DyrektorDrukuj

Nie lada kąskiem były dla nas lekcje ,,Towaroznawstwa" z dyrektorem naczelnym. Mieliśmy po 18,19 lat, a niektórzy po 20. Jakimż więc rarytasem, można to sobie wyobrazić, były pytania zadawane przez dyrektora, niby wiążące się z tematem wykładu.
Mówił np. kończąc wykład :
- Może się tak zdarzyć. Trzeba uważać. Bo jak mówi stare przysłowie ,,Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą". A propos (mówił tak jak się pisze), kto z was rąbał drzewo?
Siedzielismy bez ruchu, czekając na ciąg dalszy. Wiedzieliśmy bowiem co będzie dalej.
- Jak to? Nikt z was nie rąbał drzewa? Proszę bardzo, ci ze wsi niech wstaną, - i dodawał - nie ma co odrózniać tych z miasta od tych ze wsi. To tacy sami chłopcy. No proszę, powiedzcie, rąbaliście kiedyś drzewo? - Zwracał się już tylko do tych co wstali. A było ich sporo.
- Tak - odpowiadali.
- No dobrze, siadajcie.
Następnym razem mówił :
- Można mieć otwarte ładownie aż do zachodu słońca. A propos, czy ktoś widział zachód słońca? Milczeliśmy jak grób bo przecież i tak nikt nie widział. Dyrektor ciągnął :
- Nikt nie widział? Co z was za chłopcy? Proszę bardzo, ci ze wsi niech wstaną. Nie ma co robić różnicy między chłopcami ze wsi i z miasta. To tacy sami chłopcy.
A widząc wściekłe miny tych ze wsi, mówił :
- Nie ma chłopcy co się wstydzić, to nie jest powód do wstydu.
Tydzień później dyrektor znowu ,,jechał ulubioną trasą", to było silniejsze od niego :
- Kiedyś len rozkładano na trawie, kiedy jeszcze była rosa. A propos, czy widział ktoś z was chłopcy rosę?
Milczenie, ci ze wsi już klęli pod nosem.
- Nikt z was nie widział? Proszę bardzo, ci ze wsi niech wstaną itd.


====


Dyrektora naczelnego, jak sie okazało, nie tylko my, uczniowie, baliśmy się najbardziej. Kadra pedagogiczna też przed nim drżała. Potrzebowaliśmy trzech lat, żeby to wyczaić. Jednak gdy już mieliśmy pewność, że wszyscy się go boją, życie nabrało nowego sensu. Jeśli jakikolwiek nauczyciel kazał mi coś wykonać, natychmiast z tym szedłem na warsztaty szkolne. Z obojętną miną (nie mój interes, jestem tylko posłańcem) oznajmiałem instruktorowi, ze przysłał mnie dyrektor naczelny z prośbą, żeby pan (ja? - Pytał zdziwiony - tak pan - odpowiadałem), żeby pan zrobił półkę na kwiaty (w tym wypadku to była stolarnia) z drewna dębowego. Podawałem wymiary napisane na kartce przez nauczyciela, który mi to zlecił. Instruktor próbował się jeszcze słabo bronić :
- A niby skąd mam wziąć dąb? To znaczy, ja mam ale swój prywatny. - Zabierałem zdziwionemu instruktorowi z ręki kartkę i wychodząc mówiłem :
- To właśnie powtórzę dyrektorowi. Dowidzenia.
- Zaczekaj na miłość Boską, zaczekaj. Daj te wymiary. A na co dyrektorowi ta półka?
- A tego to już nie wiem. Niech go sam pan spyta - odpowiadałem bezczelnie. Wiedziałem, że im bardziej będę bezczelny, tym bardziej będę przekonywujący. Pan instruktor ,,śmigał" półeczkę i za godzinę była nawet polakierowana.
- Tylko powiedz, że dąb był mój prywatny - prosił gdy wychodziłem unosząc ją do gabinetu języka niemieckiego np. gdzie zbierałem zasłużone (w/g mnie bardzo zasłużone) podziękowania, że tak szybko i tak ślicznie. W ten sposób załatwiłem cięcie klepek z pleksy. Instruktorowi pękła taśma w pile taśmowej. Klepek było bardzo dużo i bardzo gruba była pleksa. Malowanie masztu pod internatem, wzdłużniki na stępki do łodzi żaglowych ( te załatwiłem jednemu instruktorowi warsztatów rękami drugiego), remont połamanych tapczanów itd.
W pewnym momencie narodziła się rywalizacja między klasami a w klasach między uczniami, o prym w ilości zatrudnionych nauczycieli, instruktorów, wychowawców czy personelu administracji szkoły, do wykonywania przeróżnych czynności niby zleconych przez dyrektora. Co chwilę było głośno o następnym wyczynie ucznia z jakiejs tam klasy. Oczywiście byli tacy profesorzy, których do śmiechu doprowadziłoby powoływanie się na samego nawet ministra. Ale ci byli na szczęście w mniejszości. W piątej klasie, przez moment byłem w czołówce szkoły, bo z notesem i długopisem chodziłem w chwilach wolnych, pod warsztaty szkolne, gdzie trwała budowa pchacza ,,Bizon". Tylko pierwszy raz szefowi tej budowy powiedziałem, że przysyła mnie dyrektor z pytaniem jak postępują prace? Później ile razy się tam pojawiałem (trzy) sam mi opowiadał co się już dokonało a co będzie zrobione w najbliższym czasie i jak. Stopień ryzyka wpadki, konsekwencje tejże i wreszcie pomysł tej akcji pozwolił mi cieszyć się pierwszeństwem w tych idiotyzmach przez miesiąc.

Staszek Szczepański.
#1 | zuzanna dnia 28.08.2007 16:56
Czytałam te opowiadania rok temu i czytam teraz z takim samym skutkiem, płaczę ze śmiechu, nie widzę, co czytam, więc czytam jeszce raz, płaczę i ....Boże, Staszku, to powinna być LEKTURA OBOWIĄZKOWA w szkołach, jak Gombrowicz!!!

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 100% [1 głos]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [0 głosów]
Dobre Dobre 0% [0 głosów]
Średnie Średnie 0% [0 głosów]
Słabe Słabe 0% [0 głosów]
  PRchecker.info Free counters!