Rejs przyjaźniDrukuj

30- lecie "Rejsu Przyjaźni" Wrocław - EHS - Schönebeck - Frankfurt nad Odrą - Wrocław

Wspomnień czar pozostały po wielkich dniach naszej Szkoły
Nazywam się Józef Węgrzyn w latach 1970 - 75 uczęszczałem do Technikum Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu, jak sie później okazało jednej z najlepszych szkół tego typu w Europie. Mogę to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością ponieważ miałem okazję poznać większość tych szkół osobiście. Moją wychowawczynią była nieżyjąca już niestety Pani mgr Elżbieta Piasecka, a na warsztatach szkolnych Pan Jerzy Sokólski.
Od 20- tu lat mieszkam w Niemczech i pracuję oczywiście w zawodzie, którego nauczyłem się przy ul.Brücknera 10. Jestem kpt. zbiornikowca i przewożę paliwa płynne z portów morskich, min.Bremen, Brunsbüttel i Hamburga do sródlądowych w Berlinie, Magdeburgu i Hannoverze.
Wszystkie potrzebne uprawnienia i patenty uzyskałem dość łatwo ponieważ miałem jak my wszyscy po tej Szkole doskonałe teoretyczne przygotowanie. TŻŚ było jedyną Szkołą w Europie, która przygotowywała wszechstronnie tak do życia zawodowego jak i do dalszej nauki na uczelniach. Nasi koledzy są : aktorami, lekarzami, prawnikami, nauczycielami, inżynierami, duchownymi, itp. itd. Oczywiście głównym zadaniem Szkoły było przygotować fachowców w branży żeglugowej i Szkoła wywiązała się z tego zadania na "ocene bdb". Jednak na rynek pracy trafiała zbyt mała liczba dobrze wyszkolonych zawodowo absolwentów. Kończący TŻŚ i legitymujący się świadectwem maturalnym koledzy w większości szli na studia.Pozostali jeszcze w latach 70-tych i początku 80-tych ze znalezieniem pracy nie mieli kłopotów. Kryzys posolidarnościowy i załamanie rynku spowodowało prawie całkowity brak zapotrzebowania na kończących naszą Szkołę absolwentów.

Pod koniec lat 80-tych na rynku pracy w Uni Europejskiej zabrakło ludzi w tym zawodzie. Tą lukę po upadku "muru berlinskiego" zapełnili DDR-owcy, Polacy i Czesi. Bardzo wielu naszych kolegów znalazło dobrze wynagradzaną pracę na Zachodzie Europy. Po zmianie ustroju i upadku "zdobyczy socjalizmu" zlikwidowano również wrocławską Szkołę Żeglugi Śródlądowej. Może ktoś uważał, że była ona symbolem minionej epoki ? Problem jednak był większy niż tylko symbole ......

Pojechałem ponownie do Schönebecku prawie 30 lat po słynnym "Rejsie Przyjaźni", który odbył się w maju 1977 r.
Byłem tym razem w Ośrodku Szkolenia dla Żeglugi Śródlądowej na kursie ADNR (przewóz niebezpiecznych ładunków).

Jednym z wykładowców był pan Hinze były nauczyciel szkoły żeglugi z NRD, który pracował w tamtym czasie kiedy przypłynęliśmy naszym flagowym statkiem szkolnym"Westerplatte II"do portu Frohse. W czasie przerwy zapytałem Go czy przypomina sobie to co było 30 lat temu. Popatrzył na mnie i kiwnął głową. Ludzie z byłego NRD niechętnie opowiadają o swojej przeszłości. Spytałem czy przypadkiem nie ma jakiś pamiątek, wycinków gazet, itp. Niestety wszystko zapodziało się gdzieś po likwidacji starej szkoły. Kiedy następnego dnia mieliśmy wykłady z przepisów p-poż. zjawił się nagle. Podszedł do mnie i wręczył mi kopię gazety"Neues Deutschland"z 25 maja 1977 r.
Na jej pierwszej stronie był artykuł pt.:

Zostaliśmy Przyjaciółmi - nie tylko na czas tego rejsu - cytuję go w wolnym tłumaczeniu na j.polski :
Od 3 maja praktykanci ŻnO i VEB BR razem z nauczycielami Techniku Żeglugi Śródlądowj z Wrocławia i Szkoły żeglugi "Karl Meseberg" z Schönebeck znajdowali się na szkolnym zestawie pchanym "Westerplatte II" w rejsie z Wrocławia do Frankfurtu nad Odrą, gdzie miało odbyć się spotkanie przyjaźni młodzieży z NRD i PRL. Przedstawiamy relację uczniów szkoły "Karl Maseberg" Rene Löffler i Stefana Kratzert.

Przyjacielskie powitanie
Po długi przygotowaniach 29 kwietnia 1977 r. doszło do przyjacielskiego spotkania z naszymi polskimi gospodarzami. Wyruszyliśmy 10-cio osobową grupą w towarzystwie naszych dwóch nauczycieli przez Lipsk, Görlitz do Wrocławia. Na Dworcu Głównym tego pięknego miasta powitali nas serdecznie nauczyciele i uczniowie z TŻŚ. Pojechaliśmy autobusem przez centrum miasta do ich szkolnego internatu. Miasto przygotowywało się właśnie do święta 1-szo majowego. Było pięknie udekorowane i zrobiło to na nas wielkie wrażenie. Tak dotarliśmy w doskonałym nastroju do szkoły żeglugi. Przywitał nas tam tłum uczniów w marynarskich mundurach.

W pomieszczeniu klubowym uroczyście przywitał nas dyrektor szkoły Pan Tadeusz Cieśla. On i nasz kierownik delegacji Pan Schornik nazwali to przyjacielskie spotkanie i wspólny rejs statkiem szkolnym jako przykład rosnących braterskich stosunków między naszymi narodami. Dla obu miast, gdzie znajdują sie ośrodki szkolenia zawodowego dla żeglugi otwierają się możliwości głębokiej współpracy korzystnej dla obu stron.
Po wymianie upominków znaleźliśmy czas na bliższe poznanie się. Przy muzyce i tańcach próbowaliśmy rozmawiać, ale było to dość skomplikowane. W języku rosyjskim znaleźliśmy kilka wspólnie znanych słów a resztę nadrabialiśmy mimiką i gestami używający ich jako tłumacza. Wieczorem stwierdziliśmy, że spotkaliśmy we wrocławskiej szkole wspaniałych przyjaciół.

Rene Löffler- praktykant

1 Maja we Wrocławiu
Jak ma się możliwość spoglądania za płot sąsiada spostrzega się u niego wiele interesujących rzeczy widzianych w innym świetle. Takie właśnie wrażenie odniosłem obserwując przygotowania do manifestacji pierwszo-majowej we Wrocławiu. U nas bierzemy udział w takiej demonstracji bo jest to tradycja. Jednak we Wrocławiu jest to troszkę inna tradycja. Już z samego rana uformowaliśmy duży pochód marszowy zbierając się przed internatem razem z nauczycileami i pracownikami z całego technikum. Było dużo transparentów i kolorowych flag niesionych przez uczniów. Nie był to jednak "marsz bojowy", tylko wesoły przemarsz roześmianych chłopaków. Wielu kolegów miało ze sobą instrumenty muzyczne i grało wesołe melodie, śpiewano też piosenki nie przypominające jednak jakiś patiotycznych wydarzeń. Wyglądało to raczej jak jakiś piknik, a nie tak jak u nas - poważną imprezę. Miasto było pięknie przystrojone. Tysiące ludzi stało na trasie pochodu. Mieli w dłoniach flagi, proporce i kwiaty: tak kolorowe jak całe miasto i tak wspaniała była atmosfera i uroczysty nastrój. Nie jest więc niczym nadzwyczajnym, że po tej wesołej demonstracji wracaliśmy spleceni ramionami z naszymi polskimi przyjaciółmi maszerując na piechotę przez całe miasto do naszego internatu. Cieszyliśmy się wspólnie z tak pogodnego i pięknego majowego święta. W naszym kraju mówi się wiele o braterskiej przyjaźni między narodami.Tutaj we Wrocławiu przekonaliśmy się, że tak jest naprawdę. Naprawdę był to obfitujący we wrażenia wyjazd do naszych wschodnich sąsiadów.

Stefan Kratzer - praktykant

Moja droga na statek szkolny "Westerplatte II"
Po zdaniu matury podjąłem studia na Uniwersytecie Wrocławskim na wydziale Prawa i Administracji. Moja sytuacja materialna nie była zbyt dobra i w czasie wakacji dzięki Panu mgr Henrykowi Kowalczykowi (byłemu nauczycielowi WF z TŻŚ), który był wówczas kierownikiem kadr w P.P. Żegluga na Odrze dostałem tam pracę. Zostałem zatrudniony na stanowisku bosmana i przewoziłem zestawem pchanym TUR samochody Fiat 126p z Gliwic do Wroclawia. Mimo, że byłem niedoswiadczonym marynarzem szybko znalazłem wspólny"język"ze swoją załogą. Byli to Ślazacy z Krapkowic znający doskonale swój fach.Mogłem zarobić z nimi dobre pieniądze. Mój miesięczny zarobek był większy niż mojego ojca, który był kierownikiem zakładu. Zastanawiałem się wówczas, czy jest sens dalej studiować i później zarabiać marne pieniądze jako "administrator". Na trzecim semestrze oblałem jeden z egzaminów i tak zakończyła się moja przygoda na uczelni. Potrzebowano wówczas bosmana na statku szkolnym "Westerplatte II", powiedzial mi o tym i załatwil tam pracę mój Przyjaciel i nauczyciel zawodu - kpt. Marian Rynkiewicz. Ponownie związałem się ze Szkola , ale teraz w innym wymiarze.


Statkiem szkolnym w I-szym międzynarodowym rejsie
Moim pierwszym wielkim rejsem była wyprawa do Szkoły Żeglugi w Schönebecku w byłym NRD. Byly to pierwsze na taką skalę kontakty z zaprzyjaźnionymi Szkołami w tzw. bloku wschodnim. Rejs ten miał wymiar propagandowy i dal nam możliwość międzynarodowych kontaktów. Do Wroclawia przybyło 10 niemieckich praktykantów ze swoimi opiekunami i przedstawicielem konsulatu. Stronę polską reprezentowali najlepsi uczniowie z klasy Pana inż. Mariana Szwarca, który rowniez popłynął z nami.

Załogę"Westerplatte II" tworzyli kpt.Józef Bąk, kpt. Stanisław Partyka, mechanik Aleksander Łukasik, elektryk Eugeniusz Łożyński, kucharka Rozalia Pawłowska i ja jako bosman. Wyruszyliśmy 3-go maja 1977 r. Była wspaniała słoneczna pogoda. Statek był doskonale przygotowany do rejsu. Cała wyprawa finansowana była przez Zjednoczenie Żeglugi Śródlądowej. Mieliśmy w kasie statkowej ponad 5 tys. Marek jako diety załogi i uczniów.

Przerwany rejs

Po pożegnaniu na przystani szkolnej przez dyr.Tadeusza Cieślę i kierownictwo szkoły wypłyneliśmy w rejs. Pierwszy dzień przebiegał pomyslnie i zgodnie z planem zakotwiczylismy w okolicach Scinawy. Następnego dnia po podniesieniu kotwic popłynelismy dalej. Przyszedlem okolo 7:00 do sterowki za sterami byl kpt.Partyka, reszta załogi była na śniadaniu. "Stasio" - bo tak nazywalismy pieszczotliwie 2-go kpt. - narzekał na silny boczny, wiatr, który mógł być niebezpieczny dla naszego "żaglowca". Przyszedł kpt. Józef Bąk, a my poszliśmy przygotować się do porannego apelu. Stasio wychodząc powiedział do Bąka :
- Uważaj na wiatr, bo znosi na główki....
- OK Stasiu, dziękuję za przekazanie uwag - odpowiedział kpt.Józef
To stało się w czasie wciągania flag narodowych na maszt. Statek zatrząsł się i podskoczył przelatując przez pierwszą odrzańską główkę. Popatrzyliśmy z przerażeniem w kierunku rufy. Stasio krzyczał :
- Cholera! Leci przez główki....
Uderzyło drugi raz instynktownie pobiegłem w tamtym kierunku. Wpadłem do pomieszczeń załogi, woda wdzierała się już do wnętrza " Bizona ".
- Toniemy! Gieniu, bierz pan dokumenty i uciekaj - krzyczałem do przestraszonego elektryka.

Józek odepnij pchacza muszę iść na mieliznę - krzyknął do mnie kpt. Bąk. Gienio wskoczyl na "pudło" i próbował rzucić rufową kotwicę, która zawisła na niewyjętym bolcu. Ja pozostałem jeszcze chwilę na " Bizonie " a później skoczyłem za elektrykiem. Zatrzymalismy się między glówkami na 358 km rzeki Odry.

Pchacz zawisł jedną glówkę wcześniej. Kosternacja... Niemcy fotografują, a my podejmujemy akcję ratowniczą. Prof.Marian Szwarc i kpt.Stanisław Partyka natychmiast przejęli jej kierownictwo. Opuściłem szalupę na wodę i chciałem popłynąć do pchacza, na którym pozostał z jednym uczniem kpt. Józef Bąk. Przy odbijaniu od burty ktoś rzucił mi tak nieszczęsliwie cumę, że wkręciła się ona w śrubę napędową łódki. Wszystko wyglądało dość tragicznie, ale panował spokój i nie doszło do wybuchu paniki.Zawdzięczaliśmy to spokojnym i rozważnym słowom wypowiadanym przez inż.Mariana Szwarca.To właśnie on był w tamtej chwili dowódcą akcji ratowniczej.

Dowódctwo przejął kpt. Stanisław Partyka i tak zostało już do końca rejsu. O awarii powiadomiono drogą radiową dyr. Tadeusza Cieślę. Całe szczęście uszkodzony był tylko pchacz. Dyrektor Cieśla w błyskawicznym tempie załatwil nam jednostke zastępczą. Pan Szwarc swoim autorytetem i wiedzą panował nad sytuacją.
- Jezeli w ciągu 24 godzin będziemy mogli kontynuować rejs, to wyrobimy się z programem spotkań - powiedział swoim spokojnym i ciepłym głosem.
Finałem naszego rejsu miał być udział w spotkaniu przyjaźni młodzieży polskiej i niemieckiej we Frankfurcie nad Odrą. To był przerwany rejs...
Stasio Partyka podjął decyzję o wydobyciu sejfu z zatopionego pchacza. Ja asekurowałem, a Stasio nurkował w zatopionej kabinie kapitana.
Udało się i za drugim podejściem wydobył naszą kasę. Otworzylismy ją, były w niej banknoty stumarkowe w orginalnych banderolach. Kaseta miała podwójne dno, a w jej drugiej części były osobiste dokumenty kpt. J.Baka. Postanowiliśmy, że nie powiemy o ich treści nikomu. Dotrzymaliśmy słowa...

W dalszą drogę
Następnego dnia przypłynał pchacz BIZON-29 pod dowództwem kpt. Ryszarda Floryna z mech. Błażejem Szegą i sternikiem, który minował się "zweite Kapitän" - Leszkiem Kitą.

Natychmiast popłynelismy w dalszą drogę. Żeglowalismy calą noc i udało się nadrobić stracony czas. W Eisenhüttenstadt (EHS) mieliśmy pierwsze spotkanie z kierownictwem NRD-owskich dróg wodnych. Tutaj rozpoczyna się kanał Odra - Szprewa. Najkrótsza droga wodna do Berlina i dalej poprzez system kanałów i rzek do Europy Zachodniej. Zwiedzaliśmy starą, leżącą nad Odrą część miasta nazywającą się Fürstenberg. Następnego dnia wpłynęlismy do Kostrzynia, żeby uzupełnić paliwo na dalszą podróż.

Pojechalem pociągiem do Gorzowa Wlkp. gdzie była premiera filmu Agnieszki Holland "Zdjecia probne". Jedną z ról gral Alek Maciejewski kolega z klasy w TŻŚ .


Poświetowaliśmy z Alkiem i innymi aktorami i ledwo zdążyłem następnego ranka wrócić na statek. Ponownie przekraczaliśmy granicę w Hochensaaten udając się kanałem Odra-Havela w kierunku zachodnim.

Pierwszą wielką budowlą wodną była podnośnia Niederfinow. Oddana do eksploatacji w 1936 r. była wówczas cudem techniki, który funkcjonuje do dzisiaj. Różnica poziomów jaką się tutaj pokonuje wynosi 36 m. Musieliśmy śluzować na dwa razy, bo cały nasz zestaw pchany wynoszący 91 m. nie mieścił się w jej komorze, gdzie max. długość wynosi 82 m. Następnego dnia zacumowaliśmy w Oranienburgu na jeziorze Lenitz gdzie spędziliśmy dwa piękne i słoneczne, pełne wrażeń dni.

cytat z gazety "Neues Deutschland" z 25 maja 1977 r. Berlin / redakcja młodzieżowa :
"12 maja załoga polskiego statku szkolnego "Westerplatte II" składająca się z pedagogów i uczniów wrocławskiego Technikum i szkoły zawodowej "Karl Meseberg" udała się z Lenitz koło Oranienburga na wycieczkę do naszej stolicy. Po drodze zwiedzano były obóz koncentracyjny Sachsenhausen będący obecnie pomnikiem-symbolem ofiar nazizmu. Po powitaniu przez dyrektora VEB Binnenreederei towarzysza Wolfganga Marquart'a w dzielnicy Alt-Stralau oglądaliśmy kombinat żeglugi. Po wspólnym, uroczystym obiedzie pojechaliśmy zwiedzać nasz piękny Pałac Republik.

Wielu uczniów i pedagogów wjechalo windą na najwyższe piętro wieży telewizyjnej, żeby zobyczyć z niej pannoramę Berlina. Inni udali się na zakupy na Alexanderplatz, gdzie znajduje się słynny zegar pokazujący czas na całym świecie. Również następnego dnia nauczyciele i uczniowie wrocławskiej szkoły zwiedzali naszą piękną stolicę."

Berlin - stolica NRD
Nasi gospodarze podstawili pod statek autobus wycieczkowy, którym udaliśmy się do Berlina. Zwiedzaliśmy słynną wieże telewizyjną, z której można było podziwiać zachodnią część podzielonego wówczas miasta. Byliśmy w Palacu Republik relikcje niemieckiego socjalizmu (demontowanego obecnie ze wzglądów na ogromne ilości azbestu użyte przy jego budowie) . Spacerowaliśmy slynną aleją Unter den Linden aż do Bramy Brandenburskiej, będącej wtedy granicą państwa z Berlinem Zachodnim.

Byłem pierwszy raz za granicą podobnie jak większość uczniów, od których byłem tylko 4 lata starszy. Następnego dnia pojechalismy zwiedzać były Obóz Koncentracyjny Sachsenhausen. Wybrała się z nami Pani Rozalia Pawłowska - nasza kucharka. Strasznie przeżyła to ponowne spotkanie. Dla nas była to tylko lekcja historii, a dla niej koszmar osobistych wspomnień. Nie wiedziałem, że była tam więziona po kilku latach przymusowych robót..... Kontynuowaliśmy rejs dalej w kierunku Magdeburga. Zacumowaliśmy w porcie handlowym, gdzie przywitali nas przedstawiciele władz miasta i armatora "Binnenreederei", którzy organizowali również nasze wycieczki. Zawsze była miła serdeczna atmosfera. Niemcy okazali się gościnni i widać zależało im na dobrych kontaktach z Polską. Następnego dnia popłyneliśmy do portu Frohse, gdzie w pobliskiej miejscowości Schönebeck mieściła się ich szkoła żeglugi. Nie była aż tak okazała jak nasze TŻŚ, ale dość kameralna i do tego koedukacyjna. Wieczorem była dyskoteka i frajda dla naszych praktykantów, ktorzy byli szarmanccy i odbijali niemieckie dziewczyny "tubylcom". Była to wspaniała przyjacielska zabawa, na której poznaliśmy wielu miłych nauczycieli. Popłynaliśmy następnego dnia w dół Łaby i później kanałem Łaba-Havela do Brandenburga. Piekne stare miasto otoczone wodą. Tam szlak żeglowny jest prawie naturalny i interesujacy - położony w systemie jezior berlińsko-brandenburskich połączonych rzeką Havelą. Na dwa dni zacumowaliśmy w Nedlitz - granicznym miasteczku między Berlinem Zachodnim i Poczdamem, znanym min. ze słynnego, znajdującego się na granicy Berlina Zachodniego i Poczdamu mostu Glinickebrücke, gdzie wymieniano sobie szpiegow CIA i KGB. Pojechaliśmy zwiedzać slynne pałace Sanssouci Fryderyka Wielkiego. Przepiękna budowla w stylu rokoko z parkiem na wzór francuskiego Wersalu. To była prawdziwa lekcja historii. Byliśmy w Cecilienhof w sali gdzie odbyła sie Konferencja Poczdamska i nastąpił podział Europy. Była to nie tylko lekcja historii, ale też geografii, locji i nawigacji a przede wszystkim lekcja życia. Wtedy nikt nie pytał o pieniądze. Dla 30-tu uczniów nasza Szkoła zafundowała wspaniały rejs. Dzisiaj statki pasażerskie zabierają turystów, a taki 3 tygodniowy rejs kosztuje około 1500 - 3000 euro, czyli jakies 5500 - 11000 złotych. Z tych 30 uczniów spotykam do dzisiaj tylko kilku na europejskich drogach wodnych pracujących w wyuczonym w TŻŚ zawodzie. Są to: Jerzy Frymus, Karol Hołyś, Waldemar Melewski, Dariusz Poważyński.

W drodze na spotkanie przyjaźni młodzieży PRL i NRD
Z Poczdamu udaliśmy się w drogę powrotną przez kanał Haveli omijając z północnego-zachodu Berlin. Jego zachodnia, po wojnie znajdująca się pod zarządem alianckim część była cierniem w oku ówczesnych wladz NRD. Otoczony murem, zasiekami i wartowniami z gotowymi do strzału młodymi "Grenzschutzami", którzy po obaleniu muru pierwsi "dali nogę" na Zachód. Byłem kiedyś świadkiem takiego zdarzenia. Pływałem na polskiej barce i czekaliśmy na odprawę graniczną w Berlinie przy Marschalbrücke na Szprewie 500, metrów od Reichstagu,
ale po stronie wschodniej.

Przed nami był zachodni, pusty zbiornikowiec. Dostał "zielone swiatlo " i otworzyła się zapora na moście, na którym stało dwóch DDR- żołnierzy. Dziób zbiornikowca był już na Zachodzie, a rufa jeszcze w DDR. Jeden z żolnierzy zeskoczył z mostu na pokład statku i "był już na wolnosci", ten drugi zaczął wówczas do niego strzelac…. Chłopak wskoczył do Szprewy i tam dostał w plecy. To była zwana przez propagandę "próba ucieczki z socjalistycznej Republiki". Ten drugi zapewne w nagrodę dostał wczasy w Warnie, a dzisiaj żyje gdzieś w zjednoczonych Niemczech. Pytałem później naszych WOP-istów czy oni też by strzelali…?
- Chyba do wróbli.. - padła odpowiedź polskiego oficera.
Na podnośni Niederfinow - wspaniałej technicznej budowli wodnej, która od połowy lat 30-tych funkcjonuje do dzisiaj - spotkaliśmy wiele polskich jednostek i naszych absolwentów wracających lub udających się na Zachód. Oczywiście wszyscy znali inż. Mariana Szwarca, a on wielu zapamietał po nazwisku. Do śluzy w Hohensaaten wpłynęliśmy razem z polskim zbiornikowcem, który nosił nazwą "Gdańsk ". To był zbieg okoliczności. Były tylko dwa zbiornikowce w polskiej flocie: drugi nazywał się "Płock". W śluzie obok siebie przycumował "Gdansk " i "Westerplatte II ", czy trzeba coś dodać do tej historycznej chwili ? Stary śluzowy zamarł z wrażenia, bo może kiedyś jako marynarz był na innym statku szkolnym - pancerniku "Schleswig-Holstein".... Powiem tylko, że nie oddaliśmy ani jednego strzału - w przeciwieństwie do goszczącego z przyjacielską wizytą "Schleswiga" w 1939 roku....

Spotkanie przyjaźni w Słubicach i Frankfurcie
Popłynęliśmy w górę Odry do Frankfurtu. Byliśmy zgodnie z planem w przeddzień uroczyszości otwarcia spotkania młodzieżowych organizacji PRL-u i NRD. Miałem wolną wachtę. W mieście spotkałem elektryka Gienia Łożyńskiego i poszliśmy na piwo. Na czas spotkania granica była otwarta i można było płacić po obu stronach złotowkami lub markami po kursie państwowym. Wjechaliśmy na ostatnie piętro wieżowca, gdzie była restauracja z widokiem na Odrę. Piliśmy nie tylko piwo, ale też sznapsy i inne napoje wyskokowe. Późnym wieczorem na sporym rauszu ze spiewem na ustach wracaliśmy na statek i …. spotkaliśmy dyr. Cieślę, który przyjechał wlaśnie na tą uroczystość.
- Jak wy wyglądacie ? - Przecież macie być przykładem dla młodzieży ! - karcił nas Komendant.
- Szybko do koi i żeby nikt was więcej nie widział, a pogadamy jutro - rozkazał nam dyrektor.
Następnego dnia, z ogromnym kacem, oczekiwaliśmy na surowy wyrok. Zakaz opuszczania statku i picia piwa brzmiał Jego "werdykt ", bo powidzieliśmy, że tylko po 2 piwa wypiliśmy w knajpie tamtego wieczoru. Tego samego dnia odbyła się manifestacja przyjaźni młodzieży z obu granicznych państw. Na trybunie honorowej partyjni przywódcy Edward Gierek i Erich Honecker. Podawali, że bylo około 100 tys. młodych ludzi z obu krajow, ale najlepiej zaprezentowali się marynarze z TŻŚ w swoich galowych mundurach.

Idący na czele dyr. Tadeusz Cieśla i inż. Marian Szwarc oraz kpt. Stanisław Partyka jako dowódcy naszej reprezentacji oraz dyrektorzy Neumann i Krone na czele reprezentacji ze szkoły w Schönebecku. Wieczorem odbyło się spotkanie dyrekcji obu szkół z delegacjami i władzami miast Słubice i Frankfurt. My z Gieniem czuwaliśmy o "suchym pysku" nad ich bezpieczeństwem. Spotkanie zakończyło sie nad ranem wymiana autografów na koszulach. Naszą stronę w imieniu dyr.Cieśli, który musiał wracać do Wrocławia, reprezentowali Pan Szwarc i kpt. Floryn .

Dyrektor Neumann okazał się bardzo wesołym człowiekiem. W prezencie otrzymał od nas stylizowaną lampę, a my zaproszenie do ponownego odwiedzenia Schönebecku. Tak też się stało rok później w rejsie do Decina w Czechosłowacji, ale to osobny temat.

Ten przerwany na początku rejs był pierwszym z serii wymian między europejskimi szkołami żeglugi śródlądowej. Rok później poznałem jeszcze szkołę w Decinie, a będąc już na emigracji szkoły w Petershagen i Duisburgu. Uważam, że nasza pod każdym względem była najlepsza. Tworzyło ją wielu nauczycieli, ale tym, któremu zawdzięcza swój "międzynarodowy błysk" i uznanie, a jej absolwenci otrzymują pracę na Zachodzie bez wiekszych problemow, był Pan Tadeusz Cieśla - jej "budowniczy" - oraz absolwent i nauczyciel Pan inż. Marian Szwarc. Obaj odeszli już na "wieczną wachtę " . Cześć Ich Pamięci i pokój marynarskim duszom.

Ogromne koszty szkolenia.
Czy ktoś zastanawiał się i obliczył ile kosztowało wykształcenie jednego absolwenta TŻŚ ? Utrzymanie całego Zespołu Szkół Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu było siedem razy większe niż jednego liceum. Myslę, że decydenci likwidujacy Szkołę Żeglugi kierowali się tylko tym argumentem, bo w komercyjnych czasach nie stać nikogo na kształcenie dla innych. Fałszywe było stwierdzenie, że Szkoła kształciła bezrobotnych. Nie znam nikogo z dyplomem TŻŚ i praktyką żeglarską, kto byłby bez pracy. Prawda jest jednak taka, że na Zachodzie za naukę trzeba zapłacić. Holenderskie, belgijskie czy niemieckie firmy maję naszych absolwentów za darmo i chyba o to chodziło, żeby te pieniądze dostać z powrotem tylko nikt nie wiedział jak to zrobić. Poniważ przez kilkanaście lat pracowałem w hannoverskiej "Niedersächsische Verfrachtungsgesellschaft mbH" firmie, która szkoli zawodowo adeptow sztuki żeglarskiej to wiem, jak to wygląda w Niemczech. Dodam tylko, że 3 - letnie szkolenie łącznie z 18- to miesięcznymi płatnymi praktykami zawodowymi kosztuje około 25 tys.Euro. Jednak firmy zajmujące się szkoleniem otrzymują całkowitą refundację z budżetu federalnego.




Rejs, który opisałem odbył się 30 lat temu. Po tylu latach nie wszystko zdołałem sobie przypomnieć. Przepraszam, że nie wymieniłem nazwisk uczniów, którzy brali w nim udział. Wielu z nich spotykam do dzisiaj na europejskich drogach wodnych. Od 20-lat mieszkam w Niemczech, ale wszystko łączy mnie z Wrocławiem. Tu spędziłem swoje najpiękniejsze lata. Przyjaźnie, które narodziły się w TŻŚ przetrwały do dzisiaj.
Nie zapominamy o Szkole i często spotykamy się razem wspominając te beztroskie i wspaniałe lata nauki, praktyk zawodowych, a przede wszystkim cudownych Nauczycieli.

Józef Węgrzyn

#1 | miroslaw rajski dnia 29.04.2007 16:16
Bardzo ciekawie to Józek opisałeś. Przyznam, że wogóle nie wiedziałem
że taki rejs kiedykolwiek się odbył. W 1977 roku byłem już poza Żeglugą
i chyba czytałem niewłaściwą prasę. Za naszych czasów, tzn. za Gomułki,
nie było mowy o żadnej wymianie młodzieży. Gronice były szczelnie
zamknięte, a NRD to prawie Zachód! Przyznam, że pechowe było to
zatonięcie pchacza. Szkoda, że kapitan Bąk urósł do miana tragicznej
postaci tego w sumie udanego przedsięwzięcia, ale coś takiego mogło
każdemu się wydarzyć. Z kapitanem Bąkiem zaliczyłem obydwie moje
szkolne praktyki na "Młodej Gwardii", był o.k. Za to "pan mechanik" Szafran
tępił mnie niesamowicie. Mam dwa pytania: Czy był to jedyny rejs przyjazni?
Czy odbywały się pózniej jeszcze spotkania młodzieży obydwu
zaprzyjaznionych szkół?
Mirek Rajski
#2 | 5 dnia 03.05.2007 08:41
A-hoy Mirku!
Dzisiaj 3-go maja obchodzimy narodowe święto.
Równo 30 lat temu około godziny 10:00 wyszliśmy zgodnie z planem
w "Rejs przyjaźni ".
Zapomniałem dodać, że naszym gościem był v-ce Konsul NRD.
Była to cała seria takich rejsów.TŻŚ przeżywało swoją " złotą epokę ".
Okres otwarcia " gierkowskiego " i napływ dewiz pozwalał " żyć na kredyt ".
Ci, którzy wówczas chodzili do Szkoły mieli szczęście korzystać z tego.
W 1978 r. popłynęliśmy w kolejny " Rejs przyjaźni " do Decina w Czechosłowacji.
Był on jeszcze bardziej interesujący ponieważ górna Łaba w tzw. Szwajcarii saksońskiej jest przepiękna.Odwiedziliśmy oczywiście po drodze Schönebeck i to dwa razy.
Spróbuję kiedyś opisać to co się wówczas wydarzyło.
W 1979 r. NRD wprowadziło na kanale Odra-Havela ograniczenia wielkości statków max. do 67 m długości i ograniczonej mocy maszyn.
Nasz "Westerplatte II" był już " za duży " i skończyły się wyjazdy na Zachód.
Straciliśmy niepowtarzalną szansę uczestniczenia w spotkaniu statków szkolnych jaka odbyła się w Strasburgu i na, które byliśmy zaproszeni.
Odbyliśmy jeszcze jeden rejs z czeskimi praktykantami, ale tylko do Świnoujścia.
Na początku lat 80-tych była wyprawa na Dunaj do Budapesztu.Opowiadał mi o niej prof. Marian Szwarc, a kilka dni temu prof. Jerzy Bartoszek.
Może znajdzie się uczestnik tego rejsu i opisze nam to piękne wydarzenie ? Cool
#3 | wieslaw krzyzak dnia 07.05.2007 19:38
Witam wszystkich czytających prawdziwą "historię nowożytną". Tak, to jest historia wielu z nas, uczestników tego rejsu.
Mógłbym napisać o kilku rozbieżnościach, o odmienej ocenie sytuacji i faktów (zatonięcie Bizona) przez uczniów. Ale z szacunku do Józefa, autora tekstu, który jako jedyny swym artykułem, poczynił starania i wysiłki, by ta SZKOŁA i ten Rejs nie 'poszedł w zapomnienie", nie mam prawa tego czynić.
Jednak, Józefie zrozum, muszę wyraźnie powiedzieć i podkreślić "przywódczą rolę" profesora Mariana Szwarca, jaką pełnił gdy znaleźliśmy się w tej tragicznej sytuacji. To ON wydał pierwsze komendy......, może nie jako członek załogi, ale jako "zawodowiec" żeglugi śródlądowej, wieloletni praktyk. O tym wiemy..... Pozdrawiam.
#4 | wieslaw krzyzak dnia 07.05.2007 20:17
Ps.
A teraz z humorem; Józefie, tak jak wspominałem w naszych rozmowach telefonicznych, zanim odbyła się "potańcówka" w Schönebeck wcześniej była fantastyczna dyskoteka na górnym pokładzie WESTERPLATTE II w Kostrzyniu n/Odrą!!! Tam cumowaliśmy, tam "łowiliśmy" dzieczyny "na mieście, zachęcając je do przyjścia na nabrzeże. Jak już przyszły......, były uroczyście zaproszone na pokład, na dyskotekę. Cudowna zabawa, cudowne dziewczyny (ba za parę dni nie było takich widać, pst!). Zabawa wspaniała - Józek Stelmach był wodzirejem - do czasu...., aż miejscowa młodzież poczuła się urażona. Po pożegnianiu dziewczyn byliśmy z mostu "atakowani" przez "tubylców". W ruch poszły pokładowe armatki wodne! To było kolejne zwycięstwo TŻŚ-Wrocław, tym razem reprezentowanego przez kl. III b rocznik 1974-79 - wychowankowie Mariana Szwarca!!!! nad jego przeciwnikami (czyt. zazdrośnikami).
A powracając do "potańcówki" w Schönebeck; był zorganizowany konkurs tańca......, nagrodą był szampan......, wypiłem go (wg propozycji współuczestniczki sukcesu) "z gwinta" z partnerką, niemką ....., nie był zbyt słodki, ale jakim problemem dla nas, było jego osłodzenie...........
Cudowne lata, cudowne wspomnienia..........., one są cudowną bajką dla naszych dzieci. Ale tylko my wiemy o ich realistycznym istnieniu.......
Dlatego nadal wierzę w bajki i jest mi z tym dobrze......
#5 | wieslaw krzyzak dnia 07.05.2007 20:52
Ps.II
Po tym rejsie, w czerwcu wróciliśmy na dwa lub trzy tygodnie do szkoły. W lipcu, w okresie praktyk zawodowych, wraz z Markiem Czaplą (serdecznie pozdrawiam Grzybów i Kielce) miałem praktykę zawodową na tymże Bizonie 0-29 z jego zawsze uśmiechniętym i spokojnym Kapitanem Ryszardem Florynem i jego załogą. Wówczas nie wiedziałem, że moja droga życia odbiegnie od żeglugi.
Praktyka z tą załogą była wspaniała: twarda, konkretna i "żeglugowa". Nie byliśmy "malarzami". Uczono Marka i mnie fachu. Nie zapomnę, jak kpt. Floryn wypowiedział spokojnym głosem, podczas żeglugi przez Zalew Szczeciński, znamienne słowa; ..."Wiesiek, odwróć się i spójrz. Gdyby węgorz płynął tropem kilwatera, połamałby sobie kręgosłup"...
A gdy, w którejś tam drodze w górę, pchaliśmy puste pudła wpłynąłem na mieliznę przy mijance z załadowaną węglem BM-ką mech. Błażej klną na zapiaszczone filtry...... Pan Ryszard swym stoickim spokojem i uśmiechem powiedział; ..."on się UCZY! a przy okazji ma sposobność nauczyć się czyszczenia filtrów".... Dupiłem całą noc......w maszynowni.
Cudowna szkoła, cudowne wspomnienia, wspaniali pedagodzy, nauczyciele i wychowawcy.
#6 | 5 dnia 13.05.2007 17:35
Wiesiu!
Napisz proszę o tych kilku rozbieżnościach, o odmienej ocenie sytuacji i faktów widzianych (zatonięcie Bizona) przez uczniów.
Wiesz ja pisałem ten artykuł przez ....dwa lata.
Poprosił mnie o to w 2001 r. dyrektor Tadeusz Cieśla.
Chciał, żebym przgotował to na Zjazd Absolwentów w 2002 r. ponieważ byłem naocznym świadkiem tych wydarzeń.Wiem, że Ty napisałeś o tym rejsie i było to w gabinecie historii Szkoły, ale wyrzucono wszystko na śmietnik....
Komendant pragnął, żeby pozostało coś po wielkich dniach tej Szkoły dla przyszłych pokoleń marynarzy, a może tylko ich dzieci....
Miałem bardzo dobre przyjacielskie kontakty z naszym Dyrektorem
Byłem jednym z nielicznych absolwentów, którzy o nim pamiętali do końca.
Pisaliśmy do siebie listy a ja często dzwoniłem i odwiedzałem Go będąc we Wrocławiu.Był dumny z nas tych, którzy pozostali w zawodzie i tych którzy osiągali sukcesy w innych dziedzinach życia.
Przyrzekłem dyr. Tadeuszowi Cieśli, że nie zapomnimy i to chyba dla Jego pamięci założyłem w Dusznikach Stowarzyszenie Absolwentów, które niszczone jest teraz konsekwentnie przez Jego i moich wrogów a szczególnie jednego.Przykro mi, że bierze w tym udział ..... ,
ale o tym powiem w innym miejscu.
Nie zdecydowałem się wtedy bo nie miałem dokładnych danych / daty, nazwiska, zdjęcia /
Przyrzekłem mu jednak, że to zrobię i .... dotrzymałem słowa.
Jest to moje subiektywne spojrzenie na historię tego rejsu.
Proszę Ciebie i innych uczestników Rejsu Przyjaźni o dopisanie dalszej widzianej Waszymi oczami uczniów tej interesującej historii.
Pozdrawiam Józek Węgrzyn
#7 | wieslaw krzyzak dnia 15.05.2007 19:50
Witam Cię Józefie!
Zastanawiałem się przez kilka chwil, czytając ponownie Twój artykuł, nad zauważonymi rozbieżnościami....., i muszę powiedzieć, że nie stanowią one o istocie sprawy, WIELKIEJ sprawy, jaką jest zachowanie pamięci o naszej szkole, a dla większości z absolwentów mieszkających w internacie, o naszym drugim domu przez pięć, mających wielki wpływ na kształtowanie charakteru młodego człowieka, lat.
Zależało mi jedynie na podkreśleniu znaczącej roli i stanowczości w podejmowaniu decyzji, w tej tragicznej sytuacji, przez Mariana Szwarca.
Inne rzeczy są tak mało istotne, na dzień dzisiejszy, że nie warto o nich pisać.
A zawsze, po tylu latach, ocena będzie subiektywna. Bo jestem przekonany, że opisując, po tak długim czasie, te wydarzenia, nie ma możliwości zachowania obiektywizmu.
A czy w ogóle jest on komuś w takiej sytuacji potrzebny?!
Przecież tu piszemy o naszych wspomnieniach, o tym jak pamiętamy wszystko, co związane było z TŻŚ.
Nikt chyba nie zamierza na tym portalu pisać podręcznika historii !!! (pst. co na to "jego moherowość" Giertych?).
Zatem jeszcze raz podkreślam; chwała Ci za to, że podjąłeś ten trud a tym bardziej, że dotrzymałeś danego słowa. Słowa danego Dyrektorowi.
Pozdrawiam serdecznie i życzę wytrwałości w tym co robisz dla zachowania "naszej pamięci o SZKOLE".
Wiesław.
#8 | agata dnia 16.05.2007 20:00
Ja wprawdzie nie uczestniczyłam we wspomnianym rejsie,ale mialam okazje towarzyszyc wspomnianej grupie podczas pobytu we Wroclawiu.Wspolnie byliśmy na akademii 1-majowej w auli szkolnej a takze na pochodzie.Ponadto odbyła się dla gosci wycieczka statkiem szkolnym,z której mam kilkanascie zdjęć.Uwiecznionieni są tamże Rysiek Zaremba,Stasiu Radziemski,Józek Żarski,Mirek Wyrębski, ja i oczywiscie pan Neuman.Nastroje byly wspaniałe.
Chcę wspomniec o takim zdarzeniu:gdy chodzilismy po miescie pan Neuman koniecznie chcial isć do rynku.Gdy tam dotarliśmy ruszył ostro w kierunku Placu Solnego.Nie wiedzialam o co mu chodzi,ale szlismy za nim.Gdy dotarlismy tam wówczas zatoczyl ręką koło wskazujac swoim kolegom (Franz Krone i Gerald Ebert) zastawiony cietymi kwiatami plac.Tamci oniemieli i zapytali po co tyle kwiatów?Wtedy im wyjasnił Shockni (czyt.Polacy)na kazdą okazję daja sobie kwiaty i tu wymienial te okazje.Trzeba powiedziec,ze Franz i Gerald byli teraz jeszcze bardziej zdumieni a takze zachwyceni.
Wiele razy padało w artykule słowo "przyjaźn". My naprawde sie zaprzyjaźnilismy,trwalo to kilka lat.W kazdym razie,gdy w pierwszej poł.80-tego roku byłam w Brandenburgu na studium podyplomowym Gerald owiedził mnie przywożąc mi potrzebne materiały do pracy dyplomowej a takze zabrał w odwiedziny do Magdeburga.Poznalam jego rodzine,rodziców a zdjecie 3-letniego wówczas syna Krystiana przechowuje do dzisiaj.
Pozdrawiam wszystkich Agata
#9 | wieslaw krzyzak dnia 21.05.2007 21:36
Kol.Józef Węgrzyn złożył rezygnację z zajmowanej funkcji V-ce Prezesa ds. Polonii.

Zobowiązał się do przeproszenia rodziny Kapitana Bąka za swój artykuł i usuniecie z niego kwestii konfliktowych.Kol.Węgrzyn przyznał, że wpis w takiej formie był niefortunny.

Józek !......., jest taka piosenka zespołu "BAJM".
Podjąłeś kolejne zobowiązanie, JAKŻE INNE od poprzedniego!!!
Pisząc prawdę - "musisz przepraszać"!!!!
To tylko w ......, "polsce" ( bez błędu ortograficznego) tak się może dziać.
A "Bąk" na zawsze pozostanie w mojej pamięci jako ......., "niesympatyczny nadzorca".
A KAPITANAMI (dla mnie) byli: Tadeusz Cieśla, Marian Szwarc, Tadeusz Pukrop, Marian (Tadeusz?) Kapuściński (Kierownik Internatu - przepraszam Pana za "niepamięć"Wink.
Być Kapitanem zobowiązuje! Nie wszyscy dali tego dowód i przykład.
I nie mam zamiaru nikomu tego tłumaczyć.
#10 | 5 dnia 22.05.2007 13:51
Mój artykuł napisany już dwa lata temu i uzupełniony w " przeddzień " 30-tej rocznicy rejsu wywołał dużo kontrowersji w środowisku absolwendzkim.
Subiektywne sformuowania dotyczące wypadku mogły świadczyć o tendencyjnym przedstawieniu tej historii.
Postanowiłem więc skorygować treść tego artykułu i przeprosić rodzinę Ś.P. kapitana Józefa Bąka za niefortunne użycie kontekstu kilku zdań.
Nie było moim celem podważenie zasług Pana Józefa Bąka, który ponad 35 lat był kapitanem wielu statków szkolnych.
Miałem przyjemność pracować z Nim przez 3 lata na szkolnym zestawie pchanym " Westerplatte II ".
Był On skromnym, uczciwym i dobrym człowiekiem.Zawsze służył rzeczową i fachową radą.
Jego wrodzona dyscyplina i poczucie porządku pozwoliło mi na przyjęcie tych cech charakteru i wpajanie ich późniejszym adeptom sztuki żeglarskiej.
Przepraszam Dariusza Bonka syna naszego Kapitana, że wywołałem tym artykułem niepotrzebne negatywne emocje.
Józef Węgrzyn
#11 | wieslaw krzyzak dnia 22.05.2007 22:32
Józefie, przesyłam pozdrowienia wraz z wyrazami wielkiego szacunku dla Ciebie.
Ktoś napisał, że bycie człowiekiem honoru to nie tylko walka , to także umiejętność dojścia do kompromisu, szczególnie, gdy wewnętrznie ma się poczucie zwycięstwa.
Ty zawarłeś kompromis.
A co z pozostałą "bracią żeglugową" Stowarzyszenia?!
Nie ma szkoły, nie ma żeglugi, czy na stronach internetowych też ma "nas" zabraknąć ?
Od niedawna jestem użytkownikiem dwóch portali związanych z TŻŚ i poddaję w wątpliwość, by w takiej formie "dyskusji" one przetrwały.
Pozdrawiam i ......., bez dalszych komentarzy na temat "Rejsu przyjaźni".

Pozdrawiam również Pana Dariusza Bonka (czy może jednak Bąka ?).
#12 | Janusz Tyburcy dnia 23.05.2007 20:21
Bądżmy Wieśku dobrej myśli.Wszyscy musimy zrozumieć, że taka forma dyskusji jaką wspominasz, nikomu z nas nic dobrego nie przyniesie.Dwa portale związane z TŻŚ o których piszesz, powinny się wspierać dla dobra nas Wszystkich.
Życzę tego nam , związanym ze szkołą i naszym sympatykom.
Janusz T.
#13 | wieslaw krzyzak dnia 30.05.2007 18:58
Witam Cię Janusz!
Masz rację. Zbyt emocjonalnie podszedłem do tego. Faktem jest, że wszystko co wiąże się z TŻŚ wzbudza we mnie wielkie emocje i to już się nie zmieni, ale może warto "policzyć do 10, może nawet 100" dla dobra sprawy.
Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia na "ZJEŹDZIE PRZYJAŹNI" !!!
Wiesiek
#14 | Janusz Tyburcy dnia 01.06.2007 22:16
Witam Cię Wieśku.
Nie uważam, że zbyt emocjonalnie podszedłeś do tematu.Wręcz przeciwnie- piszesz, to co myślisz i czujesz. Czytam Twoje wszystkie komentarze na portalach i nie widzę w nich, co by mogło kogoś urazić / za wyjątkiem jednego komentarza z którym to sie nie zgadzam, gdyż mam osobiście inne zdanie o tej Kobiecie / a wręcz przeciwnie, są odzwierciedleniem Twojej szczerości w ocenie konkretnego tematu. Tak - masz racje, dla dobra sprawy, trzeba nie raz coś przemilczeć. Wieśku - samo ŻYCIE.
Pisząc " Wszyscy musimy zrozumieć" - odpowiadałem Tobie na zadane przez Ciebie pytanie " Ty zawarłeś kompromis. A co z pozostałą bracią....... "
Pozdrawiam
Janusz.
#15 | wieslaw krzyzak dnia 04.06.2007 19:04
Witaj Janusz!
Powiedz mi o jaki komentarz ..."o tej Kobiecie"... chodzi, bo ja nie wiem "....., o co chodzi"?! ( ale rośnie propaganda dla "chodziarzy" ). Byle byśmy DOTARLI DO METY!
Wiesław Krzyżak - chodziarz, marynarz wód śródlądowych , inżynier budownictwa....., jednym słowem: ABSOLWENT TŻŚ Wrocław!!!!!!!
Pozdrawiam ciepło i z Wink
#16 | K Domagala dnia 04.06.2007 20:25
Witam wszystkich i pozdrawiam /a Wieśka K.dodatkowo/-ponowie nie spierajcie się o to kto ma więcej honoru,niech oceniają to inni.Ja jednak ufam,że obie strony powstały dla ogólnego dobra ludzi związanych z TZS i z Zeglugą w ogóle.Nawet nie dopuszczam myśli,że strony mają inny cel niż jednoczenie nas wszystkich i wymianę doświadczeń i przede wszyskim -- zgoda koledzy.Wiecie przecież,ze zgoda buduje - niezgoda rujnuje. A uczciwa konkurencja jest wskazana w każdej dziedzinie i zmusza konkurenta do pokazania czegoś lepszego,ciekawszego ,bardziej atrakcyjnego itp.a czy nie o to chodzi. Pozdrawiam .
#17 | Janusz Tyburcy dnia 04.06.2007 21:44
Witam Cię Wieśku.
Przede wszystkim, serdecznie Cię przepraszam za przypisanie Tobie komentarza o tej kobiecie. Pomyliłem autora, a nim był ktoś inny a nie Ty. Usuń Wieśku to co w nawiasie w moim komentarzu i będzie O.K. Dodam tylko, że poparłem Twój komentarz, odnoszący się do wcześniejszej wypowiedzi Józka. Jeszcze raz Cię przepraszam.
Teraz mój komentarz będzie jaśniejszy i K.Domagała, nie będzie nas posądzał o spór między nami.
K.Domagała - w zupełności się z Tobą zgadzam i popieram Twoją wypowiedż, jaką umieściłeś wyżej.
Pozdrawiam Was Koledzy i myślę, że poznamy się osobiście na Zjeżdzie.
Janusz T.
#18 | grundi68 dnia 17.06.2007 19:01
skiper napisał,że w 1979 DDR ograniczyło wielkość jednostek na trasie Odra-Hawela do 67 m długości(co zdajsie odpowiada rozmiarom najpopularniejszego typu barek DDR-owskich);;czym to było spowodowane ??
Przecież dzisiaj ,jak i przed 1979 rokiem, rozmiary dopuszczalne (limitowane wielkością śłuz i podnośni w Niederfinow) wynoszą82 m??
#19 | 5 dnia 17.06.2007 21:52
Drogi "grundi68" !
Cieszy mnie Twoja ponowna obecność na naszej stronie.
Odpwiedź na Twoje pytanie po tylu latach, bo wówczas nikt nie mówił tego głośno jest prosta.
Było to pociągnięcie polityczne skierowane przeciwko Republice Federalnej Niemiec i jej dużej flocie.Przede wszystkim zbiornikowce firmy "Dettmer"
o długości 80 m straciły możliwość pływania do Szczecina.
Polska flota składała się wówczas tylko z dwóch zbiornikowców "Gdańsk" i "Płock" oraz naszego statku szkolnego "Westerplatte II", które przekraczały te ograniczone / 67 m / wymiary.
Po zjednoczeniu Niemiec w 1989 r. ponownie przywrócono możliwości pływania na tym odcinku kanału Odra-Havela dla dużych jednostek.
Pozdrawiam J.Węgrzyn
#20 | grundi68 dnia 18.06.2007 11:29
serdeczne dzieki za szybką odpowiedź dla Skippera;ciekawi mnie wątek firmy Dettmer-nie wiedziałem ,że sprowadzaliśmy paliwa(czy też surową ropę)z RFN,w dodatku trafiała wg.Ciebie do Szczecina a rafinerii w grodzie gryfa nie ma,więc chyba było to gotowe paliwo ale do czego je zużywano??
#21 | Apis dnia 22.06.2007 07:05
To wcale nie chodziło o nasz kraj, ale o Berlin Zachodni i zaopatrzenie dlań dostarczane drogą wodną - w tym paliwa i inne ładunki ciekłe. Ze Szczecina do Berlina było bliżej niż z Hamburga a Dolna Odra mniej kapryśna niż środkowa Łaba. Do Szczecina mogły bez przeszkód wpływać zbiornikowce morskie, z których można byłoby przeładować ładunek na zbiornikowce rzeczne. Statkami do przewozu ładunków ciekłych wozi się nie tylko paliwa i surową ropę ale chemikalia i oleje jadalne. Zresztą ograniczenie długości statków nie dotyczyło wyłącznie zbiornikowców i miało na celu utrudnienie zaopatrzenia Berlina Zachodniego via Szczecin flocie zachodnich armatorów złożonej w znakomitej większości ze statków o parametrach przekraczających limit..
#22 | grundi68 dnia 22.06.2007 10:48
dziękuje Apisowi za odpowiedź ;wygląda na to że w latach 60 i 70 Szczecin oglądał sporo barek zachodnioniemieckich .
#23 | Apis dnia 25.06.2007 07:08
Ano właśnie ze względu na wprowadzone ograniczenia nie oglądał.
#24 | miroslaw rajski dnia 25.06.2007 20:35
Chyba coś mółbym dodać na powyższy temat. Z biegiem lat długa pamięć
wyostrza się, a o krótkiej lepiej nie mówić. Otóż w latach 1973-1974
pływałem na moście węglowym z Wrocławia do Berlina Zachodniego.
Było to dość dodrze zorganizowane przedsięwzięcie. Z węglem na
elektrownie Spandau lub Scharlottenburg, pusto do Bielinka po żwir,
ze żwirem do Świnoujścia, stamtąd ruda albo fosfaty do Gliwic/Kozla,
węgiel na Elektrociepłownię Wrocław i potem ten właściwy węgiel do
Berlina. W ciagu dwóch lat obróciliśmy ze dwadzieścia razy.
Ale do rzeczy. Podczas oczekiwania na załadunek w Bielinku
zauważyłem stojące tam na kotwicy barki zachodnioniemieckie.
Co tam robiły, na co czekały, trudno powiedzieć. Strzeżone były przez
wopistów i nie było szans czegoś się wywiedzieć. Czy były to
zbiornikowce nie daję głowy, ale chyba tak. Być może, aby nie drażnić
swoją obecnością obywateli Grodu Gryfa, czekały na swoją kolejkę
w pobliskim Bielinku. Potem nocą szybki załadunek i rano w Berlinie.
Spekulacja, Ale mogło tak być.
Mirek Rajski
#25 | przylodz dnia 24.05.2008 20:44
Ech, te wspomnienia!

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 71% [5 głosów]
Bardzo dobre Bardzo dobre 14% [1 głos]
Dobre Dobre 14% [1 głos]
Średnie Średnie 0% [0 głosów]
Słabe Słabe 0% [0 głosów]
  PRchecker.info Free counters!