ChemiaDrukuj

Chemii uczyło nas dwóch profesorów. Obaj byli nastawieni przychylnie do uczniów, co przekładało się na zmniejszony ucisk podczas odpytywania materiału i przekonaniu, że żaden Łukasiewicz, Śniadecki czy Skłodowska/ski , choćby nie wiadomo jak się starali, z nas nie wyrośnie. Założenie było słuszne - chemików między nami nie było.
Podczas lekcji chemii klasa dzieliła się na dwie grupy i gdy jedna miała wykład teoretyczny, druga w innym gabinecie, miała ćwiczenia czyli tzw. demonstracje. Profesor, który je prowadził, miał skłonność do przeciągania, podczas mówienia samogłoski ,,o". Mówił :
- ,,Jooony, katiooony...", nie dziwiło nas więc, że mówiono na niego ,,Jony".
,,Jony' wpuszczał nas do wielkiego korytarza, który razem z salą wyposażoną w stoliki z kranami, wanienkami, kurkami z doprowadzonym gazem, statywami, tworzył gabinet ćwiczeń chemicznych. Ustawiał nas w dwuszeregu, zamykał drzwi korytarza oddzielające gabinet od reszty szkoły, stawał przed nami i pytał zawsze o to samo :
- Kto pali papierosy - wystąp?!
Nikt nigdy nie występował.
,,Jony" zakładał pewnie, że we wszystkich dziedzinach życia jesteśmy tak mądrzy jak z chemii i ci co palą wystapią.
Ponieważ ustawianie się w dwuszeregu i jego hasło - ,,Kto pali paierosy - wystąp"?! - było absolutnie obowiązującym rytuałem, więc czasem gdy się spieszył, mówił :
- Szybko, szybko, stańcie w dwuszeregu, no już, już, kto pali papierosy, wystąp. Nikt? Dobrze, szybko do gabinetu, wchodźcie, wchodźcie.
Ta zbiórka, jego pytanie, zajęcie stolików w gabinecie to było czasem pół minuty. Następnie profesor pytał kogoś pierwszego z brzegu, z ostatniego tematu i słysząc głupstwa jakie ten wygadywał, wtrącał co jakiś czas :
- Dooobrze" - podpuszczając go do plecenia zupełnych andronów. Mówił wtedy :
- Widzę, że jako jednen z nielicznych wiesz o co w tej chemii w ogóle chodzi. Proszę, kto się zgadza z tym co powiedział kolega, ręka do góry.
I tu stawiał wszystkich w trudnej sytuacji. Wiedzieliśmy bowiem, że jeśli facet miał rację to jedno, marne podniesienie ręki, zaowocuje oceną ,,bardzo dobrą" w dzienniku. Wiedzieliśmy też z, co tu dużo mówić, wieloletniej praktyki, że mogło się to skończyć zwykłym, prostackim laniem. ,,Jony" zawsze nosił w wewnętrznej kieszeni marynarki tzw. ,,wstrząs pedagogiczny". Był to 40 centymetrowej długości, kilkużyłowy kabel elektryczny w gumowej otulinie.
Obserwując zachowanie tych co w/g mnie trochę tę chemię rozumieli, pdobnie jak oni, podniosłem rękę.
- No tak - powiedział ,,Jony" - chodźcie tu, koło tablicy, muszę was wyróżnić spośród reszty nieuków, wpisaniem ocen ,,bardzo dobrych" do dziennika.
Wpuścił nas, jak stado rzeźnych baranów, do zatoczki, której dwa dłuższe boki stanowiły ściana z tablicą i katedra, a krótszy okno. Sam zaś sobą zamknął wyjście.
- Nie będę was pytał coooście za jedni i jakie macie imiooona, wypłacę wam bez tego. Ach, wy durnie skończone ! - Krzyknął, nagle jakby pobudzony jakimś wewnętrznym impulsem. Jednym ruchem wyszarpnął ,,wstrząs pedagogiczny", i żeby nie tracić czasu na ,,pranie" z zamachem, lał z każdej pozycji. Myślałem, że będę cwańszy od reszty, biorąc pod siebie katedrę ,,tygrysem".... Wziąłem trzy sztuki. Wszyscy wzięli po równo. I ci co spokojnie czekali na swoją kolej i ci co, jak ja, próbowali się mignąć.
No i dobrze. Kara musi być.
W końcu jak chciałem dostać dobrą ocenę, mogłem się przygotować i zgłosić do odpowiedzi. Ale o co chodzi? Przecież nie mam pretensji.

Staszek ,,Szczepan" Szczepański

#1 | Apis dnia 06.11.2006 16:34
Ani chybi zagłosuje na..... odruchowo, cholera Wink
#2 | Ewka dnia 06.11.2006 18:08
W stosunku do mnie wstrząsów pedagogicznych nikt, nigdy nie używał, ale napiszę Wam w skrócie jak kiedyś wstrząsnęłam pedagogami:
Było gorące, letnie przedpołudnie; jezioro Nida; na DZ-cie szóstka załogi, kapitan Ewka i czwórka pedagogiczna. Czwórka ta miała orzec, czy zasługuję na sternika. Tzn. czy zasługuję na stpień sternika jeśli ktoś miał wątpliwości Wink
Sprawnie odbiliśmy od kei, później było parę zwrotów: sztag, rufa, sztag, prawy halsik, lewy halsik, ósemeczka wokół boi, łowienie koła ratunkowego i powrót. Już mieliśmy dobijsć do kei na "jajeczko", kiedy jakiś złośliwy szkwał zaczął pchać nas w szuwary. Manewrówka tuż przed brzegiem przrosła mnie. Szuwary ze sterburty, szuwary z lewej burty, szuwary przed dziobem...
- Kij manewrowy chwyć! - ryknęłam na leniwie rozglądające się grono pedagogiczne. Zapowietrzyło ich na chilę Shock.
- Kij manewrowy chwyć! - powtórzyłam. Tera jednak, ku mojemu zdziwieniu poderwali się na równe nogi.
Wyjście z szuwarów siłą mięśni grona pedagodicznego wyszło całkiem nieźle, ale patentu nie dostałam i dalej muszę biegać z wiaderkiem po kilwater Grin
Stare dzieje, teraz nie odróżniłabym pewnie relingu od gretingu Grin

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
  PRchecker.info Free counters!