Warta i ekologia - cz.IIDrukuj

W pierwszej części artykułu zamieściłem uwagi dotyczące koryta Warty, jej charakteru oraz moje osobiste odniesienia do tego, co się dzieje na rzekach - i nie tylko - z punktu widzenia ekologii. Dzisiaj część druga - zainspirowana przez internautę Cezi80.

Nie wiem, kim jest Cezi80, ale gdybym mógł, to bym go uściskał i ozłocił za ten adres: http://forum.mazury.info.pl/viewtopic.php?t=1336 . Poruszył, pewnie niechcący, najczulszą strunę mojej ekologicznej duszy. Polecam wszystkim, aby tam weszli i poczytali sobie.

Tak właśnie wygląda "dyskusja" z ekooszołomami. Możesz sobie język ugadać, wznosić się nie wiadomo na jakie szczyty intelektu, przytaczać nie wiadomo jakie argumenty, gmerać w najdalszych zakamarkach swego rozumu. Wszystko na nic. On, taki Sławek, wie lepiej, że rzeka, że od źródeł do ujścia, że dolina rzeczna, że meandrowanie, że lasy, że urobek na brzegach itd. I nic do niego nie dociera.

Nie dociera, że Andrzej Podgórski, absolwent Technikum Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu, potem nauczyciel w tej szkole, długoletni kapitan pływający po wszystkich drogach wodnych Europy, człowiek, który naprawdę dużo widział w swoim życiu, człowiek wielkiego serca prowadzący za własne pieniądze jeden z lepszych portali internetowych www.zegluga.wroclaw.pl , że ten człowiek naprawdę wie, co mówi. Przecież mówi o tym samym, tylko innymi słowy. Że jest zwolennikiem jak najmniejszej ingerencji w koryto rzeczne, ale jest też zwolennikiem tego, że rzeka nie powinna płynąć na bezdurno, a trochę po drodze popracować.

Nasz wielki nauczyciel nawigacji - kmdr Mieczysław Wróblewski, absolutny guru w żegludze nie tylko śródlądowej w Polsce, człowiek, który ze względu na swoje życie i wiedzę zasługuje na osobny artykuł, który przez 3 lata wbijał nam do głów, co to znaczy być kapitanem statku - on właśnie uczył nas, że początek żeglugi to moment, kiedy człowiek pierwotny wpadł do wody i nie umiejąc pływać chwycił się przepływającego pnia drzewa. Uratował się i pomyślał, że skoro to drzewo jego uratowało i płynie, to może na takim drzewie da się przemieścić innych albo wytworzone przez siebie towary. Tak się zaczęła żegluga i budowa statków.

Sławkowi śnią się obrazy z X, XV, XVI wieku, bo zna je tylko właśnie z nostalgicznych obrazów. Wisła z flisakami i szkutami, które po dopłynięciu do Gdańska były rozbierane i sprzedawane jako drewno. Statki jednorazowego użytku. Gościa, podobno ekologa z wyższym wykształceniem, nie obchodzi, że w tym czasie, uprawiając taką właśnie ekstensywną gospodarkę, wycięto w Polsce prawie wszystkie lasy. Co gorsza, zanikła społeczna świadomość, że te lasy są w ogóle potrzebne. Nie postrzega się w pewnych regionach naszego kraju bezpośredniego związku przyczynowego miedzy zalesieniem, czy lesistością a zasobami wody w glebie. Jeździmy od czasu do czasu do Warszawy, oglądamy z okien pociągu, jakie widoki się ma zaraz za Koninem, a może jeszcze wcześniej, za Słupcą, i dalej potem - na Mazowszu. Jaka tam może być mała retencja, skoro ze świecą w ręku trzeba szukać choćby jednego, najmarniejszego lasu. Nic. Pojedyncze drzewa gdzieś na polach. Dziwimy się potem, że Wielkopolska stepowieje. Dziwiłbym się, gdyby w takich warunkach nie stepowiała. Ale niech no ktoś spróbuje powiedzieć, że przydałby się kanał żeglugowy przez Wielkopolskę i Mazowsze, bardzo potrzebny, kanał na linii wschód-zachód, kanał, który by przy okazji nawadniał trochę tę jałową, bezwodną ziemię. Już widzę tych obrońców środowiska, te przeszkody, te protesty, te badania, te opinie, te… ech, szkoda gadać.

Taki Sławek, który nie odważy się nawet podać swego nazwiska, bo się pewnie boi, że go rozpoznają jako zawodowego "ekologa" zupełnie dobrze i dostatnio sobie żyjącego z tego, czym się zajmuje - ten właśnie Sławek byłby pierwszy.

Równolegle, w niewielkiej odległości, biegnie rozbudowywana ciągle, autostrada A2. Kto jechał, ten wie, jakie ogromne ilości ciężkich pociągów drogowych się tam przemieszczają. Wszystkie one czynią hałas, zatruwają środowisko w stopniu niewyobrażalnym. Nie słyszałem o protestach, blokadach, przykuwaniu się ze strony spod znaku zieleni. Nie jestem przeciwnikiem autostrad. Jestem zwolennikiem zrównoważonego rozwoju wszystkich gałęzi transportu. Gdyby część tych, wożonych obecnie drogami lądowymi, towarów przerzucić na wodę, odbyłoby się to tylko z korzyścią dla środowiska. O tym zieloni milczą. Przecież sami też jeżdżą na co dzień samochodami.

Rzecz w tym, że ekologia stała się ekobiznesem, a jeżeli tak, to wszystkie chwyty są dozwolone. Także ekoterroryzm i ekooszustwa. Bo jak biznes to biznes, liczy się tylko kasa. Nawiasem mówiąc, myślałem kiedyś i dalej myślę, że w cywilizowanym społeczeństwie w biznesie też obowiązują jakieś zasady. Niestety, nie ich. Pod tym względem ci ludzie, spod znaku zieleni, ci zwolennicy cofnięcia zegara o co najmniej 1000 lat, są jak najbardziej na czasie i wiedzą, na której półce stoją konfitury. Mieszkają w nieekologicznych blokach, ogrzewanych nieekologicznie (bo efekt cieplarniany), jedzą zmutowaną, wysoko przetworzoną żywność, korzystają ze wszystkich zdobyczy cywilizacji. Zawodowo zaś są wszystkiemu przeciwni. Trudno o większy cynizm i podwójną moralność.

Nie spotkałem w swoim życiu ekologa, który chciałby, byłby gotów, zamieszkać w ziemiance, w szałasie, na drzewie i żyć tak, jak proponuje innym. Proponowałem kiedyś przeciwnikom stopnia wodnego w Nieszawie, aby wobec zagrożenia stopnia we Włocławku zbudowali sobie poniżej tego stopnia wioskę, w której będą mieszkali z rodzinami, z dziećmi i będą się trzęśli co noc czekając momentu, kiedy tama runie. Bo jak się jest ekologicznym i przeciw czemuś albo za czymś, to trzeba samemu to najpierw pokazać innym. Innej, przynajmniej dla mnie, opcji nie ma. Mało tego, słuchałem w radio wypowiedzi ekolożki z jakiegoś towarzystwa opieki nad ptakami, (ale, ale, o tym towarzystwie będzie niżej, patrz: dr W. Nowicki), która właśnie powiedziała, że oni nie mogą tak żyć, jak postulują. Oni tylko zwracają uwagę na problemy. No to ja dziękuję za taką ekologię, bo sam, inni także, na co dzień, próbuję zachowywać się i żyć ekologicznie. Najbardziej jak to jest możliwe.

Nie znam żeglugowca, który nie byłby jednocześnie ekologiczny, bo nikt, kto ma choćby trochę oleju w głowie, nie podcina gałęzi, na której siedzi, nie niszczy środowiska, w którym pracuje i żyje. Marynarze śródlądowi pływając po całej Europie widzą świat trochę inaczej niż inni. A to dlatego, że z autostrady, pędząc 150 km/h, nic się nie widzi. Trzeba uważać na maxa, jak mówią moje wnuki, aby z tej autostrady nie wylecieć. A statek płynie z przepisaną w kanale prędkością: załadowany 6-8 km/h, pusty 12 km/h, staje na postoje nocne, załoga wychodzi do miasta, poznaje okolice i ludzi, zna języki, bo musiała się tego nauczyć, robi zakupy, chodzi czasami do knajpy, integruje się z miejscowymi, którzy jak widzą marynarza, a jeszcze z Polski, to z miejsca zapraszają itd. Zupełnie inny świat. Ale ci marynarze nauczyli się tam właśnie, co to jest ekologia i rozsądne, będę to powtarzał do znudzenia, jak mantrę, rozsądne korzystanie ze środowiska. I oni, ci marynarze śródlądowi, wiedzieli o tym wszystkim dużo wcześniej, niż się zaczęła moda na ekologię w Polsce i zanim Polska zaczęła doganiać innych w tej dziedzinie.

Dlatego właśnie, wchodząc na stronę Andrzeja Podgórskiego zobaczycie starcie dwóch mentalności: zaścianka spod znaku zieleni, gdzieś spod Warszawy - nie wartościuję w tej chwili - i świata, a może lepiej Europy, która żyje i myśli inaczej. I to, co piszę nijak się ma do polskich wartości, zwyczajów, czy też związków innego rodzaju, o których było głośno w momencie przystępowania Polski do Unii Europejskiej. Marynarze śródlądowi, z racji swoich zajęć zawodowych mają wiedzę, której brakuje przeciętnemu mieszkańcowi Pcimia Dolnego czy innej miejscowości. Pozostają przy tym takimi samymi Polakami, jak przeciętny mieszkaniec Pcimia Dolnego czy innej miejscowości. Bo jest na polskim statku. Jest mądrzejszy od przeciętnego... itd. o to, co zobaczył. I tyle.

Co widział i gdzie był Sławek - nie wiem. Wiem jedno, że Ren, o ile go w ogóle widział, to tylko z jakiegoś mostu, w wielkim mieście, gdzie, podobnie jak w Warszawie, widzi się tylko kilometry betonowych brzegów. Dalej nie widział, bo nie był. I taki jest jego ogląd świata, tego Sławka z Olsztyna. Boję się, że po skończeniu studiów wyemigrował z tego pięknego miasta nad Łyną - zgadnijcie dokąd? Macie rację, do Warszawy. Znalazł zatrudnienie w którymś ministerstwie, tu już nietrudno zgadnąć w którym, i sadzi się na kreowanie ekologicznej polityki Państwa. Jakiej? Też nietrudno zgadnąć.

Statki śródlądowe już od połowy lat 70 XX wieku muszą mieć zamknięte zbiorniki na fekalia i je mają. "Kuna" też. Inaczej nie byłyby dopuszczone do żeglugi. Dawno odeszły w przeszłość czasy, gdy ze statków zrzucano ścieki prosto do rzeki. Można powiedzieć, że żegluga śródlądowa była prekursorem ochrony czystości wód w Polsce. O tym ci - pożal się Boże - ekolodzy nie wspomną ani słowem. Może nawet nie wiedzą, bo przecież nie o wiedzę tu chodzi. Chodzi o zadymę, zawziętość, zacietrzewienie, nierespektowanie cudzych argumentów. Jednym słowem chodzi o pieniactwo i szmal (patrz: http://www.zegluga.wroclaw.pl/news.php?readmore=811).

Na stronie Andrzeja Podgórskiego jest konkretny przykład tego sposobu działania. Niejaki dr Wiesław Nowicki, przyłapany na tym, że czerpie korzyści ze swej działalności "ekologicznej" powiedział że, tu cytat: "Walka z tzw. ekoharaczami jest o wiele bardziej wredna, niż same «ekoharacze»". Sens komentowania tej wypowiedzi wydaje się zbędny! Zainteresowanych odsyłam na stronę http://www.zegluga.wroclaw.pl/news.php?readmore=724.

Szczególnie znamienna jest opinia promotora pracy doktorskiej p. Nowickiego, że ten jest po prostu pieniaczem. Proszę poczytać. Co do tzw. ekoharaczy, to uważam, że jest to daleko posunięty eufemizm. Moim zdaniem należy mówić wprost o łapówkach. Bo czymże jest uzależnianie czynności od korzyści finansowych? To definicja, wyjęta wprost z kodeksu karnego.

Pamiętam bardzo brudną Odrę, Wisłę, Brdę, Noteć. One nie były brudne od tego, że tam pływały statki, ale od nieczyszczonych ścieków komunalnych i przemysłowych. Bo każdy wrzucał do rzeki wszystko, co było mu zbędne. Dzisiaj przemysłu mniej, buduje się oczyszczalnie w ramach programu sanitaryzacji Morza Bałtyckiego, Północnego i północnego Atlantyku. Po to właśnie wymyślono na Zachodzie dla Polski program ekokonwersji, zamiany długów na inwestycje ekologiczne, głównie w zakresie czystości wód.

Co do programu sanitaryzacji Morza Bałtyckiego, Północnego i północnego Atlantyku. Mój pierwszy wyjazd zagraniczny w Sejmie X kadencji odbył się na konferencję do Kopenhagi, gdzie omawiano kwestie zanieczyszczeń tych właśnie akwenów i koniecznych środków zaradczych. Zobowiązano państwa do opracowania i wdrożenia programów oczyszczania rzek uchodzących do tych akwenów. W Polsce rozpoczęła się dyskusja, w jaki sposób oczyszczać nasze brudne rzeki. Nie brakowało poglądów, aby na ujściach Wisły i Odry zbudować oczyszczalnie - giganty. Przeważył - i słusznie - pogląd, że lepsze będą dla przyrody i ekologii w kraju, małe oczyszczalnie komunalne budowane od źródeł w dół rzek, bowiem taki właśnie sposób zapewniał polskim rzekom czystość na całej długości. Powstał projekt budowy takich oczyszczalni, znalazły się środki, wymuszone przez Zachód, a właściwie porozumienie państw wierzycieli polskiego zadłużenia. Środki z tzw. ekokonwersji.

Polegało to na tym, że dług Polski w krajach Europy Zachodniej był o tyle zmniejszany, ile Polska, przyznajmy, w bardzo trudnym dla niej ekonomicznie okresie, wydała na inwestycje w ochronie środowiska. Minęło 20 lat i większość dużych i średnich, a czasem całkiem małych, miast nadrzecznych ma własne oczyszczalnie. Inne są w budowie. Nie wiem dokładnie, czy ekokonwersja dalej funkcjonuje, ale to nie jest takie ważne. Jesteśmy w Unii Europejskiej i stamtąd płyną środki na realizację tego programu. Jak jest z ekokonwersją, o to trzeba by pytać prof. Macieja Nowickiego (nie mylić ze wspomnianym doktorem Wiesławem Nowickim), długoletniego prezesa Ekofunduszu, a przedtem i potem Ministra Środowiska, który, jak mówią w kuluarach, sam będąc ekologiem, nie wytrzymał napięcia i nacisków ekoterrorystów w stylu przytoczonego wyżej Sławka, w sprawie budowy stopnia wodnego w Nieszawie, popadł w konflikt sumienia i podał się do dymisji. Pochwalam ten krok, z zachowaniem proporcji, bo uważam, że lepiej ustąpić, niż trwać w fałszywej wiedzy, że jest inaczej niż jest. Ma Pan moje uznanie i szacunek Panie Profesorze.

Najważniejsze jednak, że woda w rzekach jest nieporównywalnie czyściejsza. Oprócz Wisły w okolicach Warszawy, gdzie półtoramilionowe miasto nie ma oczyszczalni. Ile się tam produkuje zanieczyszczeń, można sobie wyobrazić.

Chciałoby się powiedzieć - jaka stolica, taki kraj. Ale tak nie jest. Tu raczej pasuje powiedzenie Piłsudskiego, że Polska jest jak obwarzanek, najlepszy na obrzeżach. Czyli także w Gorzowie, Szczecinie, i parudziesięciu innych miastach też, bo leżą nad zachodnią granicą Polski, ale jednocześnie w samym sercu Unii Europejskiej. Więc niech nam nikt ze stolicy nie mówi, co mamy robić, sami sobie damy radę. To także do tych, którzy pobywszy trochę w stolicy, powrócili do Gorzowa, w swoim mniemaniu, mądrzejsi. Ja znam tylko jeden sposób, kiedy wiedza wchodzi do głowy od tyłu, od tego miejsca, którym się siedzi na fotelu, obojętnie jakim. Zdefiniowali ten sposób dwaj znani w świecie prezydenci: Jimmy Carter - prezydent USA i Hafez al Assad - nieżyjący już prezydent Syrii. Kiedy Carter, w ramach polityki odprężeniowej na Bliskim Wschodzie poleciał do Syrii, cały świat wstrzymał oddech. O czym też będą ci dwaj wrogowie rozmawiali? Na konferencji prasowej obaj zgodnie stwierdzili, że mieli bardzo surowych ojców, którzy im w młodości nie żałowali pasa. Opłaciło się - stwierdzili dalej zgodnie - bo obaj zostali prezydentami swych krajów. Innego sposobu na nabycie rozumu nie ma. A raczej jest, tyle że przez głowę. Ale tu już innymi metodami. Trzeba się uczyć.

PS.

Dochodzą mnie głosy, że moje teksty są za długie. Jeden z byłych uczniów zwrócił mi uwagę, że wychodzi ze mnie nauczyciel, że teraz nie takie czasy, że trzeba w pigułce. To prawda, współtworzyłem i uczyłem przez pierwsze 5 lat nawigacji w Zespole Szkół Żeglugi Śródlądowej w Bydgoszczy, której tradycje kontynuuje do dziś TŻŚ w Nakle nad Notecią. Ale nie w talentach pedagogicznych rzecz. Prawda jest bardziej prozaiczna. Otóż jestem absolutnym antytalenciem do rysowania. W TŻŚ we Wrocławiu trzeba było od czasu do czasu coś narysować, także na budownictwie wodnym. Pani inż. Kędzierska zajrzała kiedyś do mojego zeszytu i zobaczyła bohomazy mające być - nie wiem czym - ostrogami, opaskami czy też innymi elementami infrastruktury koryta rzecznego. Przyznałem się wówczas, że kiedy mam coś rysować, dostaję wysypki uczuleniowej. Zlitowała się nade mną i mogłem nie rysować. Pod jednym wszakże warunkiem. Że nauczę się tak te budowle opisywać, żeby ją przekonać, że wiem o co chodzi. I się nauczyłem.

Sprawdziło się to całkiem niedawno, kiedy zwrócił się do mnie, per Internet, nieznany mi wodniak z Holandii, który miał prowadzić jacht motorowy z Gdańska na Zachód Europy i musiał przepłynąć drogę wodną Wisła-Odra. Pytał o szczegóły nawigacyjne na tej drodze wodnej. Opisałem mu, po niemiecku, trudne przejście w km 57, poniżej śluzy w Gromadnie, gdzie jest zakole w lewo, a więc mielizna po lewej burcie, ale nieco dalej uchodzi z prawego brzegu rzeczka Łobzonka, która niesie też sporo piachu i osadza w korycie Noteci. Trzeba więc najpierw trzymać się prawego brzegu, by ominąć odsypisko, ale zaraz poniżej ujścia Łobzonki iść w lewo, bliżej środka rzeki, by ominąć mieliznę utworzoną przez tę rzekę. Dalej jest już dobrze. Tak to mu opisałem. Kiedy kilka miesięcy później dotarł do Gorzowa i zatrzymał się w porcie, pokazał mi rysunek, jaki sobie stworzył na podstawie mojego opisu. Był dokładnie taki, jaki ja miałem w głowie pisząc mu to. A więc to funkcjonuje.

Nie wszyscy mają chęć lub cierpliwość słuchać w tych szybkich czasach. Wiedzą to np. dziennikarze obsługujący narady i konferencje. Jak Hopfer zacznie, to można iść na kawę. Tyle, że się dużo traci. Więc nie idą, a potem ślęczą nad tymi nagraniami próbując zrobić z tego news. Wiem o tym, ale nie jest mi przykro, bo wszystkiego nie da się zawrzeć w tzw. pigułce.

Przepraszam zatem za dłużyzny, jeżeli komuś przeszkadzają. Taki już jestem i inaczej nie umiem. Prawdopodobnie dlatego ludzie odwiedzający "Kunę" mówią potem na różnych forach, że kapitan jest dobrym gawędziarzem, a niektórzy, że wręcz gadułą. Bardzo mi to pochlebia.

Pozdrawiam z pokładu Kuny - Jerzy Hopfer
#1 | Teos dnia 28.02.2011 20:10
Witam Panie Kapitanie,
mnie Pan dłużyzny nie nudzą a wręcz przeciwnie bardzo przyjemnie się przyswaja wiedzę podaną w ten sposób, niekoniecznie "od tyłu" ;-) Szkoda tylko że w Polsce tych "Sławków" się namnożyło i wywierają duży wpływ na tzw. ośrodek decyzyjny.
Niemniej bardzo dziękuję za obszerny i bardzo ciekawy artykuł.
Pozdrawiam z Poznania
Tadeusz "Teos" Jankowski
#2 | Szygy dnia 02.03.2011 17:23

Cytaj

Dochodzą mnie głosy, że moje teksty są za długie.

Panie Kapitanie - no niestety ale to racja. Nie mam oczywiście żadnych zastrzeżeń co do zawartości merytorycznej, ale w tej chwili w szkołach uczą wypowiedzi zwięzłych, merytorycznych i przez to zrozumiałych. Pewne wypracowania czy rozprawki muszą wręcz być poprzedzone planem.
#3 | 1109 dnia 03.03.2011 23:56
Witam.Przez trzy tygodnie byłem pozbawiony pisania i wypowiedzenia swego zdania.
Uważam że,aby przekazać swą myśl należy użyć wielu słów.Im więcej jest ich jest , jest jasno przekazana myśl.Rozmowa prowadzona hasłami do niczego prowadzi.Jest tylko bełkotem nic nie przekazującym.
Zawsze należy wyrażać się zrozumiale,.a to wymusza używania wielu słów.
Proszę więc o pisanie szczegółowe i nie zwracanie uwagi na niezbyt przemyślane uwagi.
Dziękuję i proszę o jak najczęszcze obszerne pisanie.
Pozdrawiam Włodek Czechlowski z Kaczych Kanałów.
#4 | Szygy dnia 04.03.2011 10:47
Szanowny Panie Włodku - zgłaszam Pana kandydaturę na Ministra Edukacji aby dokonał Pan stosownych zmian i wprowadził w szkołach swoje lepsze zasady nauczania. Wreszcie uczniowie umiejący "lać wodę" a nie mający wiedzy odetchną z ulgą. Smile.
#5 | 1109 dnia 04.03.2011 12:10
Witam.Nie każdy musi być polonistą aby coś mądrego powiedzieć.
Kiedyś ktoś ode mnie starszy mi powiedział:NIGDY NIE ZAWADZI,JAK GŁUPI MONDRAMU DORADZI.
Zapamiętałem i tym się prowadzę w życiu.
Bardzo proszę nie brać tego powiedzenia do Siebie.
W ministry już nie pójdę bo zbyt mała wiedza i niechęć zbyt wielka.
Pozdrawiam z uśmiechem na ustach Włodek.
ps
nie umiem umieścić innych uśmieszków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
  PRchecker.info Free counters!