Mój Przyjaciel - MykDrukuj

Był już koniec lata 1977 r. Zacumowaliśmy statkiem szkolnym "Westerplatte II ", na którym byłem bosmanem przy śluzie Opole.Miałem właśnie wachtę "oficera dyżurnego" kiedy podpłynęła do naszej burty motorówka inspekcyjna Zarządu Odrzańskiej Drogi Wodnej. Wysiadło z niej trzech Panów i poprosili o rozmowę z kapitanem Józefem Bąkiem. Zostali u nas na obiedzie i wtedy poznałem własnie naszych starszych absolwentów Panów Zdzisława Mordala i Mariana Kosickiego. Marynarskie opowieści przeciągneły sie do późnych godzin nocnych.

Marian był doskonałym gawędziarzem. To co wówczas od niego usłyszałem pozostało pamiątką na całe moje życie. Nigdy nie widziałem pociągu holowniczego ciągnionego przez wielkiego, parowego "holendra", a Marian tak o tym opowiadał, że przed moimi oczami wyobraźni przejeżdżał jeden po drugim. "Perkun", na którym służył razem z innym naszym absolwentem - Władkiem Telusem - stał się dla mnie symbolem tej przepięknej żeglugi.

Prawie 30 lat później dowiedziałem się na naszej stronie internetowej, że "Perkuna" sprowadził z Holandii kpt. Ignacy Przystasz, ojciec pani Zuzanny K., autorki książki pt. "Przelotna wdowa", która opisała swojego Ojca właśnie tutaj - na naszej stronie.

Dowiedziałem się, że Marian Kosicki był najpierw absolwentem z 1953 r. Elbląskiej Szkoły Szturmanów.
Na III Zjeździe Absolwentów w 1987 r. protestował, że Jego Szkoły nie wymieniono w folderze zjazdowym.
Skończył zaocznie nasze TŻŚ pracując na wielkich odrzańskich parowcach. Później - jak to żartobliwie powiedział - założył się o pół litra z kolegami, że skończy wyższe studia i zakład wygrał. Został magistrem inżynierem hodrologii i budownictwa wodnego.

Minęło wiele lat, był rok 1987. Byłem już kapitanem i pracowałem na pchaczu portowym. Marian był w tym czasie kierownikiem działu inwestycyjnego w PP "Żegluga na Odrze". Odbywały się wybory do Rady Pracowniczej i Marian pomagał nam w sprawach organizacyjnych. Wiedział, że w firmie źle się dzieje i "podrzucał" nam konkretene informacje w tym temacie. Zostałem wybrany w skład Rady. Chcieliśmy odsunąć od "władzy" ówczesne kierownictwo firmy.

24 maja brałem udział w akcji ratowniczej na jazie Rędzin. Pchacz, którym dowodziłem "przeleciał" w skutek nieprzemyślanego manewru jednego z kolegów przez ten jaz i zatonął poniżej. Przypisano mi winę i podano do wiadomości fakt poważnego uszkodzenia jazu, grożącego jego zawaleniem. Dwa tygodnie później zostałem zwolniony dyscyplinarnie z pracy. Wtedy właśnie do "akcji" wkroczył Marian Kosicki. Powiedział, że są to bzdury i powołał własnych ekspertów z Politechniki Wrocławskiej, którzy zbadali stan techniczny jazu Rędzin. Uszkodzona była tylko drewniana przepławka dla ryb. Jego ekspertyza znalazła się na biurku prokuratora, a później na wokandzie sądowej. Zostałem uwolniony od zarzutu uszkodzenia tej budowli wodnej.

Marian swoją postawą naraził się dyrekcji firmy i nie miał już "łatwego życia" do końca kadencji, a ja nie widząc już swoich zawodowych szans w Polsce wyjechałem, a może - jak to mówiono - "uciekłem" za granicę.

Korespondowaliśmy z Marianem i przekazywał mi wiadomości o sytuacji w firmie i kraju. W następej kadencji Rady Pracowniczej wszedł On w jej skład i doprowadził do odwołania dyrekcji. Bardzo ucieszyła mnie ta wiadomość i pogratulowałem swojemu starszemu Koledze jego odwagi i determinacji w działaniu.

Spotkaliśmy sią ponownie w 2002 r. na IV Zjeździe Absolwentów. Wiadomu już było, że Szkoła ulegnie likwidacji, ale Marian "walczył" o nią dalej. Nie mógł się pogodzić z faktem niszczenia "kultury odrzańskiej", której symbolem była nasza Szkoła.

Zaprosiłem Mariana na 30-lecie Matury mojej klasy Vd / 1975 r. Zorganizowaliśmy w 2005 r.spotkanie koleżeńskie na pokładzie "Vikinga" w Darłówku, którego współwłaścicielem jest mój Przyjaciel Irek Stawiany. Marian przyjechał tam takżejako przedstawiciel "Bractwa Mokrego Pokładu". Napisał później piękny artykuł i zamieścił go w biuletynie "Prosto z pokładu", którego był naczelnym redaktorem.

Był jednym z nas i nie traktował nas jak młodszych kolegów, ale jak partnerów. To było wspaniałe spotkanie z historią polskiej floty, którą przedstawiał nam w swoich interesujących opowieściach. Otrzymywałem regularnie od Niego biuletyn, jaki wydawał na Politechnice Wrocławskiej. Pisał nie tylko fachowe artykuły, ale również zabawne, krótkie felietony podpisując je "Myk". Były to prawdziwe historie z życia ludzi żeglugi.

W ubiegłym roku założyliśmy Stowarzyszenie. To właśnie dzięki niemu odbył się V Zjazd Absolwentów.
Jednym z mówców był Marian Kosicki. Wystąpił zdenerwowany, a dlaczego - opisał mi w liście po Zjeździe, cytuję :
"Czołem Józek! Telefony wystarczą do kontaktu z Zarembą. Ale w poprzednim moim wyjaśnieniu trochę popieprzyłem. Mój kuzyn nazywał się Zaręba. Wczorajszy dzień spędziłem we Wrocławiu. Odbyło się spotkanie na "mokrym pokładzie", na którym byli m.in. inż. Edmund Pająk i Ryszard Lewandowski (1959). Bardzo im się podobało. Zapytali jednak dlaczego w wystąpieniu byłem zdenerwowany (jednak niektórzy obserwują!). No bo jak nie? Dzień wcześniej w internacie - mówić tylko 10 min. Przed odsłonięciem tablicy - tylko 10 min. Po wejściu do auli - tylko 10 min. Podczas wchodzenia na scenę - tylko 10 min. O co im chodziło w odniesieniu do mnie? Mówiłem o tym wczoraj, a dziś przedstawiam Tobie. Na tym sprawę uważam za zakończoną i do niej już nie chcę wracać. Przyjdzie jednak czas, że odpłacę, nawet gdyby chodziło o 5 min. Pozdrowienia dla Małżonki.

A-hoj! Marian"

Już nie zdążył "odpłacić". Zabrakło mu tych pięciu minut, które były potrzebne, żeby nie zapomniano o wielkiej parowej odrzańskiej żegludze i jednym z jej ostatnich, WIELKICH KAPITANOW.
Odszedł na wieczną wachtę do swoich niebieskich holendrów.
Był wspaniałym człowiekiem, fachowcem i nauczycielem.

Nigdy o Tobie nie zapomnimy.
Żegnaj, MYK

Józek Węgrzyn - Skipper




#1 | zuzanna dnia 27.08.2007 12:41
Pewnie nie ja pierwsza powinnam komentować ten wzruszający felieton poświęcony wspomnieniom o KAPITANIE MARIANIE KOSICKIM.
Czynię to jednak dlatego, że należał do tych szczęśliwców, którzy mieli okazję jako ostatni pływać na PERKUNIE - pięknym parowym WIELKIM HOLENDRZE - sprowadzonym do Polski przez mojego Tatę.

Nie ma już PERKUNA, mojego Taty i KAPITANA MARIANA. Pewnie siedzą sobie teraz OBAJ tam na GÓRZE, wychylają szklaneczkę spoglądając na przepływającego po niebieskich wodach PERKUNA.

Dziękuję Ci, Skipper.

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 100% [1 głos]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [0 głosów]
Dobre Dobre 0% [0 głosów]
Średnie Średnie 0% [0 głosów]
Słabe Słabe 0% [0 głosów]
  PRchecker.info Free counters!