W łasce i niełasce Odry... czyli Rzeka-Miasto-Ludzie cz. IIDrukuj

Powódź dokonała olbrzymich spustoszeń. Odra jest ponownie zablokowana, choć w zasadzie od początku sezonu nie była odblokowana. Najpierw remonty planowe uniemożliwiały ruch statków, teraz skutki wielkiej wody.
We Wrocławiu najbardziej ucierpiała śluza Różanka (subiektywnie - GM), zalane zostały urządzenia, mechanizmy - awaria trwa i nie można przejść ...
W związku z tym nasz postój na Biskupinie przedłuża się. Zaczynam się niepokoić czy w ogóle będzie można przepłynąć gdziekolwiek.

Wcześniej (przed powodzią) możliwym było przejście Kanałem Miejskim, przy położonym Jazie Psie Pole. Teraz góra (dosłownie) piasku, wysoka na ok 2 m nad poziom wody, zablokowała wyjście ze śluzy Szczytniki. Sytuacja się powtarza, ponownie doprowadzenie statku na prezentację wystawy do Szczecina stoi pod znakiem zapytania. Założyłem, że trasę Wrocław - Szczecin pokonamy w 5-7 dni, płynąc sobie spokojnie, bez nerwów, delektując się otaczającą nas przyrodą. W Szczecinie musimy zameldować się 9 lipca.



Statki w Porcie Miejskim oczekujące na otwarcie szlaku


Piątek 2 lipca
Liczę ponownie na łut szczęścia. Wychodzimy z HOW Stanica, jest okropnie gorąco. W załodze jest Piotrek Piechocki i ja. Przechodzimy przez śluzy Opatowice (dosiada się do nas Adam Górski), w takim składzie docieramy do Bartoszowic. Przy opuszczaniu śluzy (jeszcze w komorze) następuje zgrzyt, dziwny odgłos i silnik staje.... Próbuję go odpalić, pracuje normalnie na biegu jałowym. Przy wrzucaniu biegu jednak się blokuje. Coś zablokowało śrubę... Powiadamiam obsługę śluzy o problemie i proszę żeby ostrzegli o nas następny zestaw (który za chwilę stanął na mieliźnie w wejściu do Bartoszowic....) . Na inercji mijamy wrota śluzy i dochodzimy do lewego brzegu. Wysyłam Piotrka, żeby sprawdził co się stało. Diagnoza: wklinowana deska szalunkowa lub kantówka weszła pomiędzy śrubę i tunel - ciekawe skąd się tam wzięła świeża, upaprana cementem deska??? Więcej nic nie powiem, bo musiałbym użyć słów niecenzuralnych, mam nadzieję nic się nie stało.

Uwolnienie śruby zajęło nam 1,5 godziny. Uszkodzeniu - wgnieceniu uległa krawędź natarcia 1 płata śruby... Odpalamy maszynę i 'mała naprzód' i nic. Stoimy. Woda opadła o 30 cm .... Jasna cholera! Cała naprzód, cała wstecz i nic. Na szczęście za chwilę 'iidzie na dół' zestaw (ten z mielizny). Woda się podnosi. Odpływamy.

Mijamy Zacisze, do Różanki dochodzimy ok 1500. No i tradycyjnie okazuje się, że jest DUŻY problem. Co prawda 30 min wcześniej śluzował (awaryjnie - dolne wrota otwierane przy pomocy lin i obsługi stopnia, bez siłowników) zestaw RZGW, ale jak to już bywało wcześniej , nam tych 30 minut zabrakło. No nic, czekamy. Normalka.



Zwierzę wodne....


Otrzymujemy informację, że dziś zainstalowano też pompy(tymczasowe) do siłowników i w poniedziałek zostaniemy przepuszczeni.

Poniedziałek 5 lipca
O godz. 0830 (poniedziałek) odcumowujemy i czekamy na otwarcie górnych wrót. Ok 0900 już wiem, że jest jakiś problem, o 0930 przychodzi Pan z obsługi śluzy i informuje nas, że oberwało się zawieszenie dolnych wrót śluzy, co grozi ich całkowitym zerwaniem, no i oczywiście wyklucza jakiekolwiek użytkowanie śluzy... No tak...

Środa 7 lipca
Ekspresowa naprawa tego elementu zakończyła się w środę ok 1430 !
Na piątek nie ma najmniejszych szans, że zdążymy. Porozumiałem się z przedstawicielem Szczecina, że spróbuję tam dotrzeć do soboty, na 1100.



Śluzowanie na Różance


O 1500 przeszliśmy Różankę, o 1700 zabunkrowaliśmy paliwo, napełniliśmy zbiornik balastowy (basem 3 m3 wody na pokładzie) i o 1900 wyszliśmy z naszej przystani w kierunku śluzy Rędzin.



wyjście z HOW Zatoka /po prawej/ , 'ciepła woda' (po lewej)




Most Milenijny


Tradycyjnie 'nowa' śluza była zamknięta, obsługa skierowała nas do starej ceglanej.
Powietrze stoi. Komary zbite w wielkie chmury zaatakowały nas i wygrały. Na szczęście wyposażyliśmy się w moskitierę. Majowa powódź stworzyła idealne warunki do rozwoju tych potworów.



Stopień wodny Rędzin - od lewej jaz, stara śluza, nowa śluza, a nad wszystkim powstaje most autostradowy




Poniżej Rędzina


Operator z Rędzina powiadomił Brzeg Dolny, że płyniemy i popłynęliśmy.
Powoli kończył się długi lipcowy wieczór, ok 2230 dotarliśmy do śluzy. I oczywiście okazało się, że... spóźniliśmy się 1 dzień. Okazało się, że w środę 'robiono wodę' dla zestawów płynących w dół i w związku z tym dziś na wyjściu z kanału jest tylko 60 cm.
Operator okazał się mądrzejszy niż ja i nie przepuścił nas na dół. Choć bardzo go prosiłem. Oczywiście nie popłynąłbym nigdzie po nocy, bo mgliście pamiętałem jak wygląda Odra poniżej ostatniej śluzy, ale chciałem jak najwcześniej wyjść, bo już byliśmy spóźnieni. Bardzo miły Pan emerytowany kapitan stanowczo odmówił. Słusznie.

Czwartek 8 lipca
Rano przez radio kierownik stopnia wodnego przekazał nam warunki na rzece poniżej. Głębokość tranzytowa 70cm - aktualnie i może nam trochę dodać spuszczając nieco wodę . Nasze zanurzenie jeszcze raz pomierzone to ok 95 cm (ostroga na rufie). Trochę się zawahałem. Otrzymałem szczegółową instrukcję gdzie są niebezpieczne miejsca oraz że zostanę przepuszczony na własną odpowiedzialność.



Na 'górze' w Brzegu Dolnym


Narada z załogą i decyzja. Płyniemy. Kolejne ryzyko - powoli się zaczynam zastanawiać nad powrotem. To co zobaczyliśmy za wrotami to istny armagedon. Zasypane piaskiem dalby, krawędź lustra wody oddalona o kilkanaście metrów od dalb.. Poradzono mi płynąć środkiem... a ja głupi posłuchałem choć wiedziałem, że to nielogiczne. Zawsze najgłębiej w takich miejscach jest przy brzegach, a na środku odkłada się piasek. No i oczywiście centralnie wmontowaliśmy się w mieliznę. Mało tego osiedliśmy po jej 'górnej' stronie - prąd w cofce napierał w burtę i wciskał nas na piach. Na prawej burcie 90cm, na lewej 60cm . Śruba mieli wodę bezskutecznie.

Poprosiliśmy o pomoc obsługę śluzy. Po kilkunastu minutach 'dolali' nam 30cm i zeszliśmy z mielizny. W sumie zajęła nam ta operacja ok 40 min. Kolejne 40 min. straty w wyścigu z czasem do Szczecina.

Dolny awanport śluzy Brzeg Dolny jak w filmie Hitchkocka był tylko wstępem do horroru, który dalej zobaczyliśmy i było już tylko straszniej aż do Lubiąża. Dolna krawędź fundamentu filaru mostu kolejowego koło Brzegu Dolnego wystaje ok 150 cm powyżej lustra wody, w zasadzie stoi na kolumnie - kopcu, z narzutu kamiennego, jak na moje oko z całą pewnością nikt nie projektował i nie sprawdzał takiego modelu pracy tej budowli. Szerokość koryta w tym miejscu na oko wynosi ok 30-40 m. Nurt przyśpiesza tak, że przy 800 obr/min płyniemy ok 10 km/h.



Oto Odra w Brzegu Dolnym.... ok 30 m szerokości, sonda dna nie sięga..




filar mostu




Za mostem w Brzegu Dolnym


Zakłady dawnej Rokity, urządzenia korzystające z rzeki pokazują obrazek degradacji tego odcinka. Kierownik nadzoru troskliwie pilotuje nas przez radio, proponuje żebyśmy zwolnili bo za szybko płyniemy. Ale to niemożliwe nie mogę dać mniejszych obrotów musiałbym wrzucić luz. Ostatnie instrukcje słyszę za promem, dalej musimy sobie radzić już sami. Po kliku kilometrach mijamy statek nadzoru, który zajmuje się oznaczaniem szlaku żeglownego.

Mija właśnie 15 lat od czasu mojego ostatniego spływu Odrą, wówczas zapamiętałem niesamowicie silny nurt, który zapewniał nam prędkość spływania ok 3-4 km/h, pamiętałem wąską dolinę, która nie miała nic wspólnego z Odrą wrocławską, były też główki (jeszcze) - teraz praktycznie jedyny ślad po nich to odsłaniające się regularnie z wielkich gór piachu kamienie. Nie wiem w jaki sposób radzą sobie w tych warunkach zawodowe załogi. Porównanie jakie mi przychodzi do głowy to jak pływanie zestawem pchanym 1000t po fosie miejskiej Wrocławia. Takie to robi wrażenie.





Okolica niedoszłego stopnia Malczyce


Wielka dolina, kanion, którego głębokość od poziomu terenu do lustra wody ok 10 m, z kataraktami (koło powstającego stopnia Malczyce). Tak to wygląda praktycznie jeszcze kilka kilometrów poniżej Lubiąża. Widok niesamowity.



Lubiąż


Jeszcze bardziej niesamowite jest wrażenie podczas najechania statku na przeszkodę (prawdopodobnie drzewo zalegające na dnie). 'Kaczka' unosi się do góry - dosłownie, dynamika tego zjawiska jest taka, że człowiek odruchowo przykurcza się i ugina kolana kolana. Dopiero po chwili, już po fakcie wiadomo, że na coś najechaliśmy.

Koło południa docieramy do Ścinawą gdzie zaczyna się normować krajobraz nadrzeczny, zanika całkowicie kanion i góry piachu, poziom terenu znajduje się nie wyżej niż 2 m od lustra wody (przy aktualnym niskim stanie wody ).



Port w Ścinawie


Olbrzymie ostrogi wielkości od 20-40m i takież cofki już częściowo wypełnione dają jeszcze większe wyobrażenie degradacji odcinka powyżej Lubiąża. Jest pięknie, sielsko, leniwie i potwornie gorąco w cieniu ok 35 C. Na szczęście mamy basen na pokładzie. Mała rzecz a jak cieszy.



Zbiornik balastowy :)


Zauważamy wielkie drzewa "zatemperowane" pracowicie przez bobry. Niedługo bobry zastąpią w usuwaniu zadrzewiania na międzywalu RZGW, drobne wierzby praktycznie zostały całkowicie unicestwione przez te gryzonie, teraz kolej na duże drzewa.



Bobrza robota


Mam wrażenie, że to ponury żart przyrody. Pieczołowicie chronione drzewa przez różnej maści "zielonych", których obecność na międzywalu jest wątpliwie porządana, są zjadane przez bobry będące pod ścisłą ochroną. Mijamy kolejno Chobienię, ujście Baryczy. Około 1600 docieramy do Głogowa.



Sielanka przed Głogowem


Tu opuszcza nas Marek Wcisło (miał z nami płynąć do Szczecina, ale ze względu na opóźnienie dopłynął tylko do czwartku). Wykonujemy manewr kotwiczenia, robię nawrót pod prąd jakieś 1500 m przed 'różowym mostem'. Kotwica dół.... i klapa. Wleczemy kotwicę. Niedobrze to wygląda. Wyhamowuję dając naprzód. Po jakichś 500 m kotwica złapała. Stoimy idealnie pod mostem i przy znaku zakaz kotwiczenia i wleczenia kotwic.... Trudno. Odwozimy Marka na brzeg wzbudzamy furorę wśród Głogowian obserwujących nasze manewry z mostu.



Most Tolerancji


Tak sobie myślę co tam leży pod wodą co spowodowało ustawienie takiego znaku. Dowiem się podczas powrotu ze Szczecina i nie będzie to przyjemna niespodzianka.
Ku uciesze gawiedzi podnosimy kotwicę i nie bez trudu obracam się na zwężonej w tej okolicy Odrze. Mijamy Hutę Głogów, po jakimś czasie odsłania się panorama Bytomia Odrzańskiego z pięknym pustym nabrzeżem turystycznym (żałuję, że nie możemy się zatrzymać).



Bytom Odrzański


Po około godzinie mijamy Nową Sól, pozdrawiamy machnięciem gości i obsługę przystani turystycznej (niestety musimy płynąć dalej). Zaczyna już zmierzchać, w oddali widzę majaczące światła, po chwili już wiem, że to zestaw pchany z Bizonem ..... idący do góry. Przez radio wymieniamy kurtuazję i płyniemy dalej.

Przejmuję ster, załodze "rozkazuję" spać to będzie bardzo "długi wieczór"..... Zapalam szperacz, zdaje egzamin, choć przydałaby się żarówka o większej mocy i ze zwierciadłem. Niestety takich nigdzie nie znalazłem. Wielkim problemem okazał się zakup żarówki 100 W (kupiłem halogenową 60W, która świeci jak dawna 100ka) albowiem Unia Europejska w swej mądrości zakazała produkcji takowych...

Reflektor pomaga znaleźć drogę miliardom owadów do żarówki. Są wszędzie w nosie, w ustach. Mam wrażenie, że posiadam miecz świetlny, którym siekę od brzegu do brzegu. Po jakimś czasie mijamy stojącego na kotwicy kolejnego Bizona, z zabawnie słabo świecącym światłem kotwicznym, to zapewne ten zestaw, który śluzował dzień wcześniej w Brzegu Dolnym.

Zaczynam mieć wrażenie, że pływam od główki do główki, od znaku do znaku, krzyż na skos, główka, główka, główka, krzyż pionowy, główka, główka, główka, krzyż na skos,główka, główka, główka, krzyż na skos, główka, główka, główka, krzyż pionowy..... Zaczyna mi się jakaś dziwna projekcja, to znaczy że zasypiam. Niedobrze. Włączam mój telefon komórkowy z GPSem (ach ta technika), jeszcze dwa zakola i będą Cigacice. Na ostatnim zakolu przed Cigacicami budzę załogę, polecam przygotować kotwicę. Zaraz za mostem samochodowym obracam statek i rzucamy kotwicę. Obok majaczą światła portu w Cigacicach. Nie ryzykuję wejścia, za dużo wrażeń na dziś. Zapalamy światło kotwiczne, ustalam kto i jak wachtuje, wciąż jest okropnie gorąco, zasypiam na pokładzie.



Świt na kotwicy w Cigacicach


Piątek 9 lipca
Budzą mnie kroki na pokładzie Jan z niepokojem obserwuje łańcuch na dziobie. Stanęliśmy za blisko cofki i kręci nami raz główny nurt , raz zasysa nas wsteczny nurt cofki i w efekcie wciągamy łańcuch i kotwicę pod kadłub i z każdym cyklem zbliżamy się do ostrogi. Nie ma na co czekać.

Podnosimy kotwicę i odchodzimy. Dochodzi 0330, już jest szaro i przyjemnie chłodno, podnosi się poranna mgła. Zostawiam Jana za sterem i odpływam w senny niebyt.
Budzę się... w Krośnie Odrzańskim, zjadamy śniadanie i ponownie zasypiam. Koledzy budzą mnie tuż przed ujściem Nysy Łużyckiej ok. godz. 0900.

Zaczyna się Odra graniczna, szeroka uporządkowana, oznakowana bojami. Różnicę widać gołym okiem. Druga różnica to przystanie po niemieckiej stronie, które znajdują się praktycznie przy każdej, nawet małej miejscowości, z dobrze oznaczone z urządzeniami do cumowania. Małe miejscowości po niemieckiej stronie są dobrze widoczne z rzeki, nawet pojedyncze domy. Po naszej stronie czasem zza drzew i chaszczy ledwo wystaje wieża kościelna. Pozostałości po powodzi, umocnienia z worków, choć mija drugi miesiąc od kulminacji nadal leżą i bronią Rzeczypospolitej przed żywiołem wodnym.
Niemcy okazują się mniej strachliwi i całą infrastrukturę obrony tymczasowej przed wodą już zdemontowali (lub wcale jej nie rozstawiali?!).

Po zachodniej stronie nie widać też stojących pomników ku czci bobrów. Czyżby tamte drzewa gorzej smakowały? Nie, nienadgryzione zębem gryzonia drzewo stanowi duże zagrożenie i jest przez służby usuwane systematycznie. Po naszej stronie chyba trzeba dokonać specjalnej procedury zanim się podejmie decyzję o docięciu drzewa.
Tak będzie dopóki 30 metrowa topola kogoś nie przywali i nie będzie tragedii dopiero wówczas zmieni się u nas prawo....

Kurcze jakoś to wszystko racjonalnie zorganizowane u naszych sąsiadów.
Koroną wału mkną co chwila rowerzyści, wszak i tak konieczne jest utrzymanie tam drogi technicznej, z naszej strony nie widziałem takowych (nie ma drogi, czy nie ma rowerzystów?). Na wałach pasą się owce i słusznie. Nie wydalają spalin, lubią pochyłość i za pewne są smaczne. U nas wał dość dobrze zadbany, ale ewidentnie trawę koszą maszyny, od czasu do czasu pojawiają się tylko krowy na międzywalu.

Za kanałem Odra-Sprewa polski Tur obsługuje naprawę umocnień brzegowych po stronie niemieckiej.... Kilka kilometrów przed Słubicami spotykamy statek roboczy tamtejszego Nadzoru Wodnego, który wykonuje jakieś zadanie. Prawdopodobnie uzupełniają i konserwują znaki brzegowe.



Słubice


Mijamy nowy most autostradowy, jeszcze drogi krajowej nr 2 ( wkrótce A2), sznur ciężarówek mknie nieprzerwanie (w każdym kierunku). Ogromny ruch. Za chwilę mijamy nowy most kolejowy. Pociągi mkną w obu kierunkach. Co ciekawe różni przewoźnicy ciągną swój fracht. Na obu mostach widać dokładnie na czym polega wspólny rynek. Mimo mojego entuzjazmu w stosunku do żeglugi, nie jestem pewien czy żegluga jest/będzie w stanie wyrwać jakikolwiek kawałek tego tortu. Nie jest to moim zdaniem możliwe bez kategorycznej polityki transportowej całej Unii Europejskiej wymuszającej rozwój transportu wodnego. Ostatecznie nie wszystkie towary zawsze muszą trafić "na dzień następny" z okolić Hamburga w okolice Gdańska.

Odra staje się coraz szersza mijamy Kostrzyń z jego twierdzą, niesamowity widok. Chwilę potem Odra łączy swoje wody Wartą. Od tego miejsca Odra ponownie się rozszerza, zauważamy również, że nasza prędkość zmalała. Cały czas żałuję, że musimy gnać na złamanie karku, w planach miałem postoje w pobliżu starorzeczy i ich eksplorację. Muszę zadowolić się lornetką.



Twierdza Kostrzyń


Po południu docieramy do Gozdowic, chwilę przed nami Odrę przcina ciekawy prom 'Bez granic' bocznokołowiec, co ciekawe. To chyba jedyny taki obiekt na Odrze!



Prom 'Keinen Grenzen'


Plan na dziś to dotrzeć do Bielinka na wieczór. Tam mamy się spotkać ze znajomymi, wymienić olej w silniku, zrobić zakupy odpocząć. Okazuje się jednak, że płyniemy szybciej niż planowaliśmy i ostatecznie nocujemy za mostem w Krajniku Dolnym.

Jak to u nas przy jedynym tak nabrzeżu betonowym stoi znak "zakaz postoju", więc stanęliśmy na kotwicy i dwóch cumach przy wejściu do "zatoczki żab" - jak znam życie tu dawniej zimowały statki. Miliony tych płazów wygrywały przez całą noc swój koncert.
Oleju nie wymieniliśmy, niestety. Ostatecznie uznałem, że tych kilkanaście godzin, które dzieli nas od Szczecina nie zmienią niczego i zrobimy to sobie spokojnie jak tam dopłyniemy. Położyliśmy się spać ok 2200 i mieliśmy wstać o 0530.....

Sobota 10 lipca
Tradycyjnie spaliśmy na pokładzie. Obudziły mnie promienie słońca, trochę mnie to zdziwiło, że już o 0530 tak mocno grzeje. Oczywiście okazało się, że budziki nie zdały egzaminu, zbliżała się godz. 0800.... mieliśmy ponad 2 godziny opóźnienia. Katastrofa.
Kotwica do góry, cumy rzucone, cała naprzód. Trzeba jeszcze posprzątać pokład - zlikwidować basen, umyć nadbudówki, wyszorować burty po trudach naszej wyprawy tak żeby statek lśnił i budził zachwyt. A czasu zostało niewiele. Przejąłem ster, a załoga zajęła się klarem.

Ekspresowo minęliśmy Gryfino, nawet nie przyjrzałem się specjalnie tej wcale niemałej miejscowości. Ponownie przejrzałem sobie wydrukowaną mapę (ze strony RZGW Szczecin - genialna!).

W Szczecinie byłem wielokrotnie. Z Dąbia rozpoczynałem niejeden rejs morski, ale nigdy nie wpływałem do Szczecina od południa. Jeszcze w domu planowałem jaką trasą mam popłynąć i w zasadzie wszystko wiedziałem. No i jak przyszło co do czego to pomyliłem odnogi...

Miałem przed Kanałem Odyńca skręcić na zachód, żeby dojść do Mostu Długiego od południa. Niestety prędkość jaką rozwinęła Kaczka, lekki tłok statków oczekujących na otwarcie mostu kolejowego i statek pasażerski za rufą spowodowały, że zapomniałem o tym drobnym fakcie. Na zawrócenie stracilibyśmy cenny czas i spowodowali zamieszanie na tym ruchliwym szlaku. Płyniemy więc pod podnoszonym mostem, tzn pod jego niepodnoszonym przęsłem.

Ku zazdrości pasażerów Chopina (statek pasażerski port macierzysty Bazylea), który przegonił nas w międzyczasie i musiał czekać na otwarcie mostu ze względu na swoją wysokość. My położyliśmy maszt i spokojnie sobie popłynęliśmy dalej.

Mój telefon dzwonił co chwilę, organizatorzy Dni Odry się zaczęli denerwować. Okazało się, że do Kaczki mają stanąć flotylla Flisu Odrzańskiego, która czeka zwarta i gotowa. Tak więc nasze opóźnienie zawalało cały misterny program obchodów. Przeanalizowałem raz jeszcze mapy i już bezbłędnie doprowadziłem statek do nabrzeża Wieleckiego na Wałach Chrobrego, gdzie zacumowaliśmy ostatecznie około godz. 1100.

Wreszcie jesteśmy w Szczecinie. Po 3 dniach płynięcia zeszliśmy na ląd. Temperatura w cieniu 35C, w nadbudówce 27C, w ładowni 30C..... Umieramy. Razem z nami umierają (dosłownie) ryby w akwarium, które stanowią fragment ekspozycji. Musimy im regularnie dostarczać porcje lodu żeby schłodzić akwarium.

O Dniach Odry można by pisać długo, najistotniejsze moim zdaniem jest to, że władze Szczecina świadomie rozwijają ofertę miasta w oparciu o symbiozę morza i dorzecza Odry. Muszę, jako Wrocławianin, z zazdrością przyznać, że szczecińscy włodarze wiedzą jak wielki potencjałem jest ten styk żeglugowy i jak bardzo rozwój miasta od niego zależy.



Kaczka z Wałów, Autor: Rafał Molenda, źródło: radio.szczecin.pl


Trochę żal upadłej Stoczni Szczecińskiej, ale przyroda nie znosi próżni, sądzę, że w perspektywie kilku lat przemysł stoczniowy (remontowy) wróci do Szczecina, bo takie są prawa rynku.

Druga prawda jest taka, że pogoda dopisała aż za bardzo, w związku z tym ludzie zaczęli się pojawiać na Wałach dopiero pod wieczór, kiedy zaplanowane były inne atrakcje m.in. koncert chopinowski na wraku "betonowca". Teraz całkowicie rozumiem mieszkańców krajów południowych i ich niechęć do jakiegokolwiek wysiłku przed wieczorem . Odczuwaliśmy dokładnie to samo od godz. 1100 do 1800.

Na zakończenie imprezy odbyła się parada zabytkowych statków, którą otwierała "Kunar"(niestety starsza od Kaczki ;) , a zamykała nasza jednostka. Pod wieczór ponownie napełniliśmy nasz zbiornik balastowy. Dzielni strażacy napompowali nam ok 3,5 m3 wody do naszego basenu. Niestety równie dzielni dżentelmeni w motorówce wykonali taką falę że 1,5 m3 wylało się na pokład. Cóż większość motorowodniaków o kulturze i przepisach nie wie prawie nic..

Poniedziałek 12 lipca
Impreza się skończyła pora wracać. Szczecin to niestety ostatnie miejsce (aż do Wrocławia) gdzie można zatankować paliwo, więc popłynęliśmy w kierunku jez. Dąbie do stacji paliw.

Wiało dość silnie ze wschodu, przesmyk na Dąbie jest wąski i kręty, płynęliśmy ostrożnie pod wiatr. Mimo to przeszorowaliśmy lewą burtą po krzakach w końcówce kanału. Przed nami otworzył się widok lasu masztów na przystaniach Małego Dąbia. Ponieważ wiał dociskający wiatr, a przy kei stacji stały jeszcze małe jednostki, więc wyszedłem na środek ustawiłem się z wiatrem. Było to dość ryzykowne, bo trzeba było utrzymać kurs, manewrując przód/tył, dojść dziobem do kei, a następnie "dopchnąć" śrubą rufę. Na szczęście udało się i przyznam, że byłem bardzo dumny z tego manewru.



Bunkrowanie paliwa w Szczciniem na Dąbiu Małym


Po zatankowaniu pożegnaliśmy Szczecin i zaczęliśmy mozolnie piąć się w górę rzeki. Pierwszy nocleg powrotu wypadł przy Bielinku, niestety nocna burza tak nami szarpała i kręciła, że musieliśmy o 4 rano zmykać z kotwicy, żeby nie wpaść na brzeg. Trzeba przyznać, że płynięcie pod górę przypomina pociąg towarowy miarowo i powoli pokonujący trasę, płynęliśmy względem brzegu średnio 7 km/h (przy 1900 obr/min), podczas gdy płynąc w dół osiągaliśmy prędkość 10-11 km/h (przy 1500 obr/min) co można porównać co najmniej do pociągu pospiesznego. No ale cóż fizyki nie da się oszukać.

Wtorek.13 lipca
W miarę jak pięliśmy się pod prąd nasza prędkość malała. Na odcinku Kostrzyń - Słubice osiągaliśmy średnio 6 km/h i tylko w przewężeniach i na przekopach (wcześniej ich nie zauważałem) prędkość spadała do 5km/h. Kolejny nocleg wypadł ok km 566 niedaleko ujścia rz. Pliszki. Oczywiście na kotwicy , dla bezpieczeństwa, choć w zasadzie z braku jakiejkolwiek innej możliwości.



Na kotwicy


Środa. 14 lipca
Noc była krótka, duszna , pełna komarów i o świcie ok 5 ruszyliśmy naprzód. Wynikły pewne perturbacje w związku z brakiem chłodzenia i musieliśmy ponownie stanąć na kotwicy. Po 15 minutach ponownie ruszyliśmy w trasę. Około 1000 minęliśmy ujście Nysy Łużyckiej , mijając Krosno Odrzańskie dostrzegliśmy ciekawą drewnianą krypę napędzaną silnikiem przyczepnym, która błąkała się po okolicznych starorzeczach. Początkowo myślałem, że to jakaś lokalna atrakcja turystyczna , ale okazało się, że płyną kilka kilometrów za nami. Ciut szybciej od nas. No cóż, nie chciałem być prześcignięty (:-), no ale ostatecznie dogonili nas po ok. 2 godzinach. Okazało się, że towarzystwo jest z Cigacic, także byli na Dniach Odry tylko wracali kanałami po niemieckiej stronie. Wzięliśmy ich na hol i miło razem spędziliśmy popołudnie, dzięki ich uprzejmości bez problemu pod wieczór zacumowaliśmy w przytulnej i dobrze utrzymanej kei turystycznej w Cigacicach.

W nocy dołączył do nas kolejny załogant Grzesiek Szafrański (pewnie jego Tata jest niektórym tutaj znany) i w tym składzie skoro świt udaliśmy się w dalszą podróż.

Czwartek 15 lipca
Wiało rześko z zachodu więc koło południa postanowiliśmy pożeglować, rozstawiliśmy bumsztaki na nich rozłożyliśmy plandekę ok 30m2 i dzięki temu uzyskaliśmy prędkość większą o 1km/h! Już zacząłem sobie wyobrażać "Złotą Kaczkęr" płynącą Odrą na prawdziwych żaglach. To będzie piękne. Praktycznie cała Odra graniczna przy odpowiednich wiatrach będzie można w ten sposób pokonać i długie odcinki aż prawie do Malczyc.

Około 1400 zacumowaliśmy w Bytomiu Odrzańskim, gdzie dołączył do nas kolejny załogant - choć właściwie powinienem napisać I Mechanik Jakub Jósewicz (zawodowo mechanik na promie Stena Line). Krótka chwila na zakupy i szybkie zwiedzanie miasteczka, które ma bardzo dużo wdzięku i uroku.



Bytom Odrzański


Szybkie odejście i znów miarowo płyniemy w górę. Plan na dziś starorzecze powyżej Głogowa, ale wyraźnie zwalniamy. Most mijamy już po zmroku i pomny na znak i poprzednie doświadczenia, nawet nie próbuję stawać na kotwicy. Nagle ok 500 m przed mostem Odra zaczyna się gotować, wygląda na to, że z jakiegoś rurociągu w nocy ktoś spuszcza wielkie ilości jakiegoś g....a. Pewnie to mało legalne, bo gdyby było inaczej to samo działo by się w za dnia. Około 2300 wypatrujemy starorzecza, ale nie jest to takie proste.

W końcu jest! Stajemy na kotwicy, zwiad na łódce sprawdza głębokość i dno, wędkarze są doprowadzeni do białej gorączki (bo wiadomo), w końcu wchodzimy, stajemy do brzegu, podajemy cumy i zaczyna się kanonada piorunów, niestety na tym się skończyło, nie spadła nawet kropla.

Piątek 16 lipca
Przed 0600 oddajemy cumy, musimy dziś dotrzeć do Malczyc. Prawdę mówiąc to czuję się już jak w domu, mijamy Chobienię, Ścinawę, ok 1900 wkraczamy w kanion w okolicy Lubiąża, jest gorzej niż tydzień temu, na oko ok 50 cm wody mniej. Za Ścinawą dzwonię do Brzegu Dolnego wypytać się o stan wody r30; i otrzymuję informację, że głębokość tranzytowa na km 299-301 wynosi 40 cm.... no to sobie popłynęliśmy. Nic na to nie poradzimy w tej chwili.

Po 2100 cumujemy w Malczycach, w stoczni stoją niebieskie Tury -ale stoją, że na mule. Trudno sobie wyobrazić, że kiedyś ten port tętnił życiem. Degradacja Malczyc jest katastrofalna i szczerze wątpię czy zmieni cokolwiek oddanie stopnia w Rzeczycy - o ile będzie kiedykolwiek oddany do użytku. Powinien powstać kolejny poniżej Lubiąża i dopiero wówczas Malczyce mogłyby pomyśleć o tym żeby ponownie stać się ważnym węzłem żeglugowym.

Koniunkturę i rozwój portu Malczyce zawdzięczają wałbrzyskiemu węglowi, dziś nie ma już kopalni, ale jest inny przemysł w Wałbrzychu i to miasto ma chyba szanse no powrót prosperity, podobnie Legnica i okoliczne miejscowości, to już ważne strefy przemysłowe. Więc może nie wszystko jeszcze przegrane.



Postój w Malczycach




Pro memoria








"port" i stocznia w Malczycach


Sobota 17 lipca
Wstajemy o 0700 , komary jedzą wszystko co posiada krew, zjadamy śniadanie (jak przed bitwą), szykujemy sondy bosaki, sprawdzamy kotwicę. Wszystko gra. Dzwonię do Brzegu Dolnego , gwarantują 70cm - czyli brakuje 20cm. Decyduję płynąć mimo wszystko mając w pamięci, że zwykle głębokość jest zaniżona. Wychodzę z założenia, że niewiele się może wydarzyć najwyżej staniemy i będziemy czekać, aż się woda podniesie. Zresztą z tego co wiem to głębokość dotyczy miejsc gdzie zalegają głazy i pnie dębów więc nie jest tak, że na długim odcinku jest płytko tylko są krytyczne miejsca, które limitują głębokość. Jak mawiał kiedyś pewien człowiek 'kapitanowie dzielą się na tych co mają szczęście i na tych co go nie posiadają' - dawniej było to istotne kryterium wyboru kapitana przez armatora. Wydaje mi się, że mam dużo szczęścia.

Przy km 300 (tam gdzie budowany jest stopień Rzeczyca, nie wiedzieć czemu nazywany Malczycami) zwalniamy z 6km/h - do 3km/h, jest ciężko, ale idziemy do przodu. Z budowy zaczynają schodzić się robotnicy, żeby pogapić się na naszą przeprawę, za chwilę zwalniamy jeszcze bardziej i czuję, że się powoli zatrzymujemy!!!

Chwila namysłu, przez ułamek sekundy widzę w wyobraźni obrócony w poprzek statek przez nurt. To nie jest dobre rozwiązanie, daję wszystko co "fabryka dała" mam 2600 obr/min, statek powoli unosi się, przynajmniej takie mam wrażenie, przestajemy zwalniać, zaczynamy przyspieszać. Uffff! Udało się.



~km 300 I odrzańska katarakta



Teraz już wiem na co czekali robotnicy. Prawdopodobnie zalega tam jakieś drzewo, ponieważ wyhamowaliśmy dość łagodnie i podczas prześlizgiwania się nie czułem żadnych zgrzytów, ani wstrząsów. Najgorsze za nami.



'ściana płaczu' przy dawnym zawalonym nabrzeżu cegielni w Pogolewie...


Po kilku godzinach docieramy pod most w Brzegu Dolnym, to kolejne krytyczne miejsce, którego się trochę obawiam, ale Kaczka gładko przechodzi pod mostem z prędkością względem brzegu ok 3km/h, pozostaje ostatni już problem (tak mi się zdaje) wejście do dolnego awanportu śluzy.



Na wprost tama w Brzegu Dolnym, w prawo dolny awanport śluzy


Pomny na doświadczenia z trasy w dół płynę przy samym brzegu (lewym) i nie licząc wyhamowania i delikatnego otarcia się o piaszczystą mieliznę wejście przebiegło bez problemu. Teraz spokojnie możemy powiedzieć, że już nic nam nie grozi - jesteśmy już w domu.

Śluzowanie to formalność, zaraz po wyjściu z awanportu oddaję ster i idę się moczyć w basenie na przednim pokładzie. Nie ma większej przyjemności przy temperaturze ok 35C i sporej wilgotności (zbiera się na burzę) niż zanurzenie się w całość w wodzie. Boskie uczucie. Chyba zasnąłem, tak mi się wydaje. Przy byłym wysypisku śmieci szybko wyskakuję, ubieram się i przejmuję ster. Przed nami ostatni stopień Rędzin przed portem docelowym, czyli HOW Zatoka.

No i tradycyjnie już witaliśmy się z gąską..... i siedliśmy na mieliźnie, niestety tym razem na mule, który ma konsystencję masła i przyssał nas tak skutecznie (mieliśmy sporą prędkość), że nie możemy się ruszyć w żadną stronę. Nie ma możliwości użycia bumsztaka. Mielimy wodę ale Kaczka ani drgnie. Sytuacja beznadziejna. Nie mając wielkiego wyboru daję całą wstecz, ale nie wiele to zmienia, dopiero po kilku minutach, prawdopodobnie na skutek drgań, powoli, powoli wyślizgujemy do tyłu. Ufff. zajęło to ok 30min! Zmieniam tor podejścia, za radą znajomego wędkarza. Cała naprzód ! Kilkadziesiąt sekund niepewności i... zwalniamy. Dodaję obrotów , teram mamy już maximum mocy przy 2600 obr/min. Prześlizgujemy się w końcu, cała ta atrakcja zajęła nam 40 min, tyle zajęło przejście odcinka ok 500m.

Za śluzą zaczynają się pierwsze oznaki burzy, gwałtowne podmuchy wiatrów z różnych kierunków, po ok 40 minutach dobijamy do naszej kei na Harcerskim Ośrodku Wodnym Zatoka. Zdążyliśmy zacumować, zdjąć motor I mechanika, wpiąć się do prądu i oberwała się chmura, więc nie musieliśmy nabierać wody z za burty. Sklarowaliśmy się w rekordowym tempie i to był już koniec rejsu.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Wszystkie zdjęcia tutaj:
Wrocław- Szczecin
Szczecin-Wrocław
#1 | zibi dnia 31.05.2011 08:58
Świetna relacja! Skrócone kompendium Odry środkowej i dolnej. A co się tyczy Głogowa - był to zrzut wody ze zbiornika Żelazny Most należącego do KGHM-u. Ten efekt nie zdarza się często, ale jak się na to trafi to naprawdę robi WRAŻENIE. Pozdrawiam.
#2 | Marek Zawadka dnia 01.06.2011 13:36
Na pewno woda z Żelaznego Mostu nie jest spuszczana w Głogowie. Jest spuszczana powyżej miejscowości Chełm. Nie ma żadnej przesłanki dlaczego z Żelaznego Mostu - budowanego w II połowie lat siedemdziesiątych miano by budować rurociąg spuszczający wodę przez najstarsze dzielnice Głogowa. DO tego w linii prostej o 15 km dłuższego. I po wtóre, zrzut wód z Żelaznego Mostu następuje przede wszystkim po dużych opadach. Pozdrawiam z okolic Rudnej.
#3 | zibi dnia 03.06.2011 14:56
Wiem co piszę, bo przy tym pracowałem - a dlaczego tak jest to nie wiemWink

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
  PRchecker.info Free counters!