy)
W dniu 3 lipca 1945 roku zgłosiłem się jako fachowiec w Państwowym Zarządzie Wodnym celem organizowania żeglugi na Odrze.
W dniu 3 sierpnia 1945 roku na uruchomionym przez mnie statku/holownik/ „Piast” pierwszy wyznaczyłem szlak żeglowny na rzece Odrze, który był utracony przed wiekami. Duma i radością napawało mnie to, kiedy jako kapitan statku założyłem na drzewcu polska flagę. Potem wśród wraków, min, niewypałów odkotwiczałem barki z węglem od Koźla do Wrocławia i z Wrocławia do Szczecina.”

Razem z kilkoma innymi, wydobywa wraki poniemieckich barek i oczyszcza port we Wrocławiu.
I dalej:
„ W 1947 roku byłem współorganizatorem Zasadniczej Szkoły Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu. Zostałem również wykładowcą w tej szkole. Współpraca ze szkołą trwała do 1957 roku.”

W 1950 roku Jan zostaje przeniesiony do Polskiego Rejestru Statków w Gdańsku, z siedziba we Wrocławiu.
I tu zaczynają się schody.
Tego już nie ma we wspomnieniach oficjalnych.
Mimo wielu wysiłków nie mógł nawiązać kontaktu z żona i dziećmi w Pinsku.
(Dopiero w latach 60 tych dowiedział się , ze jego żona , aby uniknąć deportacji na Syberie, jako żona polskiego wojskowego, musiała zaocznie wziąć z nim rozwód i jako obywatelka radziecka mogła pozostać w rodzinnym domu w Pinsku. Miała troje małych dzieci! ) A kiedy nawiązał ten kontakt i chciał sprowadzić rodzinę, to się dowiedział, ze jest zobowiązany płacić alimenty, ale nie może sprowadzić rodziny, bo to obywatele innego państwa.
Nie chciał mieszać się w politykę.
Kochał rzekę i był jej pasjonatem. Widział, co dzieje się na około.
Podjął decyzje emigracji na Zachód. Oczywiście nielegalnej. Byli we trzech. Nigdy nie potrafił wskazać tego, który puścił farbę. Złapali ich o krok od wolności, na granicy czesko-niemieckiej. Wylądował na 3 miesiące w wiezieniu. I tylko dlatego, ze nie było wtedy komputerów i możliwości sprawdzenia przeszłości, a fachowcy byli potrzebni- po tych 3 miesiącach wyszedł na wolność. Gdyby odkryto jego udział w partyzantce , mogło się skończyć inaczej.
Ale życie ma swoje prawa i idzie dalej.
Założył nowa rodzinę.
Na początku lat 50 tych, dostał propozycje nie do odrzucenia, by zapisał się do partii. Powiedział, ze praca, rodzina i obowiązki w szkole nie pozwalają mu na to, żeby podjąć się tego . Nie może przecież lekceważyć tak doniosłego obowiązku jak praca partyjna.
Na jakiś czas miał spokój. Zwłaszcza , ze był fachowcem o których w tamtych czasach nie było łatwo.
Ale propozycja powróciła. Już lata po stalinowskie. Może to był 1954 albo 55 rok.
I propozycja:” Zostanie pan dyrektorem żeglugi, w ciągu pól roku postaramy się o dyplom z wyższym wykształceniem. Tylko jeden warunek - zapisze się pan do partii.”
Nie wiedzieli, ze stanowiska mu nie imponowały. Po za tym, doskonale zdawał sobie sprawę, ze będzie tylko narzędziem w rekach partyjnych. Odmówił.
To postanowili inaczej.
Był szefem kontroli jakości w stoczni odrzańskiej. Przyszedł transport śrub potrzebnych do produkcji. Sześć wagonów.
Zakwestionował wszystkie sześć.
Miały odwrotny gwint i nadawały się na złom.. Ale śruby przyszły z zaprzyjaźnionego kraju, Czechosłowacji i nie było takiej opcji, ze mogły być wadliwe! Jeżeli on nie dopuści do produkcji tych śrub, to zawali się jakiś tam plan! Próbowano wszystkiego! Od zwykłej łapówki do oferty stanowisk wysokiego szczebla. Znowu okazał się nieprzekupny. No to już nie było wyjścia - dostał wymówienie z pracy.
Jeszcze się odwoływał, jeszcze wałczył, jeszcze wierzył….
Do dziś mam w dokumentach odmowę przyjęcia go do pracy.
W stylu iście socjalistycznym!
Jest bezradny wobec partyjnej machiny.
Na utrzymaniu ma rodzinę.
Podejmuje desperacka decyzje wyjazdu z Wrocławia.
W 1957 wyjechał w rodzinne strony w raz zona i trójką dzieci. Mieszkają w wynajętych dwóch pokojach u chłopa w Kargowie.
I za wszelka cenę stara się wybudować dom
Wkrótce dala o sobie znać katarakta. Operacja oka i renta inwalidzka.
Wyjazd był aktem desperacji. Z warunków wielkomiejskich, gdzie prąd, woda i inne luksusy, zaczął od podstaw. Nie było prądu, woda w studni i mentalność okolicznych jak w średniowieczu. Ale mimo przeszkód udaje mu się przeprowadzić w 60 roku na swoje. Do…budynku gospodarczego, bo na dom nie dostał zezwolenia. Jeden telefon z Wrocławia o jego niewłaściwej postawie i zezwolenie na budowę domu zostało zablokowane. (Dopiero w latach 90 zostaje to zmienione w dokumentach gminy!) Zamieszkał na Brzozowce.
Trzy kilometry od miejsca urodzenia.
Jeszcze chciał pomagać, brać udział w życiu malej, miejscowej społeczności. Buntował się, kiedy ksiądz sprzedał w tajemniczych okolicznościach piękny , marmurowy pomnik byłych właścicieli ziemskich. Buntował się na rządy kolesiów w gminnej radzie, gdzie głównie się piło wódę. Ale nie wiele mógł zrobić. Partia miała swoją wizje wsi. Kiedy zobaczył, ze walczy z wiatrakami, odsunął się od wszystkiego.

Zajął się ziołami, pszczołami, i życiem samowystarczalnym.
Zona pracowała w sąsiednim ośrodku zdrowia, dzieci poszły do szkol średnich.
Prąd doprowadzono dopiero w 1968 roku.
Ale jeszcze zaraz po wojnie…
Rodzina w kieleckim. Bieda straszna. Jedyna pomocą jakiej mógł udzielić, to skierować swoich bratanków, siostrzeńców i kuzynów do pływania na barkach. I tak trafił do żeglugi Witek Sobiegraj, potem Kazik Sobieraj i Józek Sobiegraj, potem Tadeusz Sobiegraj. A potem to już dalsze pokolenia….

W latach 70 trochę odtajało, jeżeli chodzi o AK. Wtedy po raz pierwszy słyszałam ojca opowiadanie o wojnie. I o czasach partyzanckich. Wtedy również wychodzi książka „Szlakiem Jędrusiów”. Zupełnym przypadkiem trafia do jego rak.
Widziałam, jak bardzo był wzruszony, odnajdując na jej kartkach, historie tych pięciu, strasznych lat. Pisze do autora list. To jego towarzysz z lasu. Otrzymuje odpowiedz i pamiętam starannie ukrywane łzy w jego oczach. Okazało się, ze niedobitki oddziału, którym się udało przetrwać, skrzyknęły się i organizują spotkanie.
Po tylu latach!
Byłam na tym spotkaniu w raz z Ojcem.
Miałam naście lat i brakowało mi wtajemniczenia w wiele spraw dotyczących polityki.
Ale widoku dorosłych , poważnych mężczyzn, rzucających się sobie w ramiona i plączących jak dzieci- nigdy nie zapomnę. Zwłaszcza , ze reszta oddziału była pewna, ze Matros zginął w ostatnich dniach wojny.
Później słuchałam kolejnych opowieści jego kolegów z lasu.
Wszystkie były bardzo smutne.
I wszyscy w czasie tamtych lat doznali mniejszych lub większych szykan ze strony władzy. Byli i tacy, którym jednak udała się ucieczka na Zachlod. Ale i byli tacy, których władza dopadła i albo wyszli z wiezienia po 56 r., albo na spotkaniu były tylko ich rodziny, bo nie przeżyli tortur, które im zafundowała ojczyzna, za która walczyli.
W takiej atmosferze dorastałam.
Odkrywałam prawdę o ludziach, postawach, o patriotyzmie, o fałszowanej historii.
Po jakimś czasie na tyle już było można mówić, ze ojciec dostał za lata okupacji order. Nie pamiętam w tej chwili jaki.
Nie przyjął i odesłał z tekstem:
„Nie walczyłem z okupantem ojczyzny, dla orderów. To był mój obowiązek”

Dziś mój ojciec miałby 102 lata. Zmarł tuz przed stanem wojennym, w wieku 72 lat w listopadzie 1981 roku. Do końca był człowiekiem honoru i chorobliwej uczciwości. Wichry historii nie raz go zgięły, ale nigdy nie złamały.
Miał wiele powiedzonek, które do dziś pamiętam. Jednym z nich to :
” najważniejsze , to z czystym sumieniem iść spać”
A po za tym…był człowiekiem z niesamowitym poczuciem humoru (jego ulubiona audycja radiowa to kabaret na „trójce” i piosenki Chyły, Kaczmarka, i Waligórskiego) lubił dowiadywać się nowych rzeczy, zachwycał się potęgą natury i miał dla niej szacunek, no i kochał las.
Wydaje mi się, ze dziś rozumiem jego „zerwanie” z woda. Bo przecież mógł wyjechać ma Mazury i tam na jakimś pasażerskim stateczku, nadal pływać. Ale to wtedy byłaby ucieczka od samego siebie. A on już nie chciał uciekać. Chciał być sobą na swoich 68 arach i żeby nikt się do niego nie wtrącał.

Chłopska miłość do ziemi wzięła górę.
Pod koniec życia często zatapiał się w swoich myślach.
I do końca wykonywał swoje obowiązki kolo domu, które sam sobie narzucił.
Odszedł w samotności. Rano znaleźli go w mieszkaniu sąsiedzi.
Jego zona leżała w tym czasie w szpitalu.

...........................................................................................

Minęło 100 lat . Przeszły rewolucje, wojny, zmiany systemów…Wydaje mi się, ze coś już jest nieaktualne, ze szare bohaterstwo, jakim jest uczciwa praca i wierność zasadom – to wymysł ckliwych powieści.
A jednak gdzieś tli się nadzieja, ze nie brakuje dziś tych, co chcą inaczej i lepiej.
Tym wszystkim życzę wytrwałości i odwagi.

P.S. Wnuk Jana Sobieraja, mój syn, przez zupełny przypadek i zbieg okoliczności, zakochał się w rzece. Pływa w żegludze śródlądowej.
Niestety, po niemieckich rzekach.
Szlak wodny na Odrze, który uruchamiał jego Dziadek po wojnie, praktycznie nie istnieje.

Katarzyna Sobiegraj
Styczeń 2011r.

#1 | Janusz Fafara dnia 05.12.2011 20:29
Historia na dobry scenariusz filmowy. Był ,,Człowiek z żelaza", Człowiek z marmuru" , brakuje ,, Człowieka z rzeki"
#2 | sobiegrajka dnia 06.12.2011 22:28
Przepraszam, za literowki, ktore nie wiem czemu pojawily sie tutaj. W oryginale tego nie ma.
Jezeli ktos bylby zainteresowany dokladnym tekstem "Poleski marsz" napisanym przez Ojca, to chetnie udostepnie. Kilkanascie lat temu ukazal sie ten tekst, w pismie "Morze".
#3 | Apis dnia 07.12.2011 20:59
Znaczki w rodzaju "r30;", "r1;" pojawiły się na skutek kopiowania tekstu już gdzieś opublikowanego, a użyto Worda jako edytora tekstu. Jeśli dysponuje Pani tym tekstem w oryginale - proszę go do mnie przesłać jako plik Word'a na adres - poprawię literówki i "robaczki" za jednym zamachem wszystkie.

Dziękuję tak w ogóle za jego zamieszczenie i prosimy o więcej Grin

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 0% [0 głosów]
Bardzo dobre Bardzo dobre 100% [1 głos]
Dobre Dobre 0% [0 głosów]
Średnie Średnie 0% [0 głosów]
Słabe Słabe 0% [0 głosów]
  PRchecker.info Free counters!