Losy dobrowolnego emigranta - NiemcyDrukuj

Od sierpnia 1987 r. przebywam na emigracji w Niemczech.
Wyjechałem z żoną i córką i może dlatego nie było nam cieżko na samym początku.
Ponieważ byłem "nieproszonym gościem" starającym sie o statut "uciekiniera" otrzymałem na początek zakaz wykonywania pracy i comiesięczną zapomogę socjalną
wyższą od moich /ówczesnych / polskich zarobków.
Powiem Wam, że "socjalizm" i to rozwinięty spotkałem pierwszy raz w Niemczech.
Dają ci pieniądze za nic / tak było w 1987 r. / i masz tylko siedzieć w domu i nie pałętać się po urzędach w poszukiwaniu pracy.
Później po "obaleniu" muru ten socjalizm odbił się im czkawką bo takich co biorą zrobiło się więcej niż tych co dają.
Ja nie potrafiłem jednak spokojnie siedzieś w domu i od początku "walczyłem" o pozwolenie do wykonywania swojego zawodu.
Zapotrzebowanie na ludzi do pracy w żegludze było ogromne.
Stukano się w głowę w przedsiębiorstwach , które odwiedzałem pokazując swoje patenty i nie mogąc podjąć zakazanej mi pracy a dostając jednocześnie pieniądze z kasy podatnika.
Czyli absurdy nie są tylko polską specjalnością.
Pracowałem więc na "czarno" :
w tartaku i na basenie oraz jako kierowca i magazynier.
Któregoś pięknego dnia ktoś doszedł do wniosku , że trzeba otworzyć rynek pracy w żegludze śródlądowej i pozwolono mi wrócić do wyuczonego zawodu.
Dostałem stanowisko sternika w NVG / Dolnosaksońskim Towarzystwie Przewozowym /
hannoverskiej firmie przewozowej oddalonej o 100 km od mojego miejsca zamieszkania.
Plywałem początkowo w relacji Bottrop-Hannover przewożąc węgiel z Zagłębia Ruhry.
Później po "otwarciu" rynku , frachty i zarobki zaczęły spadać.
Zmieniono nam system pracy , ale ja dostałem awans na kapitana i mój standard życia poprawił się.
Przenieśliśmy się w inne relacje przewozowe.Nasza firma zaczęła zaopatrywać elektrownie w importowany węgiel przeładowywany w Hamburgu.
Rozpoczęła sie gonitwa za "utraconym" czasem i pieniędzmi, a tak potrzebnych dni wolnych było coraz mniej.
Postanowiłem poszukać innej pracy.
Otrzymałem takie samo stanowisko na tankowcu w prywatnej firmie.
Musiałem uzupełnić swoje kwalifikacje i uzyskać uprawnienia ADNR do przewozów niebezpiecznych ładunków.
Zrobiłem to w Ośrodku Szkolenia w niemieckiej Szkole Żeglugi w Duisburgu.
Kilka lat wczesniej zdałem egzamin w Würzburgu i uzyskałem Patent Renski na odcinek od Mainz do Hoek van Holland , czyli do otwartego morza
oraz zrobiłem w Lauenburgu Patent Radarowy.
Wszystkie te uprawnienia udało mi się uzyskać bez większego wysiłku
zdając egzaminy po niemiecku.
Nasza Szkoła TŻŚ dała nam dobre teoretyczne przygotowanie i nie miałem problemów
z dalszym doszkalaniem się w Niemczech.
Wszyscy nasi koledzy pracujący w Europie Zachodniej są cenionymi i dobrze
opłacanymi pracownikami.
Jesteśmy dumni , że mogliśmy chodzić do najlepszej europejskiej szkoły zawodowej kończącej się egzaminem maturalnym
Technikum Żeglugi Śródlądowej przy ul.Brücknera 10 we Wrocławiu.

Kończąc opowiadanie o sobie chciałem jeszcze dodać kilka słów o swojej rodzinie.
Mieszkamy w małej spokojnej miejscowości na zachodnim skraju gór Harzu.
Moja żona Marta pracuje w swoim zawodzie w przedszkolu.
Nasza córka Joanna po ukończonych studiach pracowała początkowo w firmie produkującej opakowania i reprezentowala ją wielokrotnie na Targach Poznańskich.
Później zatrudniona była w dużej firmy farmaceutycznej.
Po wyjściu za mąż urodziła piękną córeczkę i jest obecnie na urlopie macierzyńskim ,
a ja zostałem dziadkiem i jest to najpiękniejsze zajęcie pod słońcem ; być dziadkiem.

Józek Węgrzyn /75/

#1 | MARIAN KRUTUL dnia 11.09.2006 20:42
Jeśli masz wnuczkę to chyba jesteś mężem babci, gdybyś miał wnuka, to byłbyś dziadkiem. Pozdrawiam i gratuluję osiągnięć. M Krutul
#2 | 5 dnia 14.09.2006 12:27
Dziękuję Marian za komentarz.
Cieszy mnie, że przedstawiciel tak szacowneje rodziny KRUTUL zasłużonej w szkoleniu wielu pokoleń marynarzy żeglugi śródlądowej dokonał wpisu pod moim opowiadaniem.
Miałem zaszczyt być uczniem Pani mgr Jadwigi Żuraw-Krutul.
Pani Helena Węgrzyńska-Krutul nie była moją nauczycielką,
ale znaliśmy ją wszyscy.
Pana komandora Jerzego Krutula miałem przyjemność poznać osobiście
w ubiegłym roku w Darłówku.
Pozdrawiam serdecznie Józek Węgrzyn
#3 | Wojciech Rytter dnia 08.02.2010 20:00
Podziwiam i gratuluje.Nauka i praca ludzie sie bogaca.Jestes twardy facet.Tak trzymaj Dziadku.Pozdrawiam .Wojtek.
#4 | 5 dnia 09.02.2010 16:53
....minęło 3,5 roku od napisania tego artykułu o moim emigracyjnym życiu i komentarz Wojciecha Ryttera sprawił, że sobie o nim przypomniałem.
Poprawiłem kilka literówek i znaków Word'a.
Czas biegnie i zmieniają się losy "dobrowolonego emigranta".
Założyłem na "stare lata" żeglugowe własną firmę i wycharterowałem najpierw jeden, a rok później drugi statek.
Zatrudniam pięciu polskich kolegów: dwóch kapitanów i trzech sterników oraz samemu pracuję dalej na statku.
Czy zrobiłem dobrze porzucając spokojną pracę w dobrych firmach armatorskich o tym nie jestem przekonany do końca.
Zawsze lubiałem ryzyko i nowe wyzwania.
Nie lubię stać w miejscu i czekać na emeryturę jak to robi wielu moich kolegów, bo przecież :
" Navigare necesse est, vivere non est necesse ..."

Pozdrawiam czytających to archiwum
Józek Węgrzyn
#5 | przybysz remigiusz dnia 10.02.2010 11:36
jacek kaczmarski napisał kiedyś piosenkę pt. opowieśc pewnego emigranta , dziwny ten nasz kraj ....
#6 | 1358 dnia 26.02.2010 08:12
Witaj Skipper. Jednak język to "grunt". Pozdrawiam serdecznie i gratuluję.

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 80% [4 głosy]
Bardzo dobre Bardzo dobre 20% [1 głos]
Dobre Dobre 0% [0 głosów]
Średnie Średnie 0% [0 głosów]
Słabe Słabe 0% [0 głosów]
  PRchecker.info Free counters!