Rejs zawiedzionych nadzieiDrukuj

19 czerwca 2009. Rodzima keja w Cigacicach. Jest wczesne popołudnie.Jacht motorowy Kucyk gotowy do drogi. Wchodzimy na pokład. Pełnię w tym rejsie rolę skippera, choć to nie ja mam najwyższy stopień motorowodny. Płynie ze mną Józek (Bosman Józef) i trójka dzieciaków: 14,12 i 9lat. Ortodroma: Cigacice – Gdańsk, śródlądziem. Odra niesie nas spokojnie. Płyniemy 13 km/h nie wiedząc, że w zbiorniku tworzą się wiry... Od następnego etapu przyciągniemy nieco cugli Kucykowi, by starczyło pieniędzy na paliwo do Gdańska. Pierwszy nocleg wypadł nam przy odrzańskiej główce. Wygodne zejście na suchy ląd i przyjaźni wędkarze. Następnego dnia docieramy do Kostrzyna. Tu zatrzymujemy się przy gościnnej kei klubu Delfin. Czyste sanitariaty, prysznic, woda do zbiornika. Okazuje się, że to ostatnia prawdziwa marina przed Gdańskiem. Na całej trasie nie ma ani jednego miejsca, które można by tak nazwać. Wprawdzie w Bydgoszczy liczyliśmy na usługi prawdziwej mariny, ale udało nam się tylko skorzystać z prądu i (przypadkowo) z prysznica. Marina upada. Jeszcze chwila i nie będzie można nawet do niej przepłynąć przez wodorosty... Szkoda! Nawet nie wymienię jej nazwy, bo życzliwi ludzie tam byli. W Santoku jest namiastka mariny, ale nie wiadomo kto nią zarządza. Wprawdzie dostaliśmy klucze do WC i prąd, ale jakby mimochodem, też tylko z ludzkiej życzliwości.

Ludzka życzliwość to "towar", którego nam w całym rejsie nie zabrakło!
Prawie wszyscy ją nam okazywali. Widać, że w Polakach wciąż tkwią ogromne pokłady dobrej woli, życzliwości i wrodzonej gościnności. Wszyscy (z nielicznymi wyjątkami) byli dla nas bardzo mili i życzliwi. Dobrze, bo chociaż tu mogę powiedzieć, że nie zawiodłem się na bliźnich i że moje nadzieje na rejs w atmosferze życzliwości spełniły się.

Zenek. Dzięki niemu mieliśmy wspaniałą "metę" w Gdańsku. Nie tylko pozwolił nam przez kilka dni za darmo cumować do nabrzeża, ale obwoził nas swoim autem po mieście służąc za przewodnika i wspaniałego opiekuna przez cały okres naszego tam pobytu.
Jeden z naszych użytkowników, Janusz Kowal (Szkutnik 57). Umówiliśmy się telefonicznie na śluzie w pobliżu jego domu (dodam, że zatrzymaliśmy się tam celowo, żeby móc się z nim spotkać). Zabrał nas swoim samochodem do warsztatu, gdzie pokazał budowaną przez siebie wspaniałą, 10- metrową łódź (http://www.zegluga.wroclaw.pl/articles.php?article_id=284), a w drodze powrotnej zawiózł na stację benzynową, gdzie mogłem uzupełnić braki paliwa dla Kucyka. Bardzo miło wspominamy oboje z żoną to spotkanie.
Był też Tadzio, mój kuzyn, który woził mnie swoim autem po Bydgoszczy, żebym mógł również uzupełnić paliwo.

Potem był Jarek. Świetny kolega, już znacznie wcześniej poznany przez internet. Przyspieszył nasze płynięcie dając znać śluzowemu na śluzie Przegalina, że nadpływamy, Potem, wraz ze swoją rodziną gościł nas we wspaniałym domu w Nowym Dworze Gdańskim. Popłynąłem tam celowo, kiedy wracałem, zaliczając przy okazji rzekę Tugę.

Dziękuję też: Gospodarzowi przystani w Nakle, śluzowym ze śluz: Krzyż, Wieleń, Lipica, Gromadno, Krostkowo , Nakło Zachód, za wyrozumiałość i spolegliwość. Ci ludzie bardzo ułatwiali nam życie. Pozostali śluzowi też okazali się bardzo miłymi ludźmi. Dziękuję Wam Wszystkim!

Toaleta, to słowo, jak jakieś nieprzyzwoite hasło, wzbudzało w ludziach niepokój graniczący z agresją. Nikomu nie przychodziło do głowy, że cywilizowany, mający się za kulturalnego, człowiek zechce załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne w przyzwoity sposób, tymczasem w wielu miejscach, gdy spytaliśmy o toaletę, zamiast wskazać nam przynajmniej "sławojkę" pokazywano najbliższe krzaki. Wprawdzie posiadamy sprzęt w postaci saperki, ale dyskomfort w załatwianiu swoich potrzeb w takim miejscu, był znaczny. Zastanawiam się, czego obawiają się ci ludzie, że (przepraszam za wyrażenie) osra się im sedes i nie posprząta po sobie? W Słubicach, kiedy po raz drugi (w zeszłym i tym roku) wskazano mi nabrzeże poza obrębem RZGW, tylko dlatego, że spytałem o toaletę, ze złości, nie użyłem, jak to mam w zwyczaju, saperki... Zastanawia mnie, jak długo w polskiej, zaściankowej świadomości będzie trwało, że toaleta to jakieś tabu? Wyjątkiem był Gościnny Klub Wioślarski w Grudziądzu, który nie tylko pozwolił nam zatrzymać się przy swoim pomoście, ale także wręcz namówił do skorzystania ze śmietnika, toalety, no i najbardziej przez nas pożądanego prysznica. Serdecznie dziękujemy KOLEDZY WODNIACY Z GRUDZIĄDZA!

Śmieci, to kolejny problem, z którym przyszło się nam zmagać. Nie można ich oddać na śluzie! Dziwne, ale prawdziwe! W cywilizowanych krajach, gdzie dba się o środowisko, nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby na śluzie nie pozwolić człowiekowi na: pozostawienie śmieci, uzupełnienie wody, skorzystanie z toalety, a kiedy (teraz już w większości jachtów jest) ma się toaletę chemiczną, pozwolić pozbyć się jej zawartości. W końcu ma się w ten sposób chronić nasze środowisko naturalne! U nas to niespotykane. Całe szczęście, że jak wcześniej wspomniałem, otoczeni byliśmy atmosferą powszechnej życzliwości i śluzowi, przyjaźni wodniakom ludzie, pozwalali z własnej inicjatywy, to tu, to tam skorzystać z dobrodziejstw cywilizacji.

Przyroda. Bogata na całym szlaku, jednak najbogatsza! (sic) na Odrze! To tu
spotkaliśmy bobra, wydrę (tę także na Wiśle),Na kanale bydgoskim rzucił nam się niemal wprost pod dziób, dzik. Musieliśmy ostro dawać całą wstecz, żeby mógł przepłynąć. Udało się. W Ujściu widzieliśmy nawet przepływającego Noteć krecika. Wyglądał jak zabawka sprzedawana w misce z wodą na straganie. Przebierał łapkami przednimi i tylnymi, wolno posuwając się do przodu. W dzieciach wzbudziło to szczery śmiech. Bociana czarnego, liczne pary (nawet z młodymi) orłów bielików,widuje się niemal tylko na Odrze. Na bieliki trafiliśmy dopiero na Kanale Bydgoskim. Kania Ruda, to popularny na Odrze ptak, w innych rejonach rzadko spotykany. Na Wiśle spotkaliśmy jakiś gatunek rybitwy, nigdzie indziej przez nas nie widziany. Flora jest bogata wszędzie. Najbardziej jednak rzucającym się w oczy, niechcianym gatunkiem rośliny, która "przebojem" zajmuje noteckie brzegi, jest BARSZCZ. Roślina niebezpieczna i … wszechobecna na Noteci. Trzeba tu też wspomnieć o kormoranach. Są coraz liczniejsze i wydają się być zmorą dla nadwarciańskich i nadnoteckich drzew. Obsiadłszy je, tak długo traktują swoimi odchodami, aż drzewo obumiera. Na moich zdjęciach widać liczne uschnięte drzewa. Najczęściej zostały zniszczone przez kormorany, lub bobry.

Żegluga śródlądowa. Bezpośredni powód moich zawiedzionych nadziei. Płynąłem z przyklejonym na burtach znaczkiem Towarzystwa Entuzjastów Żeglugi Śródlądowej, licząc na liczne spotkania nie tylko z innymi entuzjastami, ale także z zawodowcami. Niezawodny okazał się jedynie (jak zawsze!) Pan Szarek, niezmordowany Odrzak! Przed nim w pewnej odległości płynął w górę Odry zestaw pchany Koziorożcem. Wydawało mi się, że za sterem widzę Pana Szafranka, lecz nie mogę przysiąc. Potem (kiedy już wracałem) widziałem tego Koziorożca cumującego w kostrzyńskim porcie. Innymi mijanymi przeze mnie statkami były: Zabytkowa KUNA, którą mijaliśmy w okolicy Gorzowa, potem bagrujący Noteć Łosoś, w drodze powrotnej widziałem ładowane piachem barki i stojący w porcie malborskim pchacz. W samym Malborku statek białej floty z Ostródy. Rozmawiałem nawet z jego załogą. Narzekali na brak turystów chętnych do odbycia choćby godzinnej wycieczki po Nogacie. Na Wiśle spotkałem jedną barkę roboczą, pchającą koszarkę. Zestaw ten wyprzedziłem powyżej Grudziądza, oraz śmieszny zestaw: pchacz pchający holownik, choć nie wiem czy nie było odwrotnie, holownik ciągnący pchacz... Było jeszcze kilka jachtów mijanych po drodze, ale naprawdę niewiele. Na Warcie spotkałem jacht turystyczny holenderskiej bandery, na Odrze kilka jachtów niemieckich i kilka polskich. Ruch niewielki. W okolicach Eisenhitenstadt, spotkałem niemiecki statek roboczy przy pracy, który potem mnie wyprzedził i zniknął w wejściu do kanału Odra – Szprewa. Zważywszy, że mój rejs trwał miesiąc, a czynnie przepłynąłem niemal 170 godzin, to naprawdę nie może napawać optymizmem! Nikłe zainteresowanie zachodnich turystów naszymi szlakami zapewne spowodowane jest brakiem jakiejkolwiek infrastruktury sanitarnej i pobytowej. Wprawdzie nowoczesne jachty są w pewnej mierze samowystarczalne, to przecież kontakt z lądem jest niezbędny! Trzeba przecież gdzieś zrobić zakupy, uzupełnić paliwo, wodę, pozbyć się ścieków i kloaki, a u nas gdzie? Kiedy wracałem, wody Wisły i Odry były wyższe niż zazwyczaj. Zdarzyło się, że po wypłynięciu ze Słubic, nie miałem gdzie wylądować musiałem więc stanąć na kotwicy gdzieś w krzakach. Może i romantyczne, ale czy praktyczne? Czy po takich doświadczeniach włóczenia się dniami i tygodniami po krzakach, zachodni turysta zechce tu powrócić? My jesteśmy zaprawieni w bojach i trochę przyzwyczajeni do siermiężności naszych szlaków, ale proszę Państwa, nie akceptujemy takiego stanu! Wyciągam więc wnioski z moich miesięcznych obserwacji: Żegluga Śródlądowa w Polsce nie istnieje. To, co obserwowałem, to tylko jej namiastka, próba znalezienia się w zaistniałej sytuacji. Wiem, że bezpośrednią przyczyną takiego stanu rzeczy jest słaba infrastruktura szlaków wodnych. Rozmyte przez powodzie, nie remontowane ostrogi, nie pogłębiane dno, nie wykaszane nawet wały przeciwpowodziowe na Odrze powodują, że szlak Odry środkowej traci stale na znaczeniu, dziczeje a wkrótce przestanie być użyteczny dla żeglugi zawodowej. Przez jeszcze kilka lat będzie można go użytkować turystycznie, lecz potem będzie tylko ostoją bobrów i dzikiego ptactwa. Powodzie staną się tu codziennością a obszar w odległości kilku, niekiedy kilkunastu kilometrów od osi rzeki będzie niedostępny, dziki i nikomu niepotrzebny. NIe wspomnę już nawet o totalnie zaniedbanej Wiśle. Winię za taki stan rzeczy bezmyślnych ekologów,wlewających w ludzkie mózgi jad nieprawdziwej niby ekowiedzy, tworząc wygodne dla siebie stereotypy, pozwalające wyłudzać potem niebotyczne datki za zaniechanie protestów, no i naszą polską bezradność...

Warta.
Kiedy do niej wpłynęliśmy, zauważyliśmy, że ma na brzegach poustawiane znaki nawigacyjne i kilometrowe. Po kilku kilometrach nawigację pozostawiono nam samym. Kilometraż, aczkolwiek dziwny, bo zerowy kilometr usytuowano przy ujściu rzeki, pozostał.

Noteć.
Tu prawie nie ma znaków nawigacyjnych. Zdarzają się znaki kilometrowe (czasami) wiele znaków jest nieczytelnych. Nikt ich nie odnawia. Niektóre widocznie chylą się ku upadkowi. Widać, że nie mają oparcia w odpowiedzialnych za szlak ludziach. Dobrze choć, że Noteć leniwą wybagrowano. Tu chylę czoła przed RZGW w Poznaniu, choć można było to zrobić nieco wcześniej i wybagrować też same dojścia do śluz, bo są one niekiedy tak zarośnięte, że dotarcie do nich staje się wręcz koszmarne!

Kanał Bydgoski.
Całkowicie martwy. Nikogo tam nie spotkałem w drodze do Gdańska , ani powrotnej. Widać jednak, że ktoś czasem tamtędy pływa. Woda w bydgoskiej części kanału, poniżej śluzy Czyżykowo jest tak brudna i śmierdząca, że staraliśmy się jak najszybciej przepłynąć ten odcinek (z zatkanymi nosami). Śruba Kucyka wzniecała tumany jakiegoś czarnego, cuchnącego szlamu, który układał się po bokach kilwatera w smolisty szpaler. Fuj! Widać, że ta część kanału wymaga natychmiastowej ludzkiej interwencji. Najśmieszniejsze, że przy kolejnej śluzie, na tym samym śmierdzącym kanale, komuś przyszło do głowy usytuować marinę. Kto zechce w takim śmierdzącym miejscu się zatrzymać na noc?

Brda.
Na bydgoskim odcinku zagospodarowana, czysta i ruchliwa. Tu spotkaliśmy nawet prywatną barkę mieszkalną o nazwie Gustav. Przypłynęła gościnnie z Niemiec i pięknie się prezentowała! Potem była Wisła. Nic tylko woda, łachy na środku rzeki, woda i zarośnięte krzakami brzegi. W okolicy Grudziądza jakaś pogłębiarka, druga w okolicy śluzy Biała Góra. Kilka jachtów po drodze i tak do Gdańska! Polska jest środkiem kontynentu zwanego Europą, ma ponad 3000 kilometrów szlaków żeglownych i co? Kilka jachtów, dwie trzy barki widziane w ciągu miesiąca? To ma być żegluga? Wcale się temu nie dziwię. Kto przy zdrowych zmysłach, myślący ekonomicznie zechce opierać swoją działalność na nieregularnych dostawach czy odbiorze towarów? Nasza żegluga zależna jest od kaprysów zaniedbanych rzek, od źle utrzymywanych, coraz bardziej zaniedbywanych szlaków, od wielu czynników powodujących, że transport, choć najbardziej rentowny i najbardziej ekologiczny, staje się nieopłacalny z powodu swojej nieprzewidywalności. To nieprawda, że powinno się pływać, by opłaciło się remontować szlaki, jest dokładnie odwrotnie: trzeba dostosować szlaki, by można było po nich odpowiedzialnie i regularnie pływać! Tę myśl dedykuję naszym rządowym decydentom.

Wisła.
Po przejściu śluzy Czersko Polskie, chyba najnowocześniejszej w Polsce (no, może dorównuje jej śluza Przegalina w Gdańsku), wchodzimy na królową polskich rzek. Wrażenie jest spore. Wisła u ujścia Brdy jest szeroka i ogromna, nawet przy niskim stanie wody. Kiedy minie się most w Fordonie, a za niem, na lewym brzegu port rzeczny, zaczyna się zabawa w pijanego luda... Pływanie odbywa się ściśle według oznakowania (świetnego zresztą). Jeśli przez nieuwagę zmieni się nieco marszrutę, za karę siada się natychmiast na mieliźnie. Najciekawsze jest to, że na samym środku rzeki pojawiają się piaszczyste wyspy, okupowane przez ptactwo wodne. Spotkałem na Wiśle dwie dziwne rzeczy: Oznakowanie w postaci dwóch worków wypchanych sianem na długiej tyczce i tablicę z napisem: Uwaga Ge..... (no właśnie, nawet nie zapamiętałem tego słowa). Ciekawe też, że nigdy nie zauważyłem, żeby podawano w jakiejś literaturze w ramach zwyczajów określonego dorzecza) takiego oznakowania. Ciekawostka.

Żegluga Wisłą jest trudna. Przemiały trafiają się nawet na wyznaczonym szlaku. Płynęliśmy z sondą głębokościową, która w niektórych miejscach, na przejściach wskazywała mniej niż 60 cm głębokości. Całe szczęście, że Kucyk ma tylko 35 cm zanurzenia! Moje zdziwienie wzbudziła pierwsza napotkana łacha. Była sobie na środku Wisły i już! Od tego momentu zwiększyliśmy uwagę i prowadzenie jachtu stało się bardziej stresujące. Cały czas należało wykorzystywać lornetkę do penetrowania przeciwległych brzegów w celu odnajdywania znaków nawigacyjnych. Udało się! Do Gdańska nie siedliśmy na mieliźnie. W drodze powrotnej mieliśmy znacznie łatwiej, choć spalaliśmy więcej paliwa. Wisła była wezbrana i przestały nas interesować znaki nawigacyjne.

Płynęliśmy zatem "na krechę" prosto pod prąd. Też się udało. Ze śluzy Biała Góra do Brdyujścia płynęliśmy około 18 godzin, osiągając średnią prędkość ok. 6,4 km/h. Na zdjęciach dołączonych do tekstu w formie prezentacji starałem się pokazać wszelkie uroki naszych wód śródlądowych, napotkaną zwierzynę, także urządzenia wodne i ich stan.

Wstyd. To uczucie, które towarzyszy mi zawsze ilekroć przepływam Polsko Niemieckim odcinkiem Odry. Długo nie mogłem pojąć, czemu chciałbym jak najszybciej opuścić te wspólne wody. Teraz już wiem. Wstydzę się po prostu za swoich rodaków, którzy doprowadzają do tego, że dysproporcje między naszym a Niemieckim brzegiem są widoczne gołym okiem i hańbią nas wszystkich. Zarówno w ubiegłorocznym, jak i w tegorocznym rejsie, jedynymi ludźmi widzianymi przeze mnie przy pracy,na odcinku od Kostrzyna do ujścia Nysy Łużyckiej, byli Niemcy. To oni naprawiają ostrogi, oni pogłębiają Odrę na przemiałach, oni ustawiają pławy i stawy, oni też podwyższają i wykaszają wały, urządzają miejsca parkingowe dla statków i łodzi turystycznych a u nas dzicz, nicnierobienie , dzicz i jeszcze raz dzicz. Przykro patrzeć człowiekowi i zachowywać przy tym godność współobywatela Unii Europejskiej! Jeszcze bardziej, ale jakoś tak swojsko wstydzę się, kiedy wpłynę w Odrę powyżej ujścia Nysy Łużyckiej. TAM DOPIERO ZACZYNA SIĘ SKANSEN!!! Ludzie, jak ja się wstydzę!

Infrastruktura. To coś, co kiedyś cechowało nasze szalki wodne. Jedynymi śluzami, które mogę uznać za urządzenia w zadowalającym stanie to: Czersko Polskie, Przegalina, i ostatnio odnowiona śluza Wieleń. Pozostałe są w złym, lub bardzo złym stanie technicznym, wołającym o natychmiastową interwencję. Szlaki rzek swobodnie płynących. Nawet nie będę wymieniał braków. To totalnie zaniedbane odcinki szlaków wodnych. Niedługo nie będą nadawały się nawet do turystyki. Totalna klapa!

Zawiedzione nadzieje. Kiedy wyruszałem w rejs, byłem przekonany, że ujrzę wiele statków płynących Odrą. Zobaczyłem dwa. Liczyłem, że na szlaku Wisła Odra spotkam kilka barek. Spotkałem przycumowane do nabrzeża statki szkolone w Nakle i barki w byłym porcie w Czarnkowie (przeznaczone na żyletki?). Na Wiśle też się zawiodłem. Nawet Gdańsk nie napawał optymizmem. Port na wymarciu, tak mógłbym ocenić stan tego obiektu. Teraz czuję się smutny, bo przecież jestem obywatelem Unii Europejskiej, ale z całą pewnością nie pierwszej, ani nawet drugiej kategorii. Jestem pariasem pośród możnych Europy, nic nie znaczącym chłystkiem, który płaci podatki za to, żeby czuć się obywatelem wykluczonym, człowiekiem zmuszonym do życia poniżej europejskich standardów.

Adam Madaj




#1 | koj dnia 14.08.2009 15:20
JEZUS!!! MARIA!!!
obiecalem sobie, że na pokładzie statku nie będę się wyrażał.
Co do ubikacji to w Polsce bardzo popularny jest tzw sedes syberyjski w skład którego wchodzą dwa kije. Jeden wbija się do ziemi - wiadomo trzeba czegoś się trzymać, drugim odganiamy wilki co by nam d..sepiterny nie odgryzły.
#2 | Bosman Jozef dnia 14.08.2009 15:41
Adaśku!Pod tekstem podpisuję się obiema rękoma.Fotki przecudne a komentarze do nich niezwykle celne.Jak napisał Kameo "Polecam Decydentom" ,nie wiem dlaczego przez duże "D", ale już niech tak pozostanie. Józek Bosman Feliga.
#3 | marek56 dnia 14.08.2009 16:07
Panie Adamie, gratuluję ! Wyprawa i relacja z niej extra ! Tylko... ten wszechogarniający (czytającego) smutek. To nie tak powinno wyglądać. Rzeki i kanały powinny tętnić życiem, a tu pustkowia jak na "krańcu świata". Odnoszę wrażenie, że gdyby nie kilku (no może trochę więcej) pasjonatów, to życie na tym wodnym szlaku zamarło by zupełnie.
Ja w każdym razie dziękuję za tę relację i życzę aby takich rejsów było jak najwięcej.
Pozdrawiam.
#4 | przylodz dnia 14.08.2009 17:36
@marek56. Dziękuję za miłe słowa. Ten smutek i mnie ogarniał, kiedy tam płynąłem. Proszę sobie wyobrazić, że kiedy zapytałem śluzowego ile jachtów prześluzował w ciągu czasu, który minął między moimi płynięciami tam i z powrotem, wyliczył, że osiem.
Osiem jachtów w ciągu trzech, letnich tygodni na międzynarodowej trasie E-70! Jak tu się nie smucić Kolego?
#5 | szkutnik57 dnia 14.08.2009 22:18
Świetna relacja !
Moi znajomi z Bydgoszczy walczą aby można było pływać w wolne soboty i niedziele wycieczkowo z Bydgoszczy w kierunku Nakła ale oficjalnie się nie da .Śluzy są zamknięte w wolne dni !
I jak mają turyści się przemieszczać ?A można by było zacząć od ruchu lokalnego i tym zarażać coraz większą ilość ludzi.
Pozdrawiam.
#6 | grzegorz dnia 15.08.2009 09:38
Super wyprawa oraz artykuł. No i Kucyk też niczeo sobie. Bardzo chyba wygodny.
#7 | Marian Janas dnia 15.08.2009 20:57
We Wrocławiu na Wrocławskim Węźle Wodnym wszystkie śluzy są czynne w soboty i w niedziele i korzystają z nich żeglarze motorowodniacy, WOPR, Policja a także śluzują się zestawy z węglem dla wrocławskiej elektrociepłowni.
Pozdrawiam
#8 | MariuszG dnia 16.08.2009 23:36
Piękny choć smutny artykuł , a właściwie wnioski , ale nasz rząd myśli jak zamienić nas w jeden wielki skansen , pozdrawiam i gratuluje , piękna wyprawa Smile
#9 | koj dnia 17.08.2009 16:05
Tego nawet skansenem nie można nazwać!
#10 | Adam Reszka dnia 18.08.2009 23:26
Panie Adamie!

Te dwa wypchane sianem worki na tyczce, to wiecha pomocnicza zamiast właściwej stawy brzegowej, której zabrakło wytycznym. Stoi ona prawdopodobnie od ubiegłego roku.

Natomiast te "dwa dziwne holowniki", to "bombowce" kpt. Łożewskiego NAREW i WARTA. Tak jak Pan zauważył, obydwa były spięte dziobami, gdzie "Narew" wpychała "Wartę" rufą na przemiał. Jest to stosowana przez kpt. Łożewskiego technika nawigacyjna przekopywania się przez przemiały. Na statku "wpychanym" pędniki pracują do przodu, wydmuchując rumosz na boki. Statek "pchający" pracując na pełnych obrotach przekopywaną rynnę pogłębia i poszerza do szerokości umożliwiającej przeprowadzenie promu W-2 lub barki górnopokładowej. Przekopywanie się jednym statkiem musi odbywać się na "wstecznym", co skutkuje dostawaniu się drobin piasku do tulei na wale napędowym. Po kilku takich przekopywaniach wytarte piaskiem tuleje mają takie luzy, że wały biją jak oszalałe, a holownik musi iść na stocznię.

Pozdrawiam - ARes.
#11 | dziadek1077 dnia 17.09.2009 00:19
podpisuję się wszystkimi kończynami. REWELACJA !!!
#12 | Waldemar Wojcik dnia 17.09.2009 17:48
To bardzo smutna relacja ale wspaniała - przypomiała mi szczęśliwe dzieciństwo na barce. Pozdrawiam Autora. Waldemar Wójcik
#13 | barkaz4003 dnia 24.10.2009 13:53
Pamiętam tą trasę z lat 50. pływając z rodzicami na barce. Holowanej przez piękne parowce,NAREW ,MALBORK,i inne.Tereny te kwitły życiem wodniackim mnóstwo taboru.Opis bardzo piękny, aczkolwiek smutny rzeki przekształcają się w cieki.
#14 | przylodz dnia 25.10.2009 11:32
W wielu komentarzach do tego artykułu napisano, że czytających ogarnia smutek. To znaczy, że osiągnąłem pożądany efekt. Chciałbym, żeby treść tego artykułu wstrząsnęła też naszymi decydentami. Chciałbym, żeby po przeczytaniu i obejrzeniu tego co ja widziałem , ktoś możny zastanowił się nad skutkami obecnie prowadzonej polityki względem transportu wodnego i turystyki wodnej. Proszę sobie wyobrazić, co ja mogłem czuć, kiedy oglądałem podupadające szlaki, rażące zaniedbania, nawet w bieżącym utrzymaniu jeszcze działającej infrastruktury, kiedy przemieszczałem się po pustkowiach a widok jakiejś jednostki pływającej powodował mieszaninę zdziwienia i zachwytu " Jednak coś tu pływa!" Czy ktoś weźmie pod uwagę te moje wynurzenia?
#15 | marek56 dnia 25.10.2009 15:08
Obawiam się, że tzw. decydenci nie czytają naszego forum, a nawet jeżeli im się to zdarzy to i tak mają nasze problemy głęboko w... tyle.
Przykładów jest aż nadto.
Pozdrawiam
Marek
#16 | skipperb dnia 27.10.2009 12:25
W Słubicach to albo się zmienił człowiek, albo pozmieniało się coś człowiekowi, ponieważ w 2007 roku w trakcie płynięcia na Zlot Żaglowców do Szczecina byliśmy tam bardzo przyjaźnie przyjęci, z udostępnieniem do węzła sanitarnego włącznie. Szkoda że zmieniło się na gorsze.
Pozdrawiam.
Bogdan
#17 | przylodz dnia 27.10.2009 19:19
Jeśli zdarzy się coś człowiekowi raz, myśli, że to przypadek, jeśli drugi raz, myśli, że to reguła. Trzeciego razu chyba nie będzie. Nie chcę się czuć poniżany, ani w Słubicach, ani w żadnym innym miejscu. W końcu to miejscowi muszą zrozumieć, że KAŻDY TURYSTA JEST NA WAGĘ ZŁOTA! Jeśli jeden się zawiedzie, inni są już ostrożniejsi i nie chcą płacić "frycowego". To działa jak domino.

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 100% [7 głosów]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [0 głosów]
Dobre Dobre 0% [0 głosów]
Średnie Średnie 0% [0 głosów]
Słabe Słabe 0% [0 głosów]
  PRchecker.info Free counters!