Szalona ewakuacjaDrukuj

69 lat temu, pod dowództwem Józefa Polkowskiego, pracownicy wzgórza wawelskiego, żeglugi rzecznej i lubelscy chłopi uratowali arrasy jagiellońskie i inne skarby Wawelu. "Szalona ewakuacja" poprzedziła wielką odyseję: miała ona trwać 21 lat!

Zbigniew Święch

Ostatnie dni sierpnia upływały w wielkiej nerwowości wokół przygotowań do ewakuacji wawelskich zbiorów. Architekt i asystent prof. Adolfa Szyszko-Bohusza Józef Aleksander Krzywda-Polkowski, wyznaczony do roli komendanta obrony Wawelu, od początku uważał, że zbiory pilnie trzeba spakować do specjalnych skrzyń, szczególnie dbając o właściwe zwinięcie arrasów. Jeszcze 30 sierpnia Kancelaria Cywilna Prezydenta RP zapewniała zatrudnionego na Wawelu Stanisława Taszakowskiego, iż żadnej wojny nie będzie, ale Polkowski uparł się z tym pakowaniem, a poparł go sam Szyszko-Bohusz.

Została Wisła

Gdy wybuchła wojna i zaczęły się naloty na transporty kolejowe, samochodowe oraz tłumy cywilnych uciekinierów, gdy uciekł już 2 września wojewoda Józef Tymiński, a w ślad za nim komisaryczny prezydent Krakowa Bolesław Czuchajowski - nie było na kogo liczyć. Od wczesnego rana 3 września Polkowski z Taszakowskim szukali środków transportu do wywiezienia skarbów narodowych. Na kolei powiedziano, że stacje są zbombardowane, wojsko nie miało ciężarówek na przewiezienie nawet (sic!) drukarni Dowództwa Okręgu Korpusu... W tej sytuacji pozostawała jedynie droga wodna. Polkowski polecił pracownikom znosić skrzynie do sieni zamku na parterze, aby były gotowe do załadowania. Szyszko-Bohusz i Taszakowski uzgodnili, że Józef Polkowski będzie komendantem transportu, mimo iż pojedzie z nim kustosz zbiorów, dr Stanisław Świerz-Zaleski. Ten ostatni początkowo odmówił, tłumacząc się pobytem żony w Zakopanem oraz tym, że Niemcy są wysoko kulturalnym narodem i po nasze skarby nie sięgną, gdyż mają swoich pod dostatkiem. Przymuszany, niechętnie, się zgodził.

Szwabom nie oddamy!

Początkowo chciano płynąć tylko do Sandomierza, a potem droga prowadzić miała do Jarosławia. O szesnastej zbiory były spakowane, woźni z rodzinami gotowi, ale transportu nie było. Narastała nerwowość po niedawnych nalotach hitlerowców. Około siedemnastej dyrekcja żeglugi przekazała wiadomość, że w przystani na Wiśle w Podgórzu jest galar węglowy przeznaczony do załadowania bezcennego transportu. Godzinę później nadjechał mały traktorek z przyczepą, używaną do przewozu gnoju. Kilkakrotnie nawracał, aby do podgórskiego portu nadwiślańskiego dowieźć liczne skrzynie.

Gdy Polkowski zjawił się na przystani, a była już dziewiąta wieczorem, obok swoich ludzi przy skrzyniach zobaczył pusty galar na Wiśle, bez obsługi. Woźnym kazał wnosić skrzynie, a kierowcy traktorka szukać załogi galaru. Galarowy początkowo opierał się przed podjęciem rejsu, bo dwie doby przepracował bez snu, ale gdy się dowiedział, co ten transport zawiera, nie wahał się i zawołał do swego piętnastoletniego pomocnika: - Antoś! Wyśpimy się na tamtym świecie, a skarbów wawelskich szwabom nie oddamy.

Skarby w wiklinach

Galar z niezwykłą zawartością odbił od krakowskiego brzegu punktualnie o godz. 22 dnia 3 września. Jak wspomina Polkowski, "Powierzyliśmy los skarbów wawelskich i nas samych rękom zupełnie nieznanego człowieka - galarowego i kaprysom wiślanej fali. Było nas na tym galarze ogółem 82 osoby, w tym 21 kobiet i dzieci, 32 mężczyzn i 5 wyrostków. Do galarowego od razu nabrałem zaufania. Nazywał się Franciszek Misia, a jego młodziutki pomocnik - Antoni Nowak".

Galarowy powiedział zaraz po wypłynięciu, że mus to mus, ale bez pomocy holownika lub choćby motorówki daleko nie dopłyną, bo Wisła po suchym lecie bardzo mała. Szef transportu wszystkich dorosłych mężczyzn podzielił na cztery grupy, aby popychali galar drągami. Zbyt słaby był prąd rzeki. Ciągle widzieli klucze nieprzyjacielskich samolotów, które atakowały drogi i tory kolejowe. Zdarzało się jednak, iż nadlatywały nad Wisłę - wtedy trzeba było kryć galar w wiklinach. Trzeba też było dodatkowo przykryć skrzynie maskującymi gałązkami wikliny.

Pomógł "Paweł"

Minąwszy Niepołomice i Nowe Brzesko, o szóstej rano galar dopłynął 5 września do Nowego Korczyna. Kiedy Polkowski z kolegami robili zakupy żywnościowe, Luftwaffe bombardowało most na Wiśle. Pod wieczór, dzięki interwencji przepływającego obok dyrektora żeglugi inż. Bielańskiego - statek "Paweł" z Puław, dowodzony przez kapitana Mariana Śliwińskiego, wziął na hol bezcenny galar; była godzina osiemnasta.

Kiedy 7 września załoga Polkowskiego dopłynęła do Sandomierza, okazało się, że wszystkie urzędy łącznie z pocztą zostały ewakuowane, zaś dworzec kolejowy zbombardowany. Nie było nadziei na pociąg, który mógłby dowieźć skrzynie do Jarosławia. Niemcy bombardowali mosty; Polkowski podjął decyzję płynięcia dalej, ku Kazimierzowi nad Wisłą.

Pod bombami

W Sandomierzu - jednego dnia - pasażerowie galaru wawelskiego byli świadkami 19 nalotów. "Paweł" ciągnął ich bliżej prawego, jeszcze niezajętego brzegu Wisły. Gdy nadlatują niemieckie samoloty, holownik wraz z galarem wpływa w wikliny i szuwary, a Polkowski - dla dodania odwagi - rozlewa mężczyznom po kieliszku wódki, zakupionej po usłyszeniu radiowej wiadomości, że oto Anglia i Francja przystępują do wojny, aby nieść pomoc zdradliwie napadniętej Polsce.

9 września "Paweł" przyciągnął galar z narodowymi skarbami do łachy wiślanej w Kazimierzu Dolnym, a kapitan statku Marian Śliwiński otrzymał odpowiednie zaświadczenie i podziękowanie od Polkowskiego i Świerza-Zaleskiego. Dalej już płynąć nie było można i nie zamierzano. Trzeba było szukać pomocy w Kazimierzu.

Cud na drodze

Mężem opatrznościowym okazał się naczelnik poczty - Leopold Pisz. Miał, co prawda, polecenie, aby w tym dniu ewakuować swój urząd, ale zdecydował się zostać i pomóc misji wawelskiej.

W Kazimierzu Józef Polkowski pożegnał wawelskich kościelnych oraz woźnych (poza czterema samotnymi) - nie byli już potrzebni w dalszej drodze. W przystani zimowej na wysoki brzeg wyładowano paki.

10 września przysłano dwanaście chłopskich furmanek. Błyskawicznie załadowano skrzynie, by po godzinie dojechać do wsi Bochotnica. Udało się woźniców uprosić, aby jechali dalej.

W Celejowie wójt, widząc zajeżdżające przed urząd podwody - zabronił im tam stawać i krzycząc, kazał jechać dalej; Polkowski w głębi duszy błogosławił decyzję wójta. Koło godz. 15 konwój chłopskich furmanek przeżył momenty grozy: gdy jechano bezdrzewną drogą, nadleciały niemieckie bombowce w eskorcie myśliwców. Jeden z samolotów oderwał się od klucza i zniżył nad sznur podwód pełnych skarbów... Woźnice zatrzymali konie, a wszyscy rozbiegli się po kartofliskach. Samolot przeleciał bardzo nisko, nie czyniąc szkód... Po niemalże cudownym ocaleniu na Wiśle kolejny cud na drodze.

Zespół woźniców z Kazimierza Dolnego dojechał aż do wsi Karmanowice, czyli 28 km. Tu wyładowano skrzynie na małej polance w środku lasu, przykrywając je gałęziami. Woźniców Polkowski zwolnił, dając sute napiwki po wiadomości, że podsołtys pomoże w przechowaniu, i dając kolejne podwody.

Z Wąwolnicy do Kanady

11 września rano szukano pomocy w pobliskiej Wąwolnicy. Okazało się, że uroczy i troskliwy naczelnik kazimierskiej poczty Leopold Pisz nawiązał kontakt ze starostwem w Nałęczowie, potem pojechał kurier motocyklem do Lublina, przekazując wieści o konnej wyprawie skarbów wawelskich. To naczelnik Pisz podał dalszy kierunek jazdy na Wojciechów i przysłał trzynaście furmanek. Ruszono do Wąwolnicy i dalej, do Wojciechowa.

Około osiemnastej przybył specjalnie wysłany rotmistrz z Lublina, aby zawiadomić konwój Polkowskiego, że wojskowe samochody przyjadą o czwartej rano. Przed północą po pokonaniu oporów komendanta policji zajechały wozy konne, którymi dostarczono bezcenny ładunek do Tomaszowa, gdzie na bocznej drodze oczekiwały trzy warszawskie autobusy i ciężarówka ford.

Dalsza podróż samochodami, a potem statkami - to trasa przez Zamość i Kuty do Rumunii, Francji, Anglii i Kanady. Arrasy wawelskie (po 21 latach nieobecności) powróciły na Wawel, triumfalnie witane, na początku roku 1961.


Fragment nowej książki Zbigniewa Święcha "Tryptyk jagielloński", która ukaże się jesienią br.
Zródło Dziennik Polski 10/09/2008
#1 | Adam Reszka dnia 10.09.2008 23:49
Tekst trafnie wychwycony przez pana Zbyszka Siedlarza - naszego niezawodnego "Koja". Na uwagę w treści artykułu zasługuje flisak-galarowy Franciszek Misia, nasz starszy brat z Rzeczypospolitej Rzecznej, patriota prawdziwy, który historii nie "pisał", lecz ją autentycznie tworzył.

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
  PRchecker.info Free counters!