TŻŚ - subiektywnie part IIDrukuj

część II - brak jest przypisów i jest w wersji przed redakcją
-----------------------------------------------------------------
III

Znaczącym elementem w życiu uczniów była praktyka zawodowa. Miała ona dwa oblicza. Warsztaty przyszkolne i praktyka na statkach szkolnych bądź żeglugowych. Kierunki stoczniowe szkoły zawodowej miały praktykę także w pobliskiej stoczni. W pierwszych latach powojennych praktyki odbywały się tylko na statkach pływających na trasie. Po wielu skargach a także kontrolach armatora okazało się, że poziom demoralizacji jaki osiągnięto w stosunku do młodzieży udającej się na praktyki był bliski ideału. By przerwać temu kres i ujednolicić szkolenie zawodowe postanowiono, iż w pierwszych latach edukacji odbywać się ono będzie na statkach szkolnych.
Zajęcia na warsztatach szkolnych były różnorodne: ślusarnia - pół roku piłowania młotka, stolarnia ręczna i mechaniczna; narzędziownia, kuźnia, spawalnia, obróbka mechaniczna - tokarki, frezarki, szlifierki, elektromechanika, silniki spalinowe + osprzęt, instalacje i mech. Pomocnicze oraz sploty i węzły linowe. Program zajęć ulegał ewolucji w czasie istnienia szkoły. Istotną zmianą było wprowadzenie w latach sześćdziesiątych zajęć gospodarczych - czyli nauki gotowania.

W latach pięćdziesiątych szkoła dysponowała kilkoma statkami szkolnymi. Miały one wspólną cechę - były to statki przestarzałe. Niemniej jednak i tak te statki znacząco wsparły proces kształcenia marynarzy i miały wpływ na poniesienie jego poziomu.
Barka BP-53 pochodziła z 1904 r. posiadała jeden kocioł parowy i dwa silniki parowe. Przystosowano go prymitywnie dla 32 praktykantów. Drugim statkiem była bliźniacza barka BP-51 , zbudowana rok wcześniej. Ze względu na stan kadłubów i kotłów oba statki zostały wycofane z eksploatacji w latach pięćdziesiątych.

Od 1955 do 1958 r. rolę statku szkolnego pełnił "Paweł Finder". To pierwszy statek będący własnością szkoły. Posiadał napęd parowy a jego parametry nie pozwalały na bezpieczne prowadzenie praktyk. Warunki bytowe uczniów także nie należały - nawet jak na tamte czasy do zadawalających. Warunki bytowe uczniów były bardzo skromne, ośmiu spało na bakkistach i 12 w hamakach. To samo pomieszczenie było sypialnią, świetlicą-jadalnią oraz salą zajęć praktycznych. Oświetlenie statku było naftowe.

Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych potrzeby rozwojowe żeglugi odrzańskiej wymusiły na armatorze udostępnienie szkole nowocześniejszych jednostek. I tak w 1957 r. "Żegluga na Odrze" przekazała szkole barkę towarową z silnikiem spalinowym. Barka ta - "Małgorzata Fornalska" służyła szkole w latach 1957r12;60. Na statku mogło odbywać praktykę 32 uczniów. Jedną ładownię przystosowano na sypialnię, drugą urządzono jako świetlicę-jadalnię. Standard wyposażenia statku był nieco lepszy od wyposażenia barek BP-51 i BP-53. Drugą jednostką która przekazano pod koniec lat pięćdziesiątych była barka towarowa "Westerplatte" o wymiarach barki typu kłodnickiego z silnikiem spalinowym. Statek ten przystosowano do potrzeb szkoleniowych, przewidując na nim sypialnie dla 22 uczniów, świetlicę-jadalnię, kuchnię, magazyn prowiantu, pomieszczenia sanitarne, 5 pomieszczeń dla załogi i wychowawcy. "Westerplatte" skończy swoją służbę w 1975 r. ze względu na stan kadłuba i silnika.

"Młoda Gwardia" była statkiem specjalnie zaprojektowanym na potrzeby szkoły przez Biuro Projektów i Studiów Taboru Rzecznego na bazie typowego kadłuba barki motorowej BM-500. Do eksploatacji weszła w 1962 r. Miała ona 36 miejsc sypialnych dla uczniów, 6 pomieszczeń dla załogi i wychowawców, jadalnię, kuchnię, pomieszczenia sanitarne, magazyn żywności, izolatkę, magazyn itd. Poza tym znajdowała się tam jedna ładownia. Standard statku zapewniał już uczniom dobre warunki bytowe.

Mały holownik "Danek" z silnikiem spalinowym przeznaczono do wykonywania ćwiczeń manewrowych w ramach zajęć praktyczno-warsztatowych podczas roku szkolnego. Statek ten nie jest przystosowany do przejazdów trasowych. Uczniowie odbywali na nim zajęcia na terenie wrocławskiego węzła wodnego, ucząc się śluzowania, dobijania i odbijania od brzegu i innych statków, wejść z rzeki do portu i wyjść na rzekę, obracania statkiem na wodzie stojącej i na prądzie rzeki. Podczas tych manewrów połowa uczniów pełniła służbę na pokładzie, a druga połowa obsługiwała siłownię. Technikum otrzymało ten holownik w 1972 r. i służył on szkole bardzo krótko. A wielka szkoda, bowiem nudne, wręcz nic nie przynoszące (poza nauką jak nic nie robić i nie zostać zauważonym) zajęcia na warsztatach można było zastąpić zajęciami na takiej jednostce.

Ostatnim statkiem szkolnym jaki otrzymała szkoła był zestaw pchany "Westerplatte II", który wszedł do eksploatacji w 1975 r. Składał się on z pchacza typu "Bizon III" oraz barki hotelowej w której znajdowały się poza pomieszczeniami dla czterdziestu praktykantów - kabiny cztero-osobowe z łóżkami piętrowymi - także: siłownia pomocnicza z dwoma zespołami prądotwórczymi, pompami do obsługi instalacji, hydroforami; pomieszczenie dla kucharza, kuchnie z magazynami żywności, chłodziarkami. Ponadto na dziobie znajdowała się pomocnicza sterówka.

O praktykach wypowiedział się kapitan Andrzej Podgórski, był także kapitanem barki szkolnej, obecnie tworzy portal żegluga śródlądowa:

"Jeśli jednak sięgniemy pamięcią wstecz - skonstatujemy ze zdziwieniem, że choć mieliśmy sporo przedmiotów zawodowych - praktyki zawodowej mieliśmy relatywnie mało i - nie ukrywajmy - kiepskiej w znaczeniu merytorycznym. O ile wykładowcami przedmiotów zawodowych takich jak Budowa i Teoria Statku, Instalacje i Mechanizmy Pomocnicze na Statku czy Mechanika Techniczna z Termodynamiką byli pracownicy Navicentrum, Politechniki Wrocławskiej lub Wrocławskiej Stoczni Rzecznej, fachowcy z tytułami naukowymi i praktycy w każdym calu zajmujący się na co dzień tym, czego nas uczyli - o tyle wszystkiego co związane z praktycznym pływaniem na statkach uczyli nas wykładowcy w znakomitej większości nigdy nie pływający zawodowo w żegludze czyli na statkach innych niż szkolne. Nie umniejszam tym stwierdzeniem zasług i oddania z jakim ci wszyscy ludzie poświęcali się swojej misji zrobienia z nas łodziarzy, ale każdy z nas stwierdził, że wiedza nabyta na statku szkolnym czy w gabinecie locji i nawigacji - po przyjściu do pracy w zawodzie okazywała się kompletnie oderwana od rzeczywistości.

Na zajęciach warsztatowych kazano nam piłować młotki i tylko troszkę liznęliśmy hamowni silników czy czegoś bardziej związanego ze statkiem. Nie każdy z nas chciał być tokarzem czy stolarzem. Nie każdy z nas chciał być stoczniowcem: trasować i wycinać blachy, spawać i szlifować szwy.
Na statku szkolnym uczono nas głównie musztry, lania wody na pokład, czyszczenia pieców i dziwnego nazewnictwa, zakuwaliśmy locję Odry z takiego podręcznika, który wykazywał nieistniejący, drewniany most w Oławie... Z perspektywy czasu o wiele bardziej przydatne byłyby dzienniczki praktyk zebrane i wydane w całości. Wymagano bowiem ich starannego prowadzenia, gdyż były elementem oceny końcowej z praktyki. Czyli teoria, teoria, teoria.... A praktyka? Dopuszczenie do steru czy do silnika było w ogólnym czasie spędzonym na statku szkolnym maleńkim mgnieniem oka. Znakomita większość członków załóg statków szkolnych tylko na tym statku pływała i potrafiła nam opowiedzieć, pokazać i wszczepić wiedzę tylko o tym statku i jego wyposażeniu. Żadnych porównań z innymi rozwiązaniami, żadnych informacji o innych silnikach, innych urządzeniach sterowych itd... Za to chętnie golono nam głowy za zwykłe i niezwykłe przewinienia, wszczepiając strach i respekt. Efekt praktyk był taki, ze każdy z ulgą opuszczał statek szkolny zamiast czuć niedosyt wiedzy i przygody... Przecież nie wybraliśmy tej szkoły i tego zawodu z przymusu..."

I inna opinia o praktykach:

"Z tym w naszej Szkole było katastrofalnie. Po co stolarnia? Po co pół roku piłowania młotka? To było o.k. ale nie w naszym przypadku. Mieliśmy świetne, nowoczesne warsztaty szkolne, ale zupełnie nie przystosowane do profilu szkoły. Co stało na przeszkodzie, zamiast dwóch tokarek, czy frezarek, zakupić jeden silnik SKL i jeden "Puck"? To był wtedy w żegludze standard.

Można by było montować i demontować do woli, zwracając uwagę na ważne szczegóły: jak sprawnie wymienić olej, jak wyregulować wtryskiwacze, czy ustawić luz zaworowy. Pamiętam, jak w gasnącym świetle akumulatorów studiowałem katastrofalnie przetłumaczoną dokumentację techniczno - ruchową silnika SKL, co zrobić żeby tłokowa pompa wodna znowóż zadziałała. Czy tego nie można było przetrenować z nami podczas zajęć warsztatowych? My, absolwenci TŻŚ, byliśmy pod ciągłym obstrzałem załogi; pokażcie co was tam nauczyli, a nauczyli niewiele" .

***

Klasa trzecia to ostatni rok warsztatów. I prawie wszystkie wolne soboty. W związku z tym, ze lekcji były tylko cztery dni to było ich od siedmiu do ośmiu dziennie. Nie sprzyjało to uczęszczaniu na wszystkie lekcje. Zresztą w tej klasie mogłem spojrzeć na szkołę z innej perspektywy. Nie mieszkałem już w internacie, nie dojeżdżałem. Była to tym razem bursa - położona w centrum miasta. Mimo wszystko podczas gier na wf grałem po stronie internatu. Wrocław to był Wrocław a przyjezdni to była wieś. Podziały na przyjezdnych i miejscowych zatarły się dopiero w piątej klasie. I znowu kolejne rozczarowanie związane z praktyką. Miała być dwumiesięczna. Była miesięczna. Miała być w maju i czerwcu była w lipcu. Pełny dramat. Do szkoły trzeba było chodzić. Co prawda były już mundury letnie, ale kolejne marzenia o pływaniu upadły. Powodem był stan wojenny i problemy z dogadaniem się między armatorem a szkołą w sprawie praktyk. Młodzież mogła być niebezpieczna na granicznym odcinku Odry dla zachowania integracji terytorialnej kraju.

Praktyka indywidualna to duże przeżycie, w szczególności dla siedemnastolatka. Trafiłem na zestaw pchany nie pamiętam numeru. Dziwna to była załoga i dziwne były tam obyczaje. Na praktykę delegowano nas po dwie osoby. Niektórzy dogadywali się z załogą i za małą przysługę w postaci kilku butelek wódki mieli podpisany dzienniczek praktyk. Na tą praktykę trafiłem z Maćkiem Chmielnikiem ( z Legnicy - nikt tak się nie znał na muzyce zachodniej jak on) . I kolejny raz mieliśmy pecha. W drodze powrotnej były już takie niskie stany wód Odry, że musieliśmy zawinąć do portu w Nowej Soli i zakończyć tą praktykę. Pamiętam z niej fakt, iż każdy z członków załogi gotował sobie oddzielnie. Byli strasznie oszczędni. Ale praktyka z dorosłymi to zawsze ciekawe przeżycia. Gdy przepływaliśmy przez Chobienię, zatrzymaliśmy się kilometr poniżej miejscowości. Po udaniu się do domu po wiaderko emaliowane, zaopatrzyliśmy się w lokalnej knajpce w piwo. I w tym wiaderku zanieśliśmy na pchacza. Później trzeba było przewieźć je łódką na barkę. Starczyło do Głogowa. Smaku i konsystencji tego piwa nie da się opisać. Wiaderko wrócił ze mną. Żeby je zabrać przypomnieli mi o tym członkowie załogi. Kilka lat później widziałem ludzi, którzy poszerzyli moje horyzonty - bowiem piwo można było przewieź w kanie na mleko. Takie dwudziestolitrowej. I pić je w ciągu kilku godzin. Czesi by powiedzieli "To je vyborne".

Rok szkolny 1981/1982 to także zjawiska pozaszkolne - mające duży wpływ na postrzeganie rzeczywistości. Z bursy przy ul. Worcella blisko było do siedziby "Solidarności" na Mazowieckiej. Tam była biblioteka. Wypożyczanie książek, których nie było. Po wprowadzeniu stanu wojennego jacyś ludzie w mundurach szukali książek po adresach na kartach ewidencyjnych. Było dużo strachu. Potem okazało się, że trzy książki uratowały mi życie i pozwoliły dostać dobre oceny z dwóch przedmiotów. Cena buntu wymagała poświęceń. To także okres związany z szałem koncertowym. Eksplozja wszelkiego rodzajów koncertów - począwszy od TSA a skończywszy na Republice miała miejsce w drugiej połowie roku 81. Tak było fajnie, że postanowiłem pojechać do Łodzi na Rockowisko. Ostatni weekend listopada. Ja pojechałem na dwa dni. Romek Dulnik na dzień. On specjalnie na zespół "Brak", ja na prawie wszystko z akcentem na "TSA" i "Ogród Wyobraźni" i "Kasę Chorych". Nocą kolega wrócił do Gniezna - ja zaś nocowałem w budce telefonicznej na stacji Łódź Kaliska - żeby było ciekawie - budkę dalej nocował Irek Wojtków - później kierownik kina w lubińskiej Muzie - ale o tym się dowiedziałem po 22 latach jak zaczęliśmy razem pracować. Z Łodzi pamiętam także bliskie zapoznanie się z niemal metrową pałką zomowską - za złą minę przy podawaniu legitymacji - szybki bieg po tym uderzeniu - tak, że Edwin Mosses nie miałby szans. I fakt, że niedawno sobie pomyślałem, że gdyby mi syn wyciął taki numer i pojechał 300 km bez mojej wiedzy w wieku 16 latr30; Tzn. By nie pojechał. Nie było komórek. A ja chyba powiedziałem, że jadę do babci. Zresztą. Nie wiem czy mówiłem, bowiem do domu nie przyjeżdżałem często już wtedy. Powodów było kilka. Niewątpliwie fakt, iż każda rozmowa w domu na temat polityki i życia codziennego kończyła się dziką awanturą a po wtóre nie było już atutu by przyjeżdżać. Moja ówczesna dziewczyna uznała, że Wrocław mnie demoralizuje a mieszkanie w bursie źle wpływa na mój rozwój emocjonalny i uznała, że jestem za mało poważny dla jej poważności. Tak, że stan wojenny wprowadzony w dwa tygodnie po wypadzie do Łodzi przeszedłby niezauważony gdyby nie fakt, iż ktoś złośliwie wyłączył stację nadawczą Polskiego Radia Program bodajże 2 gdzie puszczano w całości płytę Elektric Light Orchestra i siedzieliśmy przy kaseciaku do późnej nocy i nam przerwało. A rano okazało się, że pod bursą stoi czołg. Oryginalny.

IV

W czasie powodzi Budynek Technikum Żeglugi Śródlądowej oraz Stocznia Zacisze zostały znacznie zniszczone przez wody Odry. Techniku Żeglugi a właściwie Zespół Szkół Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu położony był przy zbiegu ulic Brucknera i Toruńskiej. W skład kompleksu wchodziły: budynek główny (szkoła istniała tu od 1949 r. z tym, że do połowy lat sześćdziesiątych na drugim piętrze znajdował się internat) z którego było przejście do auli widowiskowej - 640 miejsc siedzących - oraz na halę sportową - ulokowaną niefortunnie nad aulą. Z drugiej strony gmach główny połączony był z budynkiem oddanym do użytku w latach sześćdziesiątych. Tak, że przejście z klasy nawigacyjnej czy też z biblioteki do Sali sportowej to tak delikatnie mówiąc 500 metrów trzeba było zrobić. Idąc dalej ulicą Brucknera trafić można do warsztatów szkolnych. Wybudowano je w połowie lat sześćdziesiątych. Znajdowały się tam pomieszczenia do praktycznej nauki tego co mogło pomóc w rozwoju przyszłych marynarzy. Począwszy od stolarni a skończywszy na maszynach do obróbki skrawaniem. Między budynkiem warsztatów a dobudowanym nowym skrzydłem można wejść na teren szkoły. Po minięciu kadłuba pchacza "Bizon" - nie wiem po co tam stał jak wejść na niego nie było można - dochodziło się do pełnowymiarowego boiska piłkarskiego z małymi trybunami i bieżnią wokół niego. Od budynku szkoły oddzielny był małą kepą drzew iglastych. Od tyłu szkoły do internatu prowadziła droga. Po lewej strony idąc do internatu mija się budynek nauczycieli a później budynek w którym zlokalizowano basen. Po prawej stronie znowu mały kawałek zadrzewionego terenu oraz korty tenisowe. I Internat. Składający się z dwóch budynków dwupiętrowych połączonych ze sobą piętrowym łącznikiem. Na dole łącznika była stołówka na górze zaś klub - świetlica. W podziemiach internatu znajdowały się magazyny w których przechowywano mundury oraz całe zaplecze kuchenne. Na wprost wyjścia z internatu, który znajdował się przy ulicy Toruńskiej 72 znajdował się przystanek tramwajowy. Za moich czasów linii 8, 11 i 23. Następny przystanek to była stocznia "Zacisze" i tam wysiadali uczniowie idący do szkoły. Niektórzy przyjeżdżali autobusami z Placu Grunwaldzkiego. Na pewno autobus linii 128 - bo się zatrzymywał pod szkoła i kierował w kierunku placu Kromera. Inne jechały prosto na Psie Pole.

W Internacie mieszkało ponad 500 uczniów. W czasach największej atrakcyjności szkoły bywało, że i więcej. W internacie jak w soczewce widać było konflikty i napięcia jakie istniały w szkole. Podział na tych chodzących do Technikum i do Zawodówki był, aż nadto widoczny. Czasami dochodziło do małych wojenek między przedstawicielami obu szkół. Oczywiście istniała fala. Na szczycie drabinki byli uczniowie klasy 4 i 5 oraz 3 klasy zawodowej. "Kotami" byli uczniowie klas pierwszych oraz klasy drugiej technikum. Byli oni obciążani dyżurami w kuchni oraz w internacie a także dyżurami w szkole - w szatniach, na korytarzach oraz w barze. Mieli prawo spożyć śniadanie do godziny 7.00 oraz stać w kolejce po kolację - nieraz i godzinę. Bardzo często uczniowie klas młodszych musieli się "dzielić" przywiezionym jedzeniem z domu, sprzątać pokoje starszych kolegów. Bywało, że byli przedmiotem głupich a nieraz sadystycznych żartów starszych kolegów. Tych, którzy przetrwali taką szkołę, nie zaskakiwała podobna sytuacja w wojsku. Oni już przeszli przez to. O wiele wcześniej.

***

Czwarta klasa to z jednej strony zmasowany atak przedmiotów zawodowych. Po cztery godziny nawigacji, silników, mechanizmów pomocniczych. Nie było już zajęć warsztatowych. Tydzień to już 5 dni w szkole. I drugie półrocze kończyło się w kwietniu. Maj i czerwiec to praktyka indywidualna. W dalszym ciągu było po siedem lekcji dziennie. Jak już wspomniałem wyżej akcent został przesunięty z przedmiotów ogólnokształcących i ogólno-zawodowych na rzecz przedmiotów stricte zawodowych. Z mojej perspektywy musze przyznać, że trudno było wysiedzieć na nudnych lekcjach mechanizmów pomocniczych czy też silników, gdzie rysowano na tablicach zachowania sprzęgła i ich rodzaje albo różnice w budowie silników wysokoprężnych i benzynowych. Na całe szczęście można było czytać książki lub grać w szachy. Byle tylko być cicho. Zaowocowało to masowym czytaniem wszystkiego co wpadło w ręce. Komplet książek Aleksandra Duma (niektórzy zaliczyli nawet komplet Kraszewskiego), Karola Bunsha, czy też pełne wydanie Baśni z Tysiąca i jednej nocy to nie był wynik rzucający na kolana gdy mówimy o całym roku. Hitem były "Ojciec chrzestny", "Stąd do wieczności" czy "Przygody dobrego wojaka Szwejka" i wszystko co się dało przeczytać z tego gatunku, a niestety nie było tego wiele. Wpadały też nam w ręce książki niszowe typu "Pamiętniki Fanny Hill" czy też "My dzieci z dworca Zoo".

O praktykach można opowiadać wiele, ale każda grupa zawodowa ma swoje tajemnice i niech tak zostanie. W każdym bądź razie w skutek pomyłki w obsadzie pojechaliśmy ( Na tej praktyce byłem z Romkiem Dulnikiem - kibicem Lecha Poznań, co we Wrocławiu można było uznać za cechę samobójczą) do Koźla a tam okazało się, że już na wskazanej barce było dwóch praktykantów. Kapitan okazał się ludzki, i nas podwiózł do Wrocławia. Zbiegiem okoliczności trafiliśmy na kapitana pchacza "Bizon - 88" z którego (później się dowiedzieliśmy) rok wcześniej w pierwszym dniu uciekli nasi koledzy. Przepływaliśmy z nimi prawie całe dwa miesiące. Szybki kurs bycia marynarzem. Jak przepompować 2 tony ropy z sąsiedniej barki na swoją, i jak sprzedać ją pod Głogowem rolnikowi, jak łowić ryby na prąd. Jak kupić alkohol bez kartek. I wiele, wiele innych. Malowanie całej barki zajął nam cały dzień, wykończenie malowania (kotwice, kabestany, pachołki cumownicze) kilka - musiało to być oszczędne ale i dokładne malowanie. Ta farba co zostawała znajdowała odbiorców, którzy chcieli pomalować swoje płoty. A dysponowaliśmy kilkoma kolorami. Wszystko miało swoją cenę na lądzie. A na barkach było to otrzymywane z przydziału. Malowanie miało także inne swoje zalety. Farbę się zmywało ropą a ta na słońcu działała jak najlepiej. Także po kilku dniach pobytu na barce mogliśmy wyglądać jakbyśmy przypłynęli co najmniej z Morza Śródziemnego. Fakt - obecnie głupio to wygląda wtedy było to intrygujące. Załoga miała swoje problemy, i nie chciała nimi się z nami dzielić a i my nie wykazywaliśmy, aż takiej chęci poznania wszystkich meandrów pracy marynarza. Więc zajmowaliśmy się sterowaniem i prowadzeniem barki. Zaowocowało to więcej niż pozytywnie w klasie piątej w trakcie przedmiotów zawodowych. A co robiła załoga? Najprostszą odpowiedzią i nie mijającą się z prawda było, że grała w karty. Niemniej jednak w przeciwieństwie do praktyki po III klasie była to świetna szkoła życia, dużo nauki a i załoga też należała to takich pozytywnych - silnie zintegrowanych. Kapitan miał 28 lat. Dopiero później zrozumiałem fenomen tego z czym się spotkaliśmy w czasie tej praktyki - analizując wiek kapitanów Ubootów. Też mieli 24 - 28 lat i podobny rodzaj wyobraźni
#1 | slepowron dnia 12.03.2011 21:40
Cieszę się, że do szkoły chodziłem w latach 54-i dalej.Też w stoczni kuliśmy klepaliśmy stal nie żałuję tego prznajmniej potrafię posługiwać się młotkiem.Była stolarnia modelarnia tam prym wiódł uczeń Kazik Lisowski miał manualne zdolnośći.Pózniej pracownik Nawi-Centrum.Z szacunkiem chylę siwą głowę,przed instruktorem chociaż nieładnie go nazywaliśmy.Wspominam też praktykę na BP-52,rejs Wrocław-Kozle płyneli przyszli mech.kl B. Kapitan Olszewski ,załoga zawodowa na pokładzie;sternik jednoczesnie kucharz,bosman nazywaliśmy Jego cholajza nie wiem dlaczego,służba na dole mechanik i palacz,i my 'przyszli; kto pływał na parowcach wie jaka ciężka jest praca palacza.My jako młodzi chłopcy nie zawsze potrafiliśmy utrzymać parę nieraz sygnał 4 dzwonki to znaczy pełna moc a było tylko połowę.To były najpiękniejsze moje lata.Tym wszystkim ,którzy doprowadzili do upadku szkoły ,stoczni i żeglugi życzę wszystkiego dobrego.Pozdrawiam serdecznie nestora szkoły Zbyszka Priebe,Stasia Witkowskiego,Stefan Wardenskiego.Romana Swa Swat Swatkę i Zygmunta Szewczka rocz.69.darzę Ich szacunkiem.Jacek Sługocki

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
  PRchecker.info Free counters!