Dziennik MarianaDrukuj

Marian nie zdążył...

Wrocław, ostatni dzień czerwca 2007 r. godzina 20:00 , Bal Absolwentów. Sala wypełniona już prawie po "brzegi".

Nagle pojawia się Marian Kosicki w towarzystwie Pani prof. Kędzierskiej. Pozdrawiamy się kiwnięciem ręki. Siadają przy stoliku nauczycielskim. Po chwili Marian podchodzi do mnie i pyta:

- Masz miejsce dla mnie ?
- Oczywiście dla Ciebie jest zawsze miejsce przy moim stoliku - uśmiecham się podając mu rękę na powitanie.
- Proszę Państwa - zwracam się do swoich biesiadników - pozwólcie, że Wam przedstawię największego Kapitana Wielkich Parowców - uściski dłoni i wybuchamy wszyscy radosnym śmiechem. Grzesio F. i Mietek P. nalewją pełne puchary a Henio K. podje zakąskę.

- Na zdrowie Panie Kapitanie - pada pierwszy toast
- Chłopaki , ale tylko do pół masztu proszę - protestuje Marian.



Siadam bliżej i zaczynamy rozmowę.

- Byłeś trochę zdenerwowany występując w auli ? - zapytałem
- A jak tu nie być zederwowanym - poruszył sią mój rozmówca.
- W internacie mówią - masz 10 min. na wystąpienie, w auli 10 min, przed wejściem na scenę 10 min... To co ja miałem opowiedzieć przez te 10 min. ?
- K..... nawet o parowcach nie zdążyłem opowiedzieć - szeptał mi do ucha próbując przekrzyczeć orkiestrę.
- Nie ma sprawy opowiadaj teraz - odpowiedziałem podobnie jak On przekrzykujęc gwar sali balowej.
- Wiesz co Józek ? - spojrzał na mnie swoimi lekko załzawionymi oczami i pochylił się wyjmując coś z teczki.
- Przyniosłem to specjalnie dla Ciebie - powiedział wręczając mi skoroszyt.
- Przeczytaj i przekaż innym kolegom, to jest część mojego życia...

Uścisnąłem mu dłoń.

- Dzięki Marian poczytam z największą przyjemnością - powiedziałem szczęśliwym głosem.

Nie przypuszczałem, że było to moje ostatnie spotkanie z tym Wielkim Człowiekiem, Kapitanem ery parowców, która zapisała się złotymi zgłoskami w historii polskiej żeglugi. Marian Kosicki był jednym z najwiąkszych jej Bohaterów, a teraz przekonajcie się o tym sami.

Józek Węgrzyn


----------

Walka na przemiałach.

To był rok 1959, rok po ukończeniu służby wojskowej w Marynarce Wojennej. Przed wojskiem byłem już sternikiem na "Żywii", a to w tych łatach było coś(!) wobec "goroła", jak nas nazywali autochtoni. Otrzymałem przydział na "Dażboha", wreszcie by trafić na "Perkuna". Funkcja wysoka, mimo to jakaś swoboda i trzeba powiedzieć beztroska. Nie wiem z jakiego powodu zacząłem robić te zapiski. Jeżeli zdarzało mi się coś pisać, to wyrywkowo, naprawdę wyjątkowo. Ten zapis, na szczęście, jakoś się zachował. Ołówek zaczyna się zacierać, trudno odczytywać kartki, więc postanowiłem przepisać. Jest to wierny zapis, a ewentualne korekty, czy komentarze zamieszczone są w klamrach. Ale żeby jednocześnie znaleźć zdjęcia z tego zapisu, to graniczy już z niebywałym zbiegiem okoliczności. A wszystko to przez przeprowadzkę.

Dobrze pamiętam, jak na Odrze granicznej barki często "przycierały". To było poniżej ujścia Warty. Bywało, że aby przejść przemiał, jedną barkę ściągało się cały dzień. Ale konwoje szły do przodu. Powyżej Warty odetchnęliśmy.

Jak mogliśmy przypuszczać, że prawdziwa robota zacznie się trochę później. Ta szkoła pozwalała mi spokojnie wykonywać manewry w bardzo skomplikowanych sytuacjach. Chwała Panu za te ciężkie roboty!

4 września. Krosno Odrzańskie.
Odprawa graniczna w Miłowie[km 535,00]. Nareszcie skończyły się piaski dolnego odcinka Odry [przez które musieliśmy z trudem godzinami przeciągać barki]. Tak, ale teraz będzie najgorsze. Wchodzimy do portu [km 512,60] Bardzo niski stan wody i spodziewamy się [długiego] postoju z tego powodu. Oznacza to koniec naszych zarobków. Cóż, trzeba pogodzić się z losem, bo tylko tak możemy nazywać to co nas spotyka w pracy. Ejże, czyżby? Ano zobaczymy.

15 września. Krosno Odrzańskie.
Stanęliśmy 5-ego i Z. [kpt. Tadeusz Zieliński] pojechał na urlop. Konserwacja na ukończeniu, więc i ja wyrywam. Proszę o wypoczynkowy [choć i tak będę na statku] by ratować zarobki za ten miesiąc. Razem z nami stoją kolejno od wejścia: "Drawa " [Feliks Blachowski], Mieczysław [Rysiek Masłowski - bosman, przy opuszczaniu portu kapitan], "Kędzierzyn" i "Perkun". Cały basen zapchany barkami.

18 września, Wrocław.
[Nocuję w Domu Marynarza na Osobowicach]. Przyjeżdża Edek [Kasicki, mój brat stryjeczny]. Wraz z Romkiem [Radziałowskim], a później z Billem [Władkiem Telusem] robimy straszne eskapady. Dowody są w postaci zapisków i zdjęć [w innym dokumencie].

7 listopada. Krosno Odrzańskie.
Dostaję zawiadomienie, że 11 bm. odbędzie się egzamin [na patent kapitański]. Tyle czasu czekałem na tę chwilę z niecierpliwością. Przygotowywałem się solidnie, ale kto wie co z tego wyjdzie. Boję się strasznie.

10 listopada. Wrocław.
Jestem strasznie zdenerwowany. Odwiedzam [dalekich] kuzynów. To mnie troszkę uspokaja. Dają mi zastrzyki kofeiny [do wypicia]. Jeden wezmę około godz. 20, bo Romek [Radziałowski], Władek T. [Telus], Rysiek M. [Masłowski] i Romek [Basista] postanowili ukryć się bodajże przez całą noc. [Władek, jako mechanik i bez odpowiedniego stażu nie miał nic wspólnego z egzaminem]. Zastrzyk ma odpędzić senność. Po drodze postanawiam zajść do mojej panienki. [? niejasne]. O nieszczęsny! Już stąd nie mam wyjścia. Nie mogę zasnąć. Egzamin, ten egzamin nie daje mi spokoju. Aby odpędzić te myśli zaczynam fantazjować. Jasna noc, księżyc wpada jasną plamą na podłogę. W kącie biały, kaflowy nieć. Tak nowstaie cała akcia "Jesień"[?].

Foto. Bosman Irek wszedł na chwilę do pomieszczeń rufowych, aby się trochę ogrzać i zapalić spokojnie papierosa. Całym zajściem nie przejmuje się kucharz Władek (uczestnik walk o Kołobrzeg)

11 listopada, wrociaw.
Egzamin. Z praktycznego otrzymuję dobry, co muszę zawdzięczać panu K. [Kocikowskiemu]. W sposób, jaki to robił, dawał do zrozumienia, że pamięta doskonale sprawę "Dażboha". Ja zapomniałem. To są dwie rzeczy, które należy zapamiętać, by odwdzięczyć się panu K. [To jest taka historia, że jako główny nawigator zdjął mnie z "Dażboha" bez przesłuchania mnie na podstawie wniosku kpt, Kały. W moich aktach pozostał wniosek i decyzja. Można mnie było nie dopuścić do egzaminuj Teorię zdaję na b. dobrze. Ogólny wynik b. dobry. Kapitan bez ograniczeń
[odnosiło się tylko do mocy maszyn, ałe tylko na parowce, bo taki miałem staż pływania]. Razem ze mną zdają m.in. Rysiek Masłowski, Roman Radziałowski, Władek Flak (już Kaczorowski), Romek Basista. Bar Rybny. Komandor W. [Wróblewski] jest wspaniały ze swoją fajką. Ale przyzwyczaił się gość do tego rodzaju imprez. Przyjmuje, jako normalna należność.

18 listopada. Krosno Odrzańskie.
Przychodzi rozkaz rozpalania kotłów. Nie podoba mi się cała impreza choćby z tego powodu, że wody dopiero się spodziewają.

20 listopada. Krosno Odrzańskie.
Barki sana Odrze. [Wyprowadzał "Mieczysław" pod Ryśkiem Masłowskim] Szkoda mi odjeżdżać, bo ciocia i panowie oficerowie są w porządku. [Ciocia, to Tereska z kiosku warzywniczego + wino marki wino , jej mąż oficer i jego koledzy, później w pułku Brzeg i Gorzów Wlkp.]

21 listopada. Krosno Odrzańskie.
Wrócił Z. [kpt. Zieliński] i jest kompletnie zalany. Idzie spać. Wychodzimy na Odrę i podajemy hol. Barki leżą na piasku. Szarpanie bez skutku. Po obiedzie Z. znowu zasypia. Teraz ja zdaję swój egzamin kapitański, egzamin życiowy. Ściągam barki z mielizny i formuję pociąg holowniczy już o zmroku. Wieczorem idziemy z Billym [Władkiem Telusem] do ciotki. Jest cudnie, choć mąż [por. WP - saper] jest strasznie zazdrosny. Odprowadzają nas na brzeg o godz. 2.00

22 listopada. Krosno Odrzańskie.
Ruszamy. Potwornie ciężka trasa. Km 501 [poniżej uj. Grażynki] barki siadają na mieliźnie. Ściągamy do wieczora.

Foto. Holowane barki utknęły na mieliźnie w km 496 poniżej Bendowa. Ściąganie nie odniosło skutku. H/P Perkun poszedł do Cigacic po bunkier 46 ton węgla i wraca do barek. Odrą płynie śryż.

23 listopada.
Ściągamy w dalszym ciągu, bez skutku. Kończy się węgiel. Puszczamy hol i sami siadamy na mieliźnie. Po raz pierwszy wywozimy linę. Udaje się nam ściągnąć. Lecimy luzem do Cigacic [km 470,80] po bunkier. Co kilometr siadamy, co 100 m docieramy. Chwilami szybkość na pół mocy wynosi 2 km/godz. Cały czas steruję. Do portu wchodzimy o godz. 18 przy reflektorze.

24 listopada, Cigacice.
Do południa bunkruje "Kędzierzyn", my po południu bunkrujemy 46 ton.. Wieczorem idę z Długim Władkiem [Telusem] do świetlicy na bridża [!?].

25 listopada, Cigacice.
Stoimy z powodu choroby I mechanika [Karol Rybczyński]
.
26 listopada.
Idziemy do barek. O godz. 13.00 na kilometrze 489 wsiadamy na przemiale. Wywozimy liny, ustawiamy się do zendrowania. Tylko to możemy zrobić.

27 listopada.
Niespokojna noc, ale wyzendrowało nas ślicznie. Ruszamy dalej, by po 50 metrach dalej, przy drugim brzegu usiąść na mieliźnie. Szybko udało się nam zejść, ale za chwilę kotwiczymy z powodu mgły. Godz. 13.00 km 496 [poniżej Bendowa km 495,00] na dalszym przemiale siadamy tak fatalnie, że przy burcie mamy w niektórych miejscach 40 cm wody. Sami nie damy rady. Liny nic nie pomogą nawet przy ciągnięci przez dwie windy.

Foto. Oznaki zimy widać na pokładzie i szalupie.

28 listopada.
To samo.

30 listopada.
Wieczorem przychodzi z dołu "Swarożyc" idąc po bunkier do Cigacic. Dajemy mu trochę węgla. Ściąga nas.

1 grudnia.
Przechodzimy jego trasą. Niestety. Co udało się jemu bez bunkra w górę nie udaje się dla nas dół.

2, 3, 4, 5, 6, 7, 8 grudnia.
Ludzie są świnie. Co się źle dzieje, to są sobie sami winni. Kap. [Kapłon] i Sob. [Sobiegraj] wydedukowali, że przejdą z barkami. Wszystkie holendry co miały stać w Krośnie za przykładem ruszają. Na km 497 siadają barki "Kupały', później innych "Dażboha" i "Łady", się szarpią. Kończy się im bunkier. Wszystkie z trudem przy pomocy lin przeciskają się przez przemiał pozostawiając barki. Biorą od nas po trochu węgla. (We Wrocławiu powiedzą, że "Perkun" celowo nie chce zejść). Po zabunkrowaniu "Kupała" siada 100 m poniżej nas, "Swarożyc" na 497. Idący w górę "Trygław" próbuje ściągnąć "Kupałę". Kładzie się jednak na poprzek. Płynie gęsta kra sryżowa. Zatrzymuje się na jego burcie. Przygniata. 8 grudnia bierzemy go na hol, naprostowujemy i później razem ściągamy "Kupałę". Słabo u nas z węglem. Postanawiamy napuszczać się rufą do barek. Tuż za rufą "Kupały" siadamy i wpadamy dziobem na główkę.

Foto. W kilometrze 491 siada na mieliźnie i kładzie się w poprzek koryta Odry. Na prawą burtę napływa śryż.

9 grudnia.
"Trygław" śrubami wymulił "Kupałę" i poleciał po bunkier. Z główek wyciąga nas "Kupała". Ponownie próbujemy napuszczać się rufą. Bez skutku. Kończy się węgiel. Z|nowu idziemy po bunkier. Na 490 {poniżej mostu w Nietkowie] tuż koło leżącego na poprzek "Trygława" siadamy, ale za chwilę jakoś przepychamy się dalej. Powyżej mostu kotwiczymy. Jest godz. 17.30. Idziemy do Nietkowic prawie całą załogą. Kazik Bułka - stary saper chodzi krokiem defiladowym. Dużo wina.

10 grudnia.
Cały dzień ściągamy się nawzajem z "Trygławem". Płynie gęsty śryż. [Uwaga, fotografie!]. Przechodzimy pod mostem kolejowym w Mietkowicach. "Trygław" powyżej mostu siada na mieliźnie. Podczas ściągania się schodzi z mielizny, ale rzuca go między główki. Wreszcie schodzimy i idziemy do barek. Przez przemiał na 496 w dwa holowniki przeciągamy barki. Śryż przestaje płynąć. Nie możemy iść dalej. W tym miejscu dwa dni temu leżał "Kupała". Bez skutku próbujemy się przebić. Postanawiamy czekać do jutra. BM-5009 z jedną barką na holu próbuje przejść. Barka siada. Podajemy jej hol. Nie idzie. Jutro będzie dużo roboty.

Foto. Po lewej burcie nazendrowało piachu. Głębokość wynosi ok. 30 cm. Naj sondą okazał się II mechanik Władek Telus. Widoczny powyżej mostu kolejowego "Trygław", który podczas ściągania z mielizny został rzucony między ostrogi.

11 grudnia.
Ściągamy barkę BM-ki. Dochodzi "Łada" i we dwójkę ściągamy. Z kolei my pożyczamy węgiel. Barka schodzi. "Łada" idzie w dół, mu w górę. Bodajże w jednym czasie siadamy. Obu ściąga "Dażboh". Po zabunkrowaniu nocą idziemy do barek. Stan wody wyraźnie się podniósł.

12 grudnia.
Idziemy w górę. Kotwiczymy barki poniżej mostu [w Cigacicach, km 470,70], a sami idziemy do portu [w Cigacicach]. Ruch [centralna dyspozycja] podaje sytuację i prognozę hydrologiczną i daje nam wolną rękę. Po naradzie z "Trygławem" decydujemy się ruszać natychmiast. Kapitan daje mi też wolną rękę. \po tern będzie trochę w sterówce i pójdzie do swojej kajuty] O godz. 22 wychodzimy z portu. Karol [Rybczyński - mechanik] był przeciwny. Władek [Telus] mówi, że może być w maszynie nawet całą noc. Kiedy po północy przychodzi do sterówki mówię mu, że będę na sterze dopóki wytrzymam. Przychodzi jeszcze kilka razy. Kiedy jest już widno każę budzić kapitana.
[na tym notatki się kończą, choć przypominam sobie, jak było dalej]

Marian Kosicki 1959, EPIZOD W ŚRYŻU

#1 | koj dnia 18.09.2007 15:15
Może ktoś ma talent do pisania książek i napisałby książkę o pracy marynarza śródlądowego? Książek o tematyce morskiej jest masa, natomiast o rzecznej...dlatego te wspomnienia są bardzo cenne. Trzeba poważnie pomyśleć nad wypromowaniem kultury rzecznej ( filmy,obrazy, książki itp.) dobrze ,że istnieje ta strona która stara się wypełnić tę lukę.
#2 | Misiek Vb71 dnia 18.09.2007 17:11
Piękny dziennik. Z prawdziwą przyjemnością, w nostalgiczny czas kolosów z maszynami parowymi, pomagający wyobraźnię przenieść. Niemal poczuć chłód Odry, pokrytej śnieżnymi kołami śryżu. Spróbować przypomnieć sobie, zakola rzeki między Cigacicami a Krosnem. Wzbogacony stylowymi zdjęciami. Niestety, znajomo brzmiące nazwiska, już nie potrafię skojarzyć z twarzami. Oczywiście poza Radziałowskim. Gdybyś miał jeszcze, taki "most w przeszłość", to stawiaj go, Skipper. A za ten- serdecznie dziękuję.
Kazimierz Tomaszewski
#3 | zuzanna dnia 19.09.2007 00:57
To niezwykłe przeżycie, kiedy po tylu latach tropienia już tylko śladów PERKUNA - pięknego niegdyś HOLENDRA sprowadzonego do Polski przez mojego Tatę - odnajduję go nagle w grudniu 1959 roku , ( Tata odszedł w 1955 ), żywego, w pełni sił, uparcie walczącego z mielizną, mgłą i krą śryżową podczas morderczej przeprawy barek na Odrze.
Nie wyobrażałam sobie, nie miałam zielonego pojęcia o tym, jak ciężka, niebezpieczna a i często nie znajdująca zrozumienia u tych zza biurka: ( "We Wrocławiu powiedzą, że PERKUN celowo nie chce zejść" ),była praca LUDZI RZEKI.
Od dzisiaj już wiem. A wszystko dzięki tym zapiskom "na żywo", "na gorąco" dokonanym przez KAPITANA MARIANA KOSICKIEGO.

Dziennik ten powinien dać początek książce O MARYNARZACH ŻEGLUGI ŚRÓDLĄDOWEJ, jak słusznie sugeruje koj. Zasługują na to.
Dzięki, Józku.

.
#4 | zuzanna dnia 19.09.2007 20:51
KAPITANIE NASZ, osobne słowa uznania i podziękowania za tak celnie wkomponowane zdjęcia ilustrujące te dramatyczne wydarzenia.
JESTEŚ PROFESJONALiSTĄ - w każdym calu!Pfft
#5 | 5 dnia 21.09.2007 12:25
Dziękuję Wszystkim za miłe komentarze do "Dziennika Mariana".
Miał to być pierwszy z "mostów" do historii żeglugi widzianej oczami Mariana.
Miał On kilka projektów, które realizował wcześniej w biuletynie "Prosto z pokładu" i chciał je zamieszczać również na naszym portalu.
Przypomnę, że już kilka miesięcy wcześniej ukazał się artykuł pt. "HP Łada w Lubiążu" autorstwa Mariana zamieszczony przeze mnie a opracowany przez Andrzeja.Taka współpraca była planowana dalej....
Możliwe, że uda mi się jeszcze coś dostać od Pani Urszuli / ostatniej małżonki Kapitana Kosickiego /, ale to już nie będą zapewne opracowania o których rozmawialiśmy na ostatnim Zjeździe Absolwentów.
Pozdrawiam Miśka i będę "budował" dalej te "mosty" do historii. Cool

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 86% [6 głosów]
Bardzo dobre Bardzo dobre 14% [1 głos]
Dobre Dobre 0% [0 głosów]
Średnie Średnie 0% [0 głosów]
Słabe Słabe 0% [0 głosów]
  PRchecker.info Free counters!