TŻŚ - subiektywnie part IDrukuj

Trochę się zagotowało pod zakończeniem artykułu niniejszego. Wygłosiłem go na pewnej konferencji z pokazem slajdów i tak miało zostać. Niestety dziecko moje wymusiło na mnie napisanie tego tekstu. Nie ukrywam, że zmierzenie się z nim było trudne. Właściwie to tekst osobisty. Trochę ma połamaną konwencję. I objętość jego też warunkuje pewne rzeczy. Skoro wywołałem dyskusję i powiedziałem A to trzeba powiedzieć i B. Więc do dzieła (Tekst nie zawiera niestety przypisów - w duzej mierze uzupełniający wywód główny), gdy będzie gotowy zostanie udostępniony w pdf i wówczas podam tu stronę.
--------------------------------------------------------------
Marek Zawadka

Technikum Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu - subiektywnie

Wstęp

Właściwie nigdy nie umiałem sobie racjonalnie wytłumaczyć dlaczego Technikum Żeglugi Śródlądowej. Na pewno duży wpływ na wybór miał fakt, że w wieku 10 lat wiedziałem wszystko (tak mi się wydawało) o II wojnie na Bałtyku i Atlantyku, a w bibliotekach szukałem książek o wojnie na Pacyfiku. Wina "na pewno" leżała po stronie ojca. U babci mieszkającej pod Kaliszem - będąc wywożony z domu na wakacje - miałem dużo czasu na czytanie "Morza". To był miesięcznik o tematyce marynistycznej. Tato miał zachomikowane kilka roczników z lat sześćdziesiątych. A może to fakt mieszkania pod Szczecinem, a potem nad morzem? Trudno powiedzieć. Nie miałem żadnych związków z morzem (poza tym, że widziałem) ani rzeką. Ojciec co prawda gdzieś kiedyś zrobił patent sternika jachtowego. Ale to chyba nie jest wystarczające by zawsze ciągnęło mnie do wody. Gdy w 1976 r. w ramach kolejnej wędrówki ludów, rodzice zamieszkali w Chobieni, pierwsze co zrobiłem poszedłem szukać Odry. Tak był tam prom, po prawej stronie betonik z żelaznym kółkiem, które służyło do cumowania barek, ale częściej do cumowania stateczku budowlańców odrzańskich. Dobrze się na nim wylegiwało oglądając przepływające barki. Brzegi Odry służyły jako bezpieczne miejsce do palenia papierosów a także, do spotkań różnych towarzyskich, akurat w okolicach ukończenia szkoły podstawowej bardzo spotkań kooedukacyjnych - np. w okolicach portu chobieńskiego.

Ale wracając do tematu dlaczego Technikum Żeglugi Śródlądowej? Sam ojciec i jego hobby oraz palenie papierosów i pierwsze pocałunki nad Odrą nie stanowią wystarczających przesłanek by pójść do technikum żeglugi śródlądowej i zostać marynarzem. Przecież też nie mogę się przyznać, że wizyta ucznia szkoły z Chobieni chodzącego do Technikum - Mariana Ilewicza - który w ramach obowiązujących wówczas zwyczajów - chodził werbować pod hasłem, jaka to szkoła była cudowna i jak to przed żeglugą śródlądową w Polsce są piękne perspektywy - Program Wisła, Odra i pływanie na zachód. Nie bez znaczenia było, że mundur marynarski i pływanie na praktyce. Bo co tu jeszcze wymyśleć, żeby usprawiedliwić swoją decyzję? A, że bałem się iść do Liceum Morskiego w Szczecinie bo byłem stanowczo za młody. Chodziłem do podstawówki z rocznikiem wyżej. A i chyba było trochę daleko. Więc padło na Technikum Żeglugi Śródlądowej. Z tym, że ta decyzja rodziła się długo. Cały czas ciągnęło mnie do Szczecina, momentami do liceum lotniczego w Zielonej Górze - ale to ostatnie tak jakoś szybko mi wywietrzało. Ale jak się już skrystalizowała to zdziwiła rodziców. Ojciec swoimi kanałami wydębił w podstawówce drugie podanie i zawiózł do Liceum w Głogowie. Ja swoje zawiozłem do Wrocławia. Zaczęły się naciski, rozmowy, rysowanie horyzontów. Nagle nie przeszkadzało nikomu, że moja ówczesna dziewczyna szła do szkoły do Głogowa i mogliśmy mieszkać w jednym internacie. Natomiast co dziwne z perspektywy czasu, dla mnie nie stanowiło to atutu. Po badaniach lekarskich, które przechodził każdy przed przyjęciem do szkoły i małą niby rozmową kwalifikacyjną, okazało się, że jestem przyjęty do Technikum Żeglugi Śródlądowej. Nie miałem wtedy 14 lat.

I

Dyskusje na temat szkolenia pracowników armatora odrzańskiego rozpoczęła się już na pierwszym posiedzeniu Rady Nadzorczej Polskiej Żeglugi na Odrze. W tej firmie działano szybko i skutecznie nie dziwi fakt, że już po pół roku szkoła zaczęła działać. 23 lutego 1947 r. uznaje się za dzień otwarcia Prywatnej Szkoły Żeglugi Śródlądowej. Program nauczania zakładał dwuletni okres nauczania, z tym że pół roku szkolnego to szkolenie teoretyczne a drugie pół to praktyki, które odbywały się na jednostkach pływających, warsztatach żeglugowych oraz stoczniach rzecznych Istniejąca od 1947 roku szkoła kształcąca na potrzeby armatora odrzańskiego na początku lat pięćdziesiątych borykała się z wieloma trudnościami. Jednym z nich był ograniczony nabór młodzieży do szkoły. Prowadzono w niej przede wszystkim naukę na kierunku mechanicznym. Kierunek nawigacyjny istniał jedynie w roku szkolnym 1950/51. W następnym został przeniesiony do Elbląga.
Lata 1947 - 1953 są pełne zagadek i zwrotów akcji co do funkcjonowania szkół żeglugi śródlądowej. Z jednej strony wydawało się, ze zwycięży model przedwojenny - czyli pływanie rodzinami - ale wobec nacjonalizacji środków transportu okazało się to nierealne, z drugiej strony starano się oprzeć to na szkoleniu zakładowym. Taki zimny wychów cieląt miał to być. Obie metody poniosły porażkę, choć ta druga jakby mniej.

W czerwcu 1953 roku Ministerstwo Żeglugi zlikwidowało szkołę w Elblągu, a uczniów przeniesiono do Wrocławia. W roku szkolnym 1953/54 wstrzymany został nabór do Zasadniczej Szkoły Żeglugi Śródlądowej. W jej miejsce powołano Technikum Żeglugi Śródlądowej z trzema specjalnościami: służba pokładowa na statkach rzecznych, obsługa maszyn statków rzecznych oraz eksploatacja portów i floty rzecznej. Nabór na trzeci kierunek trwał tylko dwa lata. Rok utworzenia Technikum okazał się najtrudniejszy w historii szkoły. Nawarstwiające się kłopoty wychowawcze, związane przede wszystkim z przenosinami szkoły z Elbląga oraz zmiany personalne na stanowisku dyrektora szkoły, spowodowały istny najazd wielu wizytacji i komisji władz oświatowych i żeglugowych. Ze szkoły zwolniono wielu pedagogów oraz relegowano znaczną liczbę uczniów.

Fatalnie wyglądało szkolenie, zarówno w Zasadniczej Szkole Żeglugi Śródlądowej, jak i organizowane przez armatora żeglugi odrzańskiej. Przede wszystkim brak było pomocy naukowych w postaci skryptów czy też plansz. Z przyczyn politycznych i społecznych zwiększono nacisk, aby do zawodu trafili ludzie zupełnie nie powiązani z tradycjami żeglarskimi czyli przede wszystkim z terenów spoza Śląska Opolskiego. Według zgodnych opinii, powstałych w połowie lat pięćdziesiątych, szkoła nie dawała pozytywnych wyników z uwagi na przypadkową rekrutację i dobór kadry. Władze nadrzędne krytycznie oceniały także pracę nauczycieli. Twierdzono, że "grono nauczycielskie pod względem fachowym nie dawało gwarancji opanowania przez uczniów wiadomości teoretycznych i zastosowania ich w praktyce". Zresztą metody pracy w szkole mogły niejednego czternastolatka skutecznie zniechęcić do poznawania tajników zawodu. Szkoła nie zabezpieczała potrzeb armatora wrocławskiego. W związku z tym wydzielono dwie barki parowe, na których na kursach trzymiesięcznych w szybkim tempie przeszkalano i przygotowywano do zawodu. Organy kontrolujące proces szkolenia w Żegludze na Odrze stwierdzały wiele zaniedbań. Najczęściej zarzucano kapitanom barek szkolnych lub jednostek, na których pływali praktykanci, niewłaściwy stosunek do młodzieży.
Szkolenie nowych pracowników było wypadkową tego co się działo wewnątrz przedsiębiorstwa. Alkoholizm i pijaństwo wśród załóg były tak powszechne, że zwracano na to uwagę tylko podczas większych rozrób, bądź ewidentnych przestojów barek.

Warunki higieniczne jakie miały załogi na barkach i holownikach można z całym spokojem określić jako spartańskie. Na obiektach często nie było żadnych możliwości skorzystania z kąpieli. Brakowało miejsca na pranie ubrań roboczych, bielizny osobistej i pościeli. Zaopatrzenie w żywność , silnie w tym okresie scentralizowane, pozostawiało wiele do życzenia i stanowiło żelazny punkt niemal wszystkich spotkań zarządu armatora odrzańskiego.

***

Naukę w Technikum Żeglugi Śródlądowej im. Majora Henryka Sucharskiego we Wrocławiu rozpocząłem we wrześniu 1979 r. Jednocześnie zamieszkałem w Internacie. Na dzień dobry wspomniany już wcześniej Marian Ilewicz - wówczas uczeń klasy V - zabrał mnie na spotkanie ze swoimi kolegami, którzy mieli tak jak i on za sobą dwumiesięczne praktyki. To było gdzieś na Poniatowskiego - tuż za ogólniakiem - po lewej stronie była mała knajpka - wchodziło się po schodach. Panowie z piątej klasy "śródlądówki" pili piwo. Ja też. Oni dużo. Mi nie smakowało. Było to zacne piwo z browaru piastowskiego, pasteryzowany full. To był pierwszy alkohol w moim życiu. Kwestię smaku doceniłem później.

Dzień później rozpoczął się rok szkolny. Trzy klasy pierwsze Technikum po 45 uczniów oraz pięć klas szkoły zawodowej. Razem szkoła składała się z piętnastu klas technikum, piętnastu szkoły zawodowej i dwóch roczników policealnych. Jednorazowo ponad tysiąc uczniów. Gwoli prawdy w którymś roku były dwie dziewczyny uczęszczające do policealnego studium technicznego. Ale jakoś nie było wspólnych klimatów między "policealnymi" a uczniami technikum. Uczniowie pierwszych klas przez pewien czas się odróżniali - chodzili w ubraniach cywilnych. Później wydawano mundury drelichowe - taki jeans gorszy niż firmy Szarik a nieco później prawdziwy mundur marynarski, z koszulką z granatowym paskiem pod szyją, kołnierzem z trzema białym paskami, czapkę z białym pokrowcem oraz kurtkę bosmankę. Żeby jakoś leżało na młodych ludziach trzeba było dokonywać przeróbek. Ale już wtedy pachniało małym kapitalizmem, bowiem były punkty krawieckie wyspecjalizowane w takich przeróbkach. Gdzieś w międzyczasie wydano nam jednoczęściowe ubrania robocze. Z przeznaczeniem - warsztaty i praktyki.

Pierwsze dwa miesiące to nauka w szkole na zasadzie udowadniania, że jest się zerem i "w tych głupich podstawówkach was niczego nie nauczyli". Poza tym zbiórki i musztra oraz szykowanie mundurów. Zwieńczeniem tego okresu była przysięga. Prawie jak w wojsku. Nie było tylko broni. Potem już mogliśmy być pełnoprawnymi uczniami Technikum, czyli mogliśmy być "kotami" i mieliśmy prawo być ostatni w kolejce do barku szkolnego, do szatni szkolnej oraz w stołówce w internacie. Mieliśmy też iluzoryczne prawa korzystania z toalety ale to było utrudnione bowiem stężenie dymu w tym przybytku był większy niż w pobliżu komina na parowcu. I w obawie o zdrowie młodych, starzy też nie za bardzo przychylnym okiem spoglądali gdy ktoś potrzebował skorzystać.

Z perspektywy chęci bycia marynarzem klasa I to kompletna nuda. Nic co by mogło zainteresować. Takie same przedmioty jak w podstawówce (z tym, że np. profesor od matematyki - córka dyrektora - spóźniała się na lekcję regularnie i zawsze szła z kawusią na talerzyku i na palcu miała klucz do sali, tej na pierwszym piętrze po lewej stronie) i jakieś technologie. Z tego przedmiotu kojarzy mi się wiele - a najbardziej definicja rury. "Rura jest to Panie dziura owinięta blachą". Był jeszcze rysunek techniczny i fajna to byłaby sprawa gdyby nie fakt, że prowadzący, jeden z wicedyrektorów, był bardziej znudzony tym przedmiotem niż my i nie umiał tego nawet ukryć. Jego subiektywne poczucie estetyki wykonania prac zależało od fizjonomii ucznia.

W klasie pierwszej próbowano nas wciągnąć do Harcerskiej Służby Polsce Socjalistycznej - nieudolnie. Z harcówką związane były tylko dyskoteki. Według standardów takich. Klasa IB zaprasza klasę IC z Liceum Medycznego z Rosenbergów (dzisiejsza Parkowa) albo klasę I z Liceum Urszulanek. Te drugie zjawisko było intrygujące bowiem dyskotekowanie się w mundurze marynarskim z koleżankami urszulankami pod okiem wychowawczyni w habicie nie należało do najbardziej przyjemnych zajęć związanych z tańcem. Nie mówiąc o tym, że światło miało być włączone.

Zwieńczeniem I klasy była praktyka. Cała klasa zameldowała się na "Młodej Gwardii", która stała zacumowana w basenie stoczni "Zacisze" tuż, obok szkoły. Łudzono nas, że remont (trudno zauważalny) skończy się i popłyniemy. Był lipiec 1980 r. Jak się okazało praktyka była jednym wielkim dramatem. Jak to? Mieliśmy pływać po Odrze. A nawet i dalej. A tu cały miesiąc na barce, w basenie portowym. Sama Stocznia obwarowana wieloma zakazami. Nie ma gdzie się ruszyć z barki. A na niej 40 ludzi. Poza upałem, hukiem warsztatów i wachtami na praktyce nic nie pamiętam z tego zjawiska. Z perspektywy czasu pojąć nie mogę dlaczego młodych adeptów żeglugi śródlądowej nie uczono obowiązkowo żeglarstwa, wiosłowania. Nie wiem. Co mogło przynieść miesięczne ślęczenie na barce w stoczni? Nie będę udawał, że czuć było zbliżającą się rewolucję. Wiem, za to, że z nudów robiliśmy głupie rzeczy. Najgłupszą było zapoznawanie się z owocowym winem o romantycznej nazwie "Kordiał o smaku rumowym". Gorsza w smaku może być tylko czernina. Z tym, że tej drugiej jeszcze do tej pory nie próbowałem.

II

Technikum lat 60 to początek legendy, która miała się skończyć realnie w następnej dekadzie. Było to ewidentne przełożenie ze wzrostu - realnego czy też propagandowego - roli żeglugi odrzańskiej. Wtedy to powstał cały kompleks - nowy internat - budynek dla praktyk - skrzydło dla pracowni zawodowych a także aula, sala sportowa i basen. Wówczas też do szkoły trafili wykładowcy - legendy: Czesław Śladkowski oraz Mieczysław Wróblewski. To wówczas szkoła, rozpoczęła swój mit, akademii wilków morskich chwilowo rzecznych we Wrocławiu.

W latach 60 z przedmiotów ogólnokształcących wykładano: język polski, język rosyjski, język niemiecki, historia i wiadomości o Polsce, wychowanie fizyczne, przysposobienie wojskowe, geografia gospodarcza, chemia, matematyka, fizyka, higiena.

Natomiast z przedmiotów zawodowych: budowa i teoria statku, ekonomika przedsiębiorstw żeglugowych, elektrotechnika, kotły i maszyny parowe, locja rzek, maszynoznawstwo z częściami maszyn, mechanika techniczna, mechanizmy pomocnicze i instalacja statku, nawigacja, pędniki i urządzenia gołębiarskie, prawoznawstwo żeglugowe, przepisy bezpieczeństwa pracy, przysposobienie sportowe, praktyka zawodowa, rysunek techniczny, technologia metali z materiałoznawstwem, technologia remontu statku, termodynamika, silniki spalinowe, zajęcia gospodarcze, zajęcia warsztatowe
Nie było problemów z podręcznikami z przedmiotów ogólnokształcących. Młodzież korzystała z podręczników zatwierdzonych przez ministerstwo dla techników zawodowych. Natomiast dużym problemem była sprawa książek mających wspomagać naukę zawodu. Jeszcze do przedmiotów o charakterze ogólnym - typu Technologia, czy technologia maszyn, silniki takie podręczniki były, bądź można było używać takich, które można było modyfikować do użytku. Do przedmiotów stricte zawodowych takie podręczniki (raczej skrypty) pojawiały się okresowo.

Czesław Śladkowski w swoim artykule z 1974 r. o Technikum pisze, że w latach siedemdziesiątych dostępne były poradniki do nauki nawigacji, locji i technologii remontu - to jednak w latach osiemdziesiątych takich poradników dla uczniów nie było. Nie było także żadnych podręczników do budowy i remontu statków, ekonomiki transportu rzecznego, mechanizmów pomocniczych. Jest to sytuacja zastanawiająca i rzucająca zły cień na nauczycieli prowadzących przedmioty zawodowe. Bo trudno odpowiedzieć na pytanie dlaczego nie opracowano podręcznika - skryptu z nawigacji i locji kiedy w składzie kadry nauczycielskiej były osoby z długoletnim stażem żeglugowym.
Z perspektywy czasu rozumiem, że - mając cztery godziny przedmiotu w tygodniu - lepiej było "rzucić" rzutnikiem na ścianę szkic portu z książki Mariana Miłkowskiego i kazać go przerysować. Tych portów do przerysowania było najmniej 11 a do tego kilka basenów portu Szczecin i proszę - mamy załatwione kilkanaście godzin lekcyjnych. W ogóle wiele zajęć z przedmiotów zawodowych polegało na przerysowywaniu z gotowych tablic. Były on dziełem uczniów w postaci prac dyplomowych. Pracownikom szkoły prowadzącym przedmioty zawodowe po prostu nie chciało się zebrać tego w jedną całość, opracować metodycznie i dydaktycznie a następnie przedstawić dla uczniom w postaci skryptu. Niestety świadczy to źle o szkole, a w szczególności o fachowości pedagogiczno - dydaktycznej pracowników odpowiedzialnych za przedmioty zawodowe. To przede wszystkim jednak wina dyrekcji, która nie potrafiła ani tego zjawiska zaplanować ani wyegzekwować w jakiejkolwiek postaci.

Podsumowaniem opinii o Technikum, może być wypowiedź Mirosława Rajskiego na portalu żegluga śródlądowa: "Uważam, że nasze przygotowanie ogólne było bez zarzutu. W końcu
byliśmy firmowani jako technikum i nie mogliśmy odstawać w stosunku do innych, podobnych placówek. Byliśmy szkołą, której absolwenci mogli ubiegać się o studia. Czyli nie można bylo okroić przedmiotów ogólnokształcących. Pamiętam kolegów, którzy sprawdzili się zarówno na studiach humanistycznych (psychologia!), jak i technicznych. Dla tych, którzy zdecydowali się pozostać na rzekach, nie na wiele to się przydało"

W publikacji o szkole żeglugi śródlądowej z 1954 r. autor podkreślał, że szkoła z gruntu rzeczy "wodna" nie dba o tradycje morskie. I właściwie można by przejść nad tym zarzutem do porządku dziennego - ot czepianie się, gdyby nie fakt, iż przed szkołą - przy wejściu po lewej stronie stał element kadłuba. Był to kiosk U-boota typ VII, których sekcje były produkowane w stoczniach odrzańskich. Usadowienie tego elementu przed szkołą potwierdza tylko brak wiedzy o statkach i okrętach a także brak dociekliwości kadry dydaktyczno - zarządzającej szkoły wrocławskiej.
***
Zajęcia w klasie drugiej zaczęły się w czasie sierpniowych strajków. 31 sierpnia 1980 nie można było dojechać tramwajem do internatu. Trzeba było sobie jakoś radzić. Ogólnie to dziwny był okres. Jakoś taki nerwowy a i nie ma co ukrywać, ze sprzyjający głupocie i lekkomyślności. Po pierwszym półroczu "rozstałem się" z internatem. Mieszkanie w nim, według władz szkolnych, było zaszczytem a ja nie spełniałem podstawowych warunków by je spełnić, a nawet się dopraszałem by mnie z niego usunąć. Przyczyna bezpośrednia była prozaiczna - ale do zapamiętania na całe życie. Bowiem nasz wychowawca internatu miał zwyczaj notowania wszystkiego w zeszycie. I podczas wywiadówki ktoś tam się włamał do jego pokoju i biurka a ja zaniosłem zeszyt do śluzy "Zacisze" i go zutylizowałem. Nauczka jest taka, że jak się coś robi głupiego należy to robić samemu. Zawsze Cię wsypią. Czy to za cenę przepustki do domu, czy za cenę ukrycia, że było się po alkoholu. Niestety - jeden z bardziej opozycyjnych wychowawców w internacie miał dużo cech wspólnych z metodami tak wówczas znienawidzonej Służby Bezpieczeństwa.

Także dojeżdżać musiałem, bowiem ojciec stwierdził, że żadne stancje. No to dojeżdżałem. Pobudka 4.10 - autobus z Chobieni o 4.35 - przyjazd do Ścinawy 5.10 - wyjazd pociągu 5.45 - przyjazd do Wrocławia 7.01. Później jazda tramwajem z przesiadką tak, że w szkole byłem o 7.45. Powrót jak udało się zdążyć na pociąg o 15 to byłem w domu o 17 (o ile autobus zabrał) albo o 18. Powrót pociągiem o 16.20 to przyjazd do domu o godzinie 20. A gdy praktyka była na drugą zmianę to powrót do domu o 22.15 i pobudka o 4.10 (taki budzik jak w "Dniu Świstaka" włączał radio). I tak sześć dni w tygodniu. Na całe szczęście była praktyka.

Praktyka w II klasie miała miejsce na zestawie szkolnym "Westerplatte II". Było to w maju 1981 r. Mając w pamięci praktykę z roku wcześniej liczyliśmy, że gdzieś w końcu popłyniemy.

Popłynęliśmy do Koźla. Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Śluzowania co nie miara. Długie postoje i zakaz opuszczania barki z uwagi na zamach na papieża. A może z innego powodu. W każdym bądź razie praktyka ta przyniosła kilka zjawisk integracyjnych. Wycieczka piesza na górę Św. Anny ze Zdzieszowic. Upalny dzień a my wszyscy na galowo. Nie było jeszcze wówczas mundurów letnich - mieliśmy je dostać rok później. Strasznie dostaliśmy wtedy w kość. Innym zjawiskiem integracyjnym była wizyta w "restauracji portowej w Koźlu" - takie widoki można już zobaczyć w kronikach filmowych. No i wieczorne - by nie powiedzieć nocne słuchanie magnetofonu kasetowego. Słuchaliśmy tylko jednej kasety: Kabaretu Tey z Festiwalu Opolskiego z programem "Z tyłu sklepu". I trafiliśmy na pierwsze seanse "Misia" Ryszarda Barei. Tu należy dodać, iż w szkole w auli co poniedziałek grano film w ramach - jakbyśmy to dziś nazwali - DKF. Na premiery udawaliśmy się do kina "Śląsk" czy też "Warszawy", rzadziej do "Pokoju" i "Przodownika". Natomiast na filmy które już były po premierze chodziliśmy do kina "Wodomierz". Tuż przy mostach warszawskich. Tak z perspektywy czasu można założyć, iż obejrzeliśmy wszystkie filmy jakie były godne polecenia w tamtym czasie. Wymagało to wysiłku, ale kina "Piwnica Świdnicka" i "Dworcowe" grały seanse od 8.00 i nie sprawdzano tam legitymacji.
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
  PRchecker.info Free counters!