Z Torunia na Zalew WiślanyDrukuj

InWater z Torunia na Zalew Wiślany - Mirosław Czerny


1 lipca wróciłem z fantastycznego rejsu statkiem „Wiking” z Torunia do Krynicy Morskiej. Nie – od razu wyjaśniam – biletów nie ma jeszcze w sprzedaży. Ale nie była to „podróż za jeden uśmiech”. Uczestnicy musieli na swój udział w rejsie zapracować. Polacy, Niemcy, Rosjanie, Łotysze i Litwini. Związani z MDW E-70. Rozszyfrujmy – to Międzynarodowa Droga Wodna E-70, której rewitalizacji i turystycznemu zagospodarowaniu służy projekt InWater, sięgający od Berlina do Kaliningradu. A właściwie do Kłajpedy. Bo „urzędowo” droga ta sięga od Amsterdamu, po Kłajpedę właśnie.

Wisła od Bydgoszczy do Bałtyku jest to MDW do kwadratu – ma tędy prowadzić także E-40 od Skandynawii Wisłą a od Warszawy Bugiem na Ukrainę, po Morze Czarne i wschodnioeuropejski system dróg wodnych. Mam zasadnicze wątpliwości co do przerabiania Bugu na potrzeby ruchu towarowego, istniejącego dziś w Polsce symbolicznie - ok. 0,6 % ładunków, gdy są kraje UE, tak transportujące 10-20 % towarów i uważające transport wodny za najtańszy i najbardziej ekologiczny. Mnie wystarczy, gdyby dawnym Kanałem Królewskim mogły z Wisły i Bugu na Dniestr przepłynąć kajaki, jachty, może stateczki pasażerskie o małym zanurzeniu. Z zachowaniem urokliwej przyrody.

Niestety, jeśli między Amsterdamem a Berlinem (właściwie nieco dalej, do Odry) na E-70 jest duży ruch towarowy i turystyczny, gorzej sprawa wygląda na polskim odcinku i dalej na wschód. Projektowane są więc i budowane nowe przystanie dla statków pasażerskich, mariny dla żeglarzy i motorowodniaków, stanice kajakowe. Myśli się już nawet o specjalnych przystaniach dla „house-boat” – czyli barek mieszkalnych (turystycznych), choć ich każde pojawienie się na naszych wodach jeszcze jest sensacją. Na Zachodzie to jedna z najprzyjemniejszych form wędrówek, bez konieczności wynajmowania noclegów, leniwie, najwyżej kilka kilometrów na godzinę.

Polski odcinek E-70 zaczyna się w Kwidzynie nad Odrą, prowadzi Wartą do Santoka, Notecią i Kanałem Bydgoskim, by w Bydgoszczy wejść na Wisłę, nią trafić na Żuławy i „zahaczając” o Gdańsk Szkarpawą wpłynąć na Zalew Wiślany. Dalej jednak, na wschodnią część Zalewu, noszącego już nazwę Kaliningradzkiego, obecnie trudno przepłynąć, przez niewidzialną granicę stworzoną przez polityków. Ciekawe – gotowi są przekreślić umowy z Teheranu, Jałty i Poczdamu, jednocześnie broniąc umowy między nieżyjącym już Stalinem i Bierutem, dopuszczającej przekraczanie granicy na Zalewie tylko przez jachty i statki dwóch nie istniejących już państw, PRL i ZSRR.

Miałem nadzieję, iż zgodnie z początkowym planem dopłyniemy do Kaliningradu, nawet paszport zabrałem ze sobą, choć już kilka tygodni temu dowiedziałem się, iż nie ma na to szans. Po prostu decyzje o ponownym otwarciu Zalewu zapaść muszą nie w Gdańsku i Kaliningradzie, lecz w Moskwie i Warszawie. Cóż – może za rok dokończę trasę płynąc z Kaliningradu do Kłajpedy – a najchętniej jeszcze dalej.

Projekt InWater zainicjowany został przez Politechnikę Gdańską i koordynuje go jej przedstawiciel, prof. Adam Bolt. Uczestniczą zaś samorządy od szczebla gminnego po wojewódzki, Regionalne Zarządy Gospodarki Wodnej (kluczowe dla poprawy stanu drogi wodnej), stowarzyszenia, fundacje itd. Jest to wielki program, który można nazwać sieciowym i interdyscyplinarnym działaniem na rzecz E-70. Prowadzone są badania, opracowywane projekty przystani, poszukiwane środki na ich budowę, podejmowane starania, by zwiększyć ruch na wodzie – jednocześnie przywracając co najmniej dawne parametry głębokości i sprawności drogi wodnej, z jednoczesną ochroną zabytków hydrotechnicznych i przyrody.

InWater 2006

Rok temu odbyło się pierwsze podsumowanie w postaci rejsu studyjno – „lustracyjnego” z Bydgoszczy do Berlina. Płynęliśmy statkiem szkolnym Zespołu Szkół Żeglugi Śródlądowej w Nakle, „Władysławem Łokietkiem”.

W kolejnych miejscowościach od prezydentów i wójtów, starostów i burmistrzów dowiedzieć się mogliśmy, jak realizowany jest program budowy szeregu przystani, mających zapewnić cywilizowane warunki turystom wodnym między Odrą a Wisłą. Przy okazji pokazywali, jak bogate w atrakcje są ich miejscowości, jak ciekawy kalendarz wydarzeń. Nie tylko na wodzie i nad wodą, choć zaprojektowany w okolicach Sejmu Czteroletniego Kanał Bydgoski zbudował już pruski władca po pierwszym rozbiorze – i jest on sam w sobie atrakcją, podobnie jak śluzy na Noteci. Między Wisłą i Odrą jest ponad 30 śluz, którymi najpierw trzeba „wspinać się” w górę, by następnie stopniowo opadać aż do poziomu Odry. Wiele z nich to cuda budownictwa wodnego.

W Muzeum Puszczy Noteckiej mogłem z bliska obejrzeć ptaki, ssaki i ryby, które ze statku widzieć można tylko z daleka, nawet w świetle reflektorów w czasie nocnego rejsu. „Podkładem muzycznym” w muzeum były głosy, czasem świergocące, czasem porykujące - niestety ryby głosu nie mają. Choć dla wszystkich było też wielkim przeżyciem, gdy w Parku Narodowym Ujścia Warty co parę minut przelatywało nad naszymi głowami polskie godło – jeden z licznych tam orłów. Naocznie mogliśmy się przekonać, iż turystyka wodna jest najbardziej przyjazna dla przyrody – i przez przyrodę akceptowana. Latającym, biegającym i pływającym zwierzętom nie przeszkadzał nasz stateczek – a nawet duże barki towarowe. Ekolodzy chcą chronić przyrodę przed człowiekiem – my jednak mogliśmy zobaczyć drzewa zwalone nad Notecią przez niezgorszego szkodnika – bobry. Ze względu na słaby nurt i niewielki ruch na Noteci, konieczne jest stosowanie wodnych kosiarek – inaczej rzeka by zarosła, zaś jesienią i wiosną woda wylewałaby się na okoliczne łąki i pola, wsie i miasteczka. Sprawa jest bardziej skomplikowana i nie wystarczą nawoływania radykalnych „zielonych”, by człowiek nie ingerował w środowisko. Owszem, ciekawie widzieć żaby skaczące po wodzie, tak gęsto porosła. Lecz na takich odcinkach kapitan „Łokietka” ciągle musiał dawać komendy STOP i WSTECZ – by ze śrub odwinęły się dziesiątki kilogramów wodnych chwastów. Czy bardziej ekologiczne są jednak wędrówki piesze i „ekologicznym” rowerem, jeśli wymagają wykarczowania szlaków na lądzie? Po nas na wodzie już po chwili nie było śladu…

W jednej miejscowości reaktywowano Bractwo Kurkowe i odbudowano jego zabytkową siedzibę, będącą dziś wizytówką miasta i tętniącą życiem. Podziwiałem proboszcza, który tuż po wojnie przybył na te tereny, nie ograniczył się do murowanego kościoła i plebani, ale i odremontował stary, modrzewiowy kościół. A „przy okazji” pracy duszpasterskiej i remontowej uczy esperanta. Sam wszystkiemu nie podoła, bo w promieniu kilku kilometrów jest więcej takich drewnianych, wielowiekowych świątyń. Koło jednej z nich trafiliśmy nie na inscenizację, nie na „pokazuchę”, lecz chyba połowę mieszkańców wsi zajętych wspólnym tworzeniem dożynkowych wieńców i snopów.

W Czarnkowie odwiedziliśmy jeden z nielicznych już w Polsce małych browarów robiących „swoje” piwo. Ja lubię zapach kadzi fermentacyjnych, Dla większości nowością było poznanie procesu warzenia piwa. Rozmawiając z przedstawicielami browaru i miasta jednocześnie po łyczku próbowaliśmy świetnego piwa jasnego i ciemnego. Jedna z wersji jasnego piwa o nazwie „kolejorz” jest nieco droższa, bo zawiera odpis na poznański klub sportowy Lech - po rezygnacji ze sponsorowania ogromnej spółki piwowarskiej ten mały browar wspiera klub – za pośrednictwem wielu wiernych kibiców, którzy z powodów „patriotycznych” dziś innego piwa nie piją.

Santok chwalił się nie tylko spotykającą się tam Notecią i Wartą. Poznaliśmy historię tego tysiącletniego grodu, będącego niegdyś kluczem do zachodnich bram Polski. W stronę rezerwatu przyrodniczo-historycznego na drugim brzegu Noteci popłynęliśmy promem o ręcznym „napędzie”, poznając chyba trzecie i czwarte pokolenie promowych, którzy tu osiedlili się w 1945 roku.

Z pewnym profesorem zastanawiałem się, który z nas bardziej zazdrości malarzowi, który zamieszkał w kamiennej wieży na wzgórzu górującym nad zbiegiem obu rzek. Na pociechę dostaliśmy wydany przez gminę album reprodukcji obrazów malowanych z okien tej wieży. Zastępca wójta zaprosił na swoją motorówkę przez lata ulepszaną „tymy rencamy” – jakby można było powiedzieć jedną z polskich gwar. Wójt – chwalił się nie tylko pięknym bulwarem, ale zbudowanym obok dla turystów pawilonem sanitarnym. I odgrażał się, iż jak tylko stan wód mocniej opadnie, odkopie dawną zatoczkę, by niemal darmo stworzyć marinę dla jachtów.

W jednej z miejscowości dogonił nas wicemarszałek Wielkopolski, by pochwalić się, iż właśnie wraca z podpisania porozumienia o współpracy wszystkich województw położonych nad E-70.

W Gorzowie Wielkopolskim Jerzy Hopfer zaprosił nas na „Kunę” – odbudowany rzeczny lodołamacz, który ponad sto lat temu zaczął pracę w delcie Wisły, i nie zmieniając miejsca pracy 5 razy zmieniał banderę – od czasów cesarza niemieckiego i króla pruskiego po PRL, by zatonąć w mule, gdyż „przez nieuwagę” nie trafił do hut jako złom.

Wtedy, rok temu, na niemieckiej granicy pożegnałem się z przyjaciółmi, choć w przeciwieństwie do niektórych Rosjan nie miałem kłopotów wizowych. Wzywały obowiązki.

Ale po powrocie przygotowałem jako sekretarz jury kilka rekomendacji do Nagrody Przyjaznego Brzegu – ostatecznie nagrody przyznaliśmy między innymi gminie Santok, Jerzemu Hopferowi i jego stowarzyszeniu za wskrzeszenie KUNY, kapitanowi „Łokietka”, Grzegorzowi Nadolnemu oraz Mirosławowi Słowińskiemu za świetny przewodnik „Pętla Wielkopolska” (nagrodę tą dostał także Tadeusz Litowczenko jako współtwórca filmu o tym szlaku, co ciekawsze – przygotowanego od razu także w edycji angielskiej i niemieckiej).

Dodać należy, iż zanim jeszcze ruszył projekt InWater, zanim zaczął działalność Związek Miast i Gmin Nadnoteckich, w pierwszej edycji konkursu intuicja nam podpowiedziała, by Zespołowi Szkół Żeglugi Śródlądowej w Nakle przyznać „nagrodę nadziei”, zaś Mirosława Słowińskiego poznałem rok później - wręczając nagrodę za zbudowanie przez niego na Warcie Mariny LĄD.

InWater 2007

W tym roku, przed siódmą rano zaczęliśmy zbierać się na Bulwarze Filadelfijskim w Toruniu, by wraz z liczną reprezentacją władz tego miasta ruszyć w górę Wisły, nawet wpływając w końcowy odcinek Drwęcy. Tędy wraca szlak kajakowy „Pętli Toruńskiej”, prowadzący Dolną Wisłą, Nogatem, przez Elbląg i Kanał Elbląski i Pojezierze Iławsko-Ostródzkie.

Niestety przejście z pojezierza Drwęcą do Wisły nie jest możliwe dla jachtów. Nawet coraz trudniejsze dla kajaków, bo prywatni właściciele gruntów i jazów oraz władze lokalne przynajmniej w kilku przypadkach nie przejmują się kajakarzami, gotowymi do przenoszenie swych „okrętów” – jeśli tylko byłoby jakieś obejście, nie zaś tylko ogrodzenia. Chyba warto przypomnieć, iż nie tylko królewskie edykty sprzed pół tysiąca lat, ale i obecnie obowiązujące przepisy mają zapewniać swobodny dostęp do wody.

Szpanowałem na pokładzie „Paszportem Toruńczyka” bardzo podobnym kształtem do prawdziwego, lecz ważnym do 1 kwietnia 3001 roku. I zawierającym najważniejsze informacje dla turysty, łącznie z planem miasta. Na pytania, jak dostać/kupić coś takiego wyjaśniałem, ze są dwie metody – albo iść do centrum informacji turystycznej PTTK w Toruniu, albo mieć (jak ja) za kolegę Józka Rusieckiego, cenionego kajakarza, autora przewodników oraz animatora turystyki PTTK w Toruniu – który ten paszport współtworzył…

Przedstawiciele Torunia pokazywali, jakie tereny chcą chronić jako przyrodnicze enklawy, gdzie planować rekreację nad wodą. Mają nadzieję, iż uda się wyprowadzić większość ruchu samochodowego z Bulwaru Filadelfijskiego, by auta jak najmniej odgradzały dostęp mieszkańcom i turystom ze Starego Miasta nad Wisłę. Dziś Toruń poza pomostami przy bulwarze dysponuje dość skromną przystanią AZS, bez niezbędnego zaplecza i gwarancji, iż można na godzinę czy dzień bezpiecznie zostawić jacht. W planach są jednak prawdziwe mariny.

Tuż za AZS, z osobnym wejściem z Wisły jest tzw. „port zimowy” RZGW – ogrodzony, z sanitariatami, zbiornikami paliwa itd. Idealne rozwiązanie. Miesiąc temu, przy inauguracji długodystansowych regat Toruń-Bydgoszcz wiceprezydent Torunia na moje pytanie, czy warto pomyśleć, by tam urządzić marinę, potwierdził iż miasto gotowe byłoby wejść tam i inwestować „choćby jutro”.

Niestety, gdy InWater dopłynął do Gdańska, dyrektor tamtejszego Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej przekonywał, iż nie widzi możliwości, by nawet część tylko portu oddać czy wydzierżawić, gdyż jest to miejsce zimowania i posezonowych remontów pływającego sprzętu RZGW. Przez grzeczność nie spierałem się z nim, sprawę jednak uważam dalej za otwartą, skoro im port jest potrzebny po sezonie żeglarskim… Skoro jednocześnie trwają rozmowy w sprawie wydzierżawienia ojcowi Rydzykowi części niżej pod Toruniem położonego „portu drzewnego”… Skoro tamten teren stracił toruński Yacht Club, dziś faktycznie bezdomny… Trzeba szukać jakiejś bezkolizyjnej formuły, godzącej interesy odpowiedzialnych za gospodarkę wodną – i chcących na wodzie odpoczywać.

Niestety na „królowej polskich rzek” jest mały ruch turystyczny. Głównie z powodu braku portów, marin dla jachtów, przystani i stanic kajakowych. My z Torunia do Bydgoszczy przepłynęliśmy statkiem pasażerskim w kilka godzin. Regaty jachtowe na tej trasie zajmują większość dnia. Kajakarzom przydałoby się po drodze przynajmniej jedno miejsce na nocleg.

W Bydgoszczy przez śluzę Brdyujście wpłynęliśmy na – jak sama nazwa wskazuje, ujściowy odcinek Brdy. Cały kombinat różnych klubów żeglarskich, motorowodnych, wioślarskich. Jeden z nielicznych w Polsce torów do wyścigów kajakowych i miejsce zawodów modeli pływających. Jak jedno z haseł promocyjnych głosi: „Bydgoszcz – miasto na fali”. Wprawdzie nie wpłynęliśmy do centrum miasta, ale niemal wszystkim jest dobrze znane, bo z tamtejszego Rybiego Rynku rok temu startował pierwszy rejs InWater. Część uczestników obecnego rejsu była tam również 9 czerwca tego roku, w czasie III Bydgoskiego Jarmarku Wodnego oraz seminarium na temat turystycznych szlaków wodnych, którego organizatorzy biorą udział w pracach InWater: Andrzej Tomczyk – prezes Fundacji „Kanał Bydgoski” oraz reprezentujący niedawno powołane Centrum Turystyki Wodnej PTTK – niżej podpisany. Liczący blisko dwieście stron wybór materiałów z seminarium pojawi się jesienią.

Po zwiedzeniu śluz bydgoskich, starej i nowej, wróciliśmy na Wisłę, zmierzając do miejscowości Gniew. Na pokładzie dyskusje, czy wystarczy zachwycać się, że Wisła to dzika rzeka, czy martwić się, iż zdziczała. To dzięki tej „wodnej autostradzie” w znacznym stopniu Polska przeżyła swoje „złote wieki”, gdy w portach holenderskich i angielskich pszenica sandomierska czy żuławska to był najwyższy znak jakości. Na wiślanym handlu - także solą z Wieliczki, słowacką miedzią, węgierskimi tokajami, drewnem z naszych puszcz, towarami spływającymi Bugiem do Wisły, gdzieś hen, z Podola, a nawet Dalekiego Wschodu - bogaciły się miasta nad rzeką, od Krakowa po Gdańsk i Elbląg. Dziś dalej wiele z tych miejsc to dalej klejnoty polskiej turystyki, zaś turystyka wodna mogłaby ożywić miejscowości zapomniane, zniszczone przez potop szwedzki oraz późniejsze wojny i powstania, dziś senne wioski i miasteczka.

Czasem z pokładu widzimy dachy jakiś domów, odgrodzonych od wody wałami przeciwpowodziowymi i lasami łęgowymi. Może tam sklep, gospoda, średniowieczny kościół, stary dwór? Nie wiadomo. A z kajaka nawet tych dachów nie widać, więc skąd wiedzieć, gdzie można, warto zatrzymać się? Dopiero w Gniewie, przy przystani promowej, duża tablica z mapą pokazującą, co było na brzegach za nami, co jest przed nami. Później zaś, na Żuławach, przekonać się mogę, iż gdański RZGW ustawił tablice z mapami i schematami szlaków wodnych we wszystkich newralgicznych miejscach delty, przy śluzach, przystaniach, mostach. Gratuluję !

Do Gniewu muszę w przyszłości wrócić, bo dawno tam nie byłem, zaś rano tak spieszyć się musieliśmy na pokład statku, iż z daleka tylko widzieliśmy zamek i domy wspinające się skarpą u jego stóp. Następny postój w Tczewie – najpierw w ruch idą aparaty fotograficzne, by „złapać” oba tamtejsze mosty. Po wyciu na brzeg oglądamy niedawno powstałe bulwary oraz miejsce, gdzie zaczęła się budowa nowej, „prawdziwej” już przystani. Miasto znane głównie jako węzeł kolejowy (niedawno musiałem się tam przesiadać, chcąc wieczorem wrócić z Bydgoszczy do… Warszawy), ma także urokliwą starówkę, systematycznie odnawianą. Ktoś pokazywał współczesną „plombę”, gdzie sklep na parterze obłożony był imponująco marmurem – ja w tym czasie gapiłem się na starą kamienicę, z bardzo ciekawą stolarką, zapewne co najmniej stuletnią, z jednolitymi, ozdobnymi drzwiami do dwóch sklepów, środkiem zaś do klatki schodowej, do mieszkań. Przypomniał mi się przedwojenny dowcip o konkurujących ze sobą handlowcach – gdy jeden dał szyld „najwyższa jakość”, to drugi „najniższe ceny”. Wtedy ten trzeci, między nimi, nad swoimi drzwiami dał napis „główne wejście”….

Odwiedzamy Muzeum Wisły w świetnie odnowionych, zabytkowych zabudowaniach pofabrycznych. Właściwie, w ramach dość skomplikowanych przepisów o możliwościach finansowania prac, Muzeum Morskie w Gdańsku oddało miastu Tczew swoją filię, Urząd Miasta mógł sfinansować inwestycję i utworzyć Centrum wystawienniczo-regionalne dolnej Wisły. Którego częścią znowu stał się „wiślany” oddział Muzeum Morskiego. Kilka dni wcześniej otwarto wystawę „Kajaki i kajakarstwo”, współorganizowaną przez PTTK. Trwa też wystawa fotograficzna pokazująca uroki dolnej Wisły w czterech porach roku. Także trofeów łowieckich. Rysunków dziecięcych. Jakieś warsztaty bursztyniarskie (część uczestników rejsu porobiła zakupy, bo ponoć była to połowa cen za takie wyroby stosowanych w Trójmieście). Wpisując się do księgi pamiątkowej sugeruję, by muzeum zaczęło współorganizować wymianę wystaw. Bo właśnie w Warszawie kończyła się wystawa wiślanych zdjęć Roberta Dejtrowskiego, autora pięknego albumu wydanego nie tak dawno przez Wydawnictwo BOSZ. Bo w czasie opisywania Pętli Wielkopolskiej zrobiono blisko DZIESIĘĆ TYSIĘCY zdjęć, bo ciekawe zasoby ma wrocławska Fundacja Otwartego Muzeum Techniki. Bo Przemek Piasek zebrał świetne reprodukcje warszawskiej Wisły sprzed wieku, zaś w Zarządzie Głównym PTTK w ubiegłym roku była wystawa fotografii „Zygi” Borga, a gdy jedno z nich reprodukowałem, tłumaczyć się musiałem, że to nie malarstwo impresjonistyczne, lecz „zwykłe” artystyczne zdjęcie.

Już po wypłynięciu z Tczewa doczytuję otrzymane materiały – ma tam obok budowanych już pomostów cumowniczych dla jachtów i statków pasażerskich powstać marina z hotelem – i dodatkową zatoczką dla house-boatów (turystycznych barek mieszkalnych). A w dalszych planach następny port turystyczny, połączony z aquaparkiem.

Za burtą żuławska „polska Holandia” – pola i sady w polderach wiślanych. Choć wiatraki przepompowujące wodę z terenów depresyjnych zastąpione zostały pompami elektrycznymi, znajdziemy tu dowody, iż od setek lat zagospodarowywane są i chronione przed wodą te wyjątkowo żyzne tereny, także przez mennonickich emigrantów z Holandii.

Odwiedzamy śluzę Gdańska Głowa, przy wejściu z Wisły na Szkarpawę – a także maszynownię sąsiedniej, zabytkowej i nieczynnej dziś śluzy. Potem widzimy Bałtyk spod Narodowego Centrum Żeglarstwa gdańskiej Akademii Wychowania Fizycznego i Rekreacji w Górkach Zachodnich. Otwarte zostało wiosną ubiegłego roku, kosztem kilkunastu milionów złotych (głównie z UE) i jest reklamowane jako najnowocześniejszy taki obiekt na Bałtyku. Nowiutkie pomosty, ogromny hangar z jachtami szkoleniowymi, część hotelowa, gastronomiczna, konferencyjna, „mostek”, gdzie można uczyć się nawigacji z map i komputerów, symulator dla sterników (z niemal prawdziwą łodzią i wielkim ekranem, pokazującym skutki poruszenia steru). Podpowiadam kolegom, że na górnym tarasie są jeszcze kolektory słoneczne zaś pod ziemią pompa pozwalająca zimą czerpać ciepło z podziemnej wody. Lepiej raz wydać więcej pieniędzy, by potem jeszcze więcej zaoszczędzić na eksploatacji.

Wieczorem wreszcie jesteśmy w Marinie GDAŃSK, sercu miasta. Kolacja imponująca formą i treścią – za oknami Hotelu Królewskiego, samego będącego zabytkiem, widok na Motławę i kamienice na drugim brzegu. Na wodzie obok pasażerskich replik starych żaglowców – jachty będące luksusowymi, pływającymi willami z całej Europy. Eleganckie przystawki, zupa/krem, na drugie danie wybieram solę z ryżem na dziko. Na deser lody – oraz poseł Sławomir Jeneralski, który właśnie dogonił nas z sejmowego posiedzenia. Prof. Bolt przy drugiej lampce wina z żalem przypomina, iż musimy kończyć, gdyż zbiórka będzie o szóstej rano. Z udziałem przedstawicieli władz miasta i innych instytucji dzień mamy zacząć konferencją prasową o tej nieprawdopodobnej godzinie. Część jednak wolała nie wyspać się (znowu) i zaglądamy jeszcze na Długi Targ, by pod okiem Neptuna pogwarzyć przy piwie.

Rano ciąg dalszy prezentacji programu budowy marin w Gdańsku i na całej „Pętli Żuławskiej”. Wtrącam się w krytyczne wypowiedzi miejscowej dziennikarki, mówiąc iż nie akceptuję narzekań Gdańska, Bydgoszczy czy Wrocławia, iż władze nie doceniają korzyści z odwracania się twarzą do rzeki.
- Dlaczego ?
- Bo jestem z Warszawy, zaś wy macie Martwą Wisłę, a naprawdę Wisła dopiero kilkadziesiąt kilometrów wyżej staje się dopiero turystycznie martwa, poza nielicznymi wyjątkami…

Chwilę później niemal zostałem wyrzucony za burtę, gdy przyznałem się, iż w rejsie uczestniczę także jako sekretarz jury Nagrody Przyjaznego brzegu, lecz mogę dać słowo, iż tej nagrody nie dostanie ani Marina Gdańsk, z której wypłynęliśmy, ani Marina Neptun, którą będziemy mijać, ani Narodowe Centrum Żeglarstwa czy też przystanie Pierścienia Zatoki Gdańskiej.
- Nie lubisz Gdańska? Dlaczego !!!
- Wymienieni nie dostaną nagród, bo już dostali je w poprzednich trzech edycjach konkursu na mój wniosek…

Atmosfera została rozładowana, ja zaś mogłem płynąć dalej, do Krynicy Morskiej. Trafiamy na finał regat i podpisywanie kolejnej deklaracji o współpracy marszałków ziem nad E-70, potem naukowe wystąpienia, w tym o E-70. Chciałem porozmawiać z panem Zbigniewem Ptakiem, nie tylko w Pomorskim Urzędzie Marszałkowskim animującym turystykę wodną, lecz zbyt był oblegany, zajęty. Pewnie i dlatego, iż urząd właśnie wydał próbny nakład rewelacyjnego przewodnika turystyki wodnej „Pętla Żuław”.

Wybieram się więc na przystań, gdzie stoi wycieczkowiec „Polonaise”. Jak sama nazwa wskazuje, jest to statek niemieckiego armatora, podobnie jak „Federic Chopin”, który kilka lat temu dopłynął z Gdańska do Warszawy. Jakaś pani chce wejść na pokład:
- Wstęp tylko dla pasażerów a pasażerami tylko cudzoziemcy.
- A ile bilet kosztuje? – pyta turystyka.
- 1300 euro osoba za 10-dniowy rejs.
- Rozumiem, a czy za noclegi osobno się płaci?
Tak Polka na trapie „Poloneza” negocjowała…

To jeden z armatorów, podobnie jak Żegluga Gdańska, nie mogący doczekać się rejsów turystycznych do Kaliningradu. Czego przekopanie przez nas Mierzei Wiślanej wcale nie zapewni. Podobno czekają też armatorzy dawnych, bezcłowych, „pijanych statków” z Zalewu Szczecińskiego, który musieli porzucić, po wejściu Polski do UE. Zdaje się, że i tu sprawdza się stare powiedzenie, iż jak nie wiadomo o co chodzi, to o pieniądze chodzi. Tam, kiedyś, u ujścia Odry, to my kiedyś groziliśmy zablokowaniem żeglugi, jeśli nie zostaną wynegocjowane warunki zarabiania na „płynącej” wódce, zarówno przez stronę niemiecką, jak i polską…

Po pożegnaniu z większością „załogi”, w tym Iriną i Siergiejem z Kaliningradu (rok temu wyznał, iż pływanie fascynuje go od czasów, gdy w młodości służył w „sawietskoj Kriegsmarine”) statek rusza w powrotną podróż do Torunia. Mam nadzieję, iż wieczorem przesiądę się w Tczewie na szybszy jednak pociąg do Warszawy. Zamiast tego stajemy przed zwodzonym mostem. Ponieważ „godziny urzędowania” skończyły się, mostowy jest nieuchwytny. Na szczęście podpowiedziano nam, iż tuż obok mostu, pod sklepem spożywczym można wynająć kwatery. Pomieściliśmy się wszyscy, jeszcze gospodyni przyniosła chyba 20-litrowy gar zupy pomidorowej. Jak rano przekonaliśmy się – doskonałej. Gdy statek przepływał otwartym już mostem – zajadaliśmy się nią, a gdy pakowaliśmy i okrętowaliśmy bagaże – tak samo objadał się kapitan i bosman. Kwadrans chyba później ze Szkarpawy wyszliśmy przez śluzę Gdańska Głowa na Wisłę, by po ok. półtorej godziny być w Tczewie.

Wieczór i ostatni odcinek rejsu był czasem podsumowań. Za kilka miesięcy kończy się projekt InWater, ale przygotowywany jest jego ciąg dalszy. Profesorowi Boltowi zadałem pytanie, które go chyba zaskoczyło:

Skoro na E-70 większość prac studyjnych została zrealizowana, czy nie warto drugi etap InWater poszerzyć o pozostałe, międzynarodowe drogi wodne prowadzące przez Polskę:
- od Bałtyku (Skandynawii) Wisłą, Bugiem na Dniestr i Morze Czarne,
- także od Bałtyku, lecz Odrą, przynajmniej do czeskiej granicy, niezależnie od planów (marzeń) mających już ponad wiek, by połączyć górną Wisłę i Odrę, Odrę z Dunajem.

Na szlakach tych InWater też znalazłby wielu partnerów, jak choćby organizatorów Flisu Odrzańskiego, już kilkanaście lat nie tylko pływających Odrą, lecz i mobilizujących partnerów na szlaku do inwestowania w wodną turystykę. Ponieważ w ciągu najbliższych miesięcy planowanych jest jeszcze kilka spotkań uczestników projektu InWater, będzie okazja do rozważenia tych i innych propozycji.

Moja relacja jest bardzo subiektywna i niepełna. Bo nie wspomniałem, iż gdy narzekano na urzędników, koleżanka z jednego z urzędów nad Notecią, działająca także w tamtejszym Związku Miast i Gmin, położyła na stole „jeszcze ciepłe” zdjęcia tablic informacyjnych, właśnie ustawionych na tym szlaku. Gdy nasz kapitan tłumaczył, iż na rejs wybrał statek o mniejszym zanurzeniu, ok. 60-70 cm – wyciągnąłem szkice statków zaprojektowanych w Płocku, od 16 do 60 miejsc dla pasażerów, o zanurzeniu 48 cm. Faktycznie, na Wiśle i większości innych szlaków wodnych nie sprawdzają się statki mające metr – półtora zanurzenia. Ale mogą pływać jednopokładowce o małym zanurzeniu. Także dlatego, iż oba rejsy InWater pokazały, iż znaleźć można atrakcyjne, przyjazne brzegi do zacumowania. Miejscowe hotele mogą zapewnić niezłe noclegi, da się zorganizować także catering z obiadami i barem na pokładzie. Nie tylko cudzoziemcy dopiero poznający „dzikie wody za Odrą”, ale i Polacy mogą odkryć przepiękne miejsca i wspaniałych ludzi.

Także dzięki takim „bożym szaleńcom”, jak Elżbieta Marszałek organizująca Flisy Odrzańskie, Grzegorz Nadolny prowadzący Flisy Noteckie (gdy za rufą „Łokietka” ciągną od Santoka do Bydgoszczy jachty i house-boat z różnych krajów), Jerzy Hopfer nawet od Berlina prowadzący żeglarzy na Wartę itd.

Cieszy mnie to porozumiewanie się różnych osób, instytucji i organizacji jak w InWater oraz innych programach. Kiedyś stwierdziłem, iż wprawdzie można w 3-4 kwadranse przelecieć z Ostrawy do Szczecina nad Odrą, z Krakowa do Gdańska – ale znam przyjemności i dłużej trwające, i większe. To chyba było wtedy, gdy płynęliśmy „martwą Wisłą”, czyli Kaskadą Górnej Wisły od Kilometra Zero Wisły Żeglownej do Krakowa. Rrrrrewelacja !!! A równolegle do nas, choć niewidoczne, autobusy i pociągi przewoziły w ciągu roku kilka milionów turystów między królewskim Krakowem a obozem-muzeum. Choć to nie była wtedy dla mnie pierwsza wizyta w Auschwitz, z ulgą wsiadłem wtedy na jacht, by spokojną wodą, wśród lasów, łąk i pól niespiesznie płynąć pod Wawel.

Wspomniałem kilka razy Nagrodę Przyjaznego Brzegu. Gdy w 2004 roku współorganizowałem „Powitanie UE na polskich wodach” (w sumie jakieś 150 rejsów, regat, spływów, imprez galowych w Polsce i przez granice Polski) – usłyszeliśmy iż łatwiej zaprosić na tę operację polskich i zagranicznych wodniaków, niż zapewnić im miejsca na tyle przyjazne, by można było i przybić do brzegu, i toaletę (w dodatku czystą) znaleźć.

W myśl zasady, iż „drobne upominki umacniają przyjaźń” wraz z Andrzejem Gordonem, Sekretarzem Generalnym PTTK, powiedziałem, iż „daję głowę”, iż można znaleźć przyjazne brzegi. Od tego czasu on jako przewodniczący jury, ja jako sekretarz - oraz przedstawiciele Polskiej Organizacji Turystycznej, PTTK, PZŻ, Fundacji SZANSA, kolejni laureaci Grand Prix – co roku przyznajemy kilkadziesiąt rekomendacji a następnie 10-15 nagród. W obecnej, czwartej już edycji kandydata może każdy zgłosić, ze stosownym uzasadnieniem. Po poparciu wniosku przez przynajmniej dwóch członków jury – udzielana jest rekomendacja. Całe zaś jury decyduje o ostatecznym podziale nagród – nie tylko w „twarde” inwestycje, jak budowa infrastruktury, ale i w „miękkie” – działania promocyjne.

Z tegorocznego rejsu InWater szykują się rekomendacje między innymi dla Bydgoszczy, Tczewa, dla Pętli Żuław

Ponieważ nie jestem organizatorem InWater – chętnie i ten projekt rekomendować będę – skoro przyczynia się istotnie do powstania lub modernizacji w sumie kilkudziesięciu przystani od Kostrzyna po Gdańsk, Elbląg, „mokrą” Krynicę…

W Tczewie z żalem żegnałem się z kapitanami i bosmanami „Łokietka” i „Wikinga”, z wracającym do Gdańska profesorem Boltem, kolegami z Bydgoszczy i Torunia.
Ale jest taka piosenka „You say good by, I say hallo”

Zdaje się, iż już na przełomie lipca i sierpnia spotkamy się w Szczecinie, na międzynarodowym spotkaniu żeglarskim. A jesienny i zimowy harmonogram spotkań i ciężkiej pracy nad promocją turystyki wodnej zagęszcza się. Nawet moja Warszawa jesienią chce przyjąć program dla stołecznej Wisły – sięgający aż po Euro w 2012 roku. Trwają też prace nad programem jeszcze dłuższym w czasie i przestrzeni – WISŁA 2020 – zgodnie z procedurami unijnymi do opracowania programu zagospodarowania dla całego dorzecza do 2009 roku – z późniejszą aktualizacją co 3 lata.
Przed Warszawą, jadąc Koleją Nadwiślańską, z panem posłem spoglądaliśmy na Modlin i połączenie Wisły z Narwią. Jest szansa, iż jeszcze w tym roku będzie kolejny rejs studyjny, gdy spod warszawskiej Starówki w przeciwnych kierunkach ruszą dwa statki – jeden śluzą i kanałem Żerańskim, Jeziorem Zegrzyńskim, a drugi e dół Wisłą do Modlina, w górę Narwią – by wymienić się pasażerami na zaporze w Dębem.
Po powrocie do domu czekał na mnie mail z Francji, jak można kupić bilet na rejs z Gdańska do Krakowa…

Mirosław Czerny - Centrum Turystyki Wodnej PTTK

#1 | Szczepan dnia 11.07.2007 07:25
Mirek relacja REWELACJA. Pozdrawiam Staszek.
#2 | koj dnia 11.07.2007 15:25
Przeszło 3 lata temu w Krakowie powiedziałem jednemu kapitanowi, że za jakiś czas pod Wawelem będzie biało od statków pasażerskich. Delikatnie mówiąc trochę się z tego śmiał,... ( powiedział,że będzie biało od śniegu)teraz w Krakowie jeszcze nie jest jak być powinno, ale wychodzi powoli na moje. I może rejsy z Gdańska do Krakowa za jakieś x? lat nie będą budziły naszego zdziwienia.
Pozdrawiam
koj
#3 | K Domagala dnia 11.07.2007 23:02
Wspaniałe perspektywy a czy jest szansa otrzymać prace na Wiśle /kiedyś pływałem na Zubrze,Koziorożcu ,Łosiu i toche na pasażerkach Odylia i Odetta/ posiadam patent, bosmana, stermotorzysty, sternika i porucznika .Wisłę znam od Warszawy do Gdańska.Gdyby ktoś miał jakąś propozycję byłoby miło pozdrawiam. .
#4 | philip dnia 14.07.2007 10:17
Po Wiśle to można ale spacerkiem w kaloszach, w związku z remontem Włocławka wodę zabrało, widziałem Waszą szkutę będąc na moście w Chełmnie. NIe wiem czy było to uzgadniane ale chyba szliście na fali stworzonej dla przejścia statku z Płocka.
Pozdrawiam
#5 | K Domagala dnia 17.07.2007 23:47
'philip'- nie masz racji Wisła była i jest żeglowan i założę się,że nie przejdziesz jej nie tylko w kaloszach ,ale i w woderach.W Chełmnie,Świeciu, Grudzjądzu,Nowem czy Gniewie ,Piekle,Tczewie Wisła zawsze była ładna-czyżby zmienione zostało koryto,że można tam spacerować.Robję zakład,że w żadnych z tych miejsc nie pokonasz jej wpław nie mówjąc o przejściu.
#6 | sekwana 2005 dnia 12.08.2007 13:08
Jesli moja relacja się spodobała - dziękuję
W związku z innymi wypowiedziami - dziś na warszawskiej Wisle jakieś 60 cm wody, trochę ponad kolana
Oczywiście i w Krakowie, i Gdańsku więcej...
Tylko trzy jej małe kawałki (Kaskada Górnej Wisły, Jezioro Włocławskie i odcinek ujściowy) spełniają parametry między narodowych dróg wodnych.
Ale na przełomie czerwca/lipca woda z Jeziora Włocławskiego nie musiała nas dodatkowo pchać - skoro statek miał nieco ponad pół metra zanurzenia i kapitana z 40 latami stażu na rzece.
Gdy ostatnio Jurek Hopfer żalił się dyrektorowi Urzędu Zeglugi Śródlądowej w Szczecinie, iż płynąc swoim lodołamaczem KUNA stanął na odrzańskich płyciznach, wspomniałem scenkę z Nogatu, gdy sternik zawołał
- Panie kapitanie - czerwoną boję wyrzuciło na prawy brzeg...
Zanim kapitan odpowiedział, krzyknąłem
- Nie marudź, trzymaja się oznaczeń...

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
  PRchecker.info Free counters!